Materiał sponsorowany przez Fundację ART TRANSPARENT, organizatora corocznego Przeglądu Sztuki SURVIVAL oraz Kliniki Wspólnych Wyobrażeń.
Katarzyna Kazimierowska: Chciałabym porozmawiać o waszej pracy kuratorów. Dla mnie kurator w świecie sztuki współczesnej jest rodzajem tłumacza pracującego w języku, który może być jednocześnie hermetyczny i codzienny. Czy też tak siebie postrzegacie – jako trochę przewodników, trochę promotorów, ale przede wszystkim tłumaczy sztuki?
Michał Bieniek: Z wykształcenia jestem artystą i już od czasów studiów to, co uważałem za przestrzeń możliwej ekspresji, swobodnej wypowiedzi, eksperymentowania i mówienia – a więc stwarzania możliwości do wypowiadania się o rzeczach ważnych i powodowania dzięki temu jakiejś zmiany – otaczający mnie świat opatrywał łatką hermetycznego, trudnego, niedostępnego. Dlatego od samego początku mojej zawodowej drogi, wtedy jeszcze nie w pełni świadomie, postawiłem się w roli swego rodzaju mediatora.
Później – po doświadczeniu współtworzenia mojej pierwszej galerii !Sputnik, a potem kuratorowania pierwszych eksperymentalnych edycji Przeglądu Sztuki SURVIVAL we Wrocławiu niemal ćwierć wieku temu – już w pełni uświadomiłem sobie, że ten świat kuratorowania (który wtedy dopiero się w Polsce tworzył) powinien pośredniczyć, mediować między twórcą a odbiorcą. Bardzo często jednak tak nie jest. A nie jest tak, bo w dużej mierze polega on na okopywaniu się, nadmiernym hermetyzowaniu czy nadbudowywaniu języka, który z założenia powinien być przyjazny odbiorcy.
Zacząłem więc wkładać jeszcze więcej pracy właśnie w to pośredniczenie, żeby z jednej strony otwierać odbiorcę na świat sztuki, a z drugiej – tak opowiadać o pracach artystycznych, aby stawały się możliwie otwarte i zapraszające. I dziś nierzadko przychodzą do mnie osoby ze świata tak zwanej sztuki wysokiej z pytaniem, jak się to robi, że Przegląd Sztuki SURVIVAL cieszy się tak dużym zainteresowaniem publiczności. Jak to możliwe, że na wystawę współczesnej sztuki (rzekomo tak hermetycznej i trudnej) może w ciągu zaledwie pięciu dni jej trwania wejść nawet 25 pięć tysięcy osób?
To jak się to robi?
Michał: A tak, że naprawdę włącza się publiczność w wydarzenie, że traktuje się ją na poważnie, w sposób otwarty i bez uprzedzeń. Zamiast odnosić się do niej z perspektywy: „Jasne, przyjdźcie, ale oczywiście odpowiednio wyedukowani i przygotowani, odbierzcie to, co mamy wam do pokazania, w sposób, który przewidzieliśmy, i wyjdźcie odmienieni”. To nie powinno tak działać.
Magdalena Basak: Jestem 15 lat młodsza od Michała, więc moje doświadczenia i edukacja należą już do trochę innego porządku. Od czasu studiów mogłam chociażby przychodzić na Przegląd Sztuki SURVIVAL, który Michał stworzył. To jest także porządek, w którym akademia nie stoi już w centrum.
Od lat, oprócz kuratorowania, zajmuję się promocją sztuki i działań kulturalnych. I to doświadczenie bardzo mocno wpływa na sposób, w jaki myślę o pracy kuratorskiej. Współpracuję z instytucjami nad strategiami komunikacji i regularnie widzę, jak dużą barierą potrafi być język, którym opowiadamy o sztuce. Teksty kuratorskie bywają bowiem skomplikowane, wielowarstwowe, pełne pojęć zrozumiałych przede wszystkim dla osób ze środowiska.
Do tego czasem ich autorzy/autorki nie chcą, żeby te teksty redagować, oczekując, że w niezmienionej formie trafią one także do mediów społecznościowych czy informacji prasowych. To rodzi problem, bo tekst, który może dobrze funkcjonować w określonym kontekście kuratorskim, niekoniecznie jest dobrym zaproszeniem dla publiczności. Cieszy mnie więc, że coraz częściej spotykam się z podejściem: „Tu masz treść. Opowiedz o niej tak, żeby ludzie chcieli przyjść, bo przecież robimy to również dla nich”. I ta druga postawa jest mi zdecydowanie bliższa.
Duża część mojej pracy polega więc właśnie na przekładaniu hermetycznego języka na taki, który nie upraszcza sztuki, ale otwiera wejście do niej. Bo o sztuce i kulturze trzeba opowiadać tak, żeby człowiek chciał się z nimi spotkać. Przy tym nie chodzi o obiecywanie łatwej rozrywki czy jakiegoś wyjątkowego przeżycia. Ludzie mają przecież bardzo różne potrzeby – także potrzebę refleksji, skupienia czy konfrontacji z czymś nieoczywistym.
Trzeba też pamiętać, że kiedy zapraszamy kogoś do galerii, to prosimy go o dwie czy trzy godziny jego wolnego czasu. Ten czas mógłby przeznaczyć na kino, spotkanie ze znajomymi, zakupy czy po prostu odpoczynek. Zanim więc zdecyduje się przyjść, powinien wiedzieć, dlaczego to spotkanie może być dla niego ważne albo interesujące.
Z tego powodu tak istotny jest dla mnie dialog z odbiorcą. Nie chodzi o to, żeby wszystko mu z góry wyjaśnić, tylko żeby dać mu możliwość świadomego wyboru i poczucie, że po drugiej stronie jest ktoś, kto naprawdę chce z nim rozmawiać. A gdy odbiorcy już przyjdą, trzeba ich poprowadzić przez wystawę – i do tego celu istnieje mnóstwo środków, z których możemy skorzystać.

To duże wyzwanie, bo ten język powinien opowiedzieć odbiorcy świat sztuki w sposób zrozumiały, ale też reprezentować intencje osób artystycznych.
Magda: Zgadza się. I tu rola kuratora jest ogromna. Gdy szykuję treści, które opowiadają o wystawie, obiektach, zależy mi, żeby ten język był możliwie prosty, choć nie uproszczony. Uważam, że jeśli coś jest tak skomplikowane, że do opisania tego muszę użyć tylko skomplikowanych słów, to możliwe, że sama do końca tego nie rozumiem.
Michał: Zwłaszcza że te bardzo skomplikowane rzeczy są raczej rzadkie. Przecież my na co dzień nie wystawiamy najtrudniejszych tekstów Giorgio Agambena [włoski filozof zajmujący się kwestiami między innymi stanu wyjątkowego, biopolityki – przyp. red.]. I nie chodzi mi o to, żeby upraszczać sztukę, upraszczać samo dzieło czy przekaz albo sposób myślenia osoby artystycznej.
Po prostu uważam, że sztuka współczesna nie jest wcale aż tak skomplikowana, jak jej obraz w powszechnym przekazie – który zresztą ona sama konstruuje w postaci niepotrzebnie złożonych tekstów. Czasami wynika to z potrzeby hermetyzowania środowiska, ogrzewania się we własnym blasku, niezrozumiałym dla świata zewnętrznego. Takie podejście zawsze będzie istniało, ale z perspektywy odbiorcy nikomu nie służy.
Wyzwaniem dla środowiska artystycznego staje się więc to, jak zaprosić odbiorcę, jak go oswoić ze sztuką i nie zniechęcić.
Magda: Prace artystyczne, podobnie jak książki i filmy, mają swoje warstwy. I oczywiście osoby wykształcone w tym kierunku lub „siedzące” w świecie sztuki te wysublimowane warstwy widzą, bo widziały już dziesiątki podobnych wystaw i potrafią te warstwy rozkodować. Wykształcenie kierunkowe i doświadczenie nie są jednak niezbędne do rozumienia.
I tym, co jest ważne w zapraszaniu młodego czy dorosłego widza – dla którego sztuka nie jest sensem życia, tylko jednym z jego elementów, bo po prostu lubi kontakt z nią – to nie oczekiwać, że widz te wszystkie warstwy zrozumie. Zamiast tego wystarczy pokazać mu, że daną pracę artystyczną można rozumieć na różnych poziomach, że można ją samodzielnie zinterpretować.
Pomóc w tym może prosty (ale nieuproszczony w sensie ociosania pracy z kontekstów, tylko zrozumiały) opis, który da odbiorcy niezbędne zaplecze. Złożoną merytorykę zostawmy na podcasty, oprowadzania, dłuższe rozmowy w mediach. Wtedy słuchając lub czytając, odbiorca może się zatrzymać, sprawdzić jakieś pojęcie lub zapisać je na później. Może też dopytać, jeśli stworzymy na to bezpieczną przestrzeń.
Dla chętnych zawsze mamy pakiet materiałów z pogłębionymi treściami. Do wystawy Klinika wspólnych wyobrażeń przygotowaliśmy z Michałem skrócony opis kuratorski oraz dla osób bardziej zainteresowanych tematem – dłuższy i bogatszy w informacje artykuł. Z kolei przy obiektach zastosowaliśmy dwa rodzaje tabliczek – z opisami „zaawansowanymi” (jak to mówią niektórzy goście) i uproszczonymi, skierowanymi do dzieci, ale też chętnie czytanymi przez dorosłych. Podczas oprowadzania zawsze jednak zaznaczam, że ta opowieść o wystawie jest moim sposobem rozumienia tych prac i że można tworzyć własne interpretacje. Kuratorskie dopowiedzenia to tylko sugestie.
Michał: To jest jak z interpretacją wiersza w szkole, gdzie od zawsze słyszymy pytanie: „Co autor miał na myśli?”. Ze sztuką współczesną jest podobnie. Odbiorcy, konfrontując się z dziełem, często tak właśnie do niego podchodzą. Czują, że oczekuje się od nich, że zinterpretują je w określony sposób. A to jest dla wielu osób odpychające i sprawia, że boją się wyrazić to, co czują.
Dlatego wydaje mi się, że kluczem do większego włączania publiczności w świat sztuki jest danie jej prawa do tego, żeby czytała dzieła na własny sposób – bo każdy sposób jest dobry. I że ważne jest, aby czytać sztukę przez własne doświadczenie. Przecież kiedy sięgam po poezję mojego ukochanego Tadeusza Różewicza, to czytam jego wiersz inaczej niż na przykład ktoś ode mnie dużo młodszy lub dużo starszy, lub też ktoś z po prostu odmiennym bagażem doświadczeń, inną osobistą historią.
Magda: Kiedy robisz wystawę, to pokazujesz jakiś wycinek rzeczywistości i twoją rolą jako osoby kuratorskiej jest nakierowanie odbiorcy, wyjaśnienie mu, że rozmawiamy o jakimś obszarze – ale w sposób, który nie zamknie odbiorcy na jedną interpretację.
W przypadku wystawy Klinika wspólnych wyobrażeń, którą zrobiliśmy z Michałem, wybraliśmy sobie konkretny obszar tej rzeczywistości – opowieści o budowaniu wspólnoty z perspektywy różnorodnych ludzkich doświadczeń – oraz poprosiliśmy zaproszone osoby artystyczne, żeby go omówiły, odniosły się do niego przez mniej lub bardziej osobisty pryzmat. W innych warunkach i w przypadku pracy innych osób ta wystawa byłaby inna i o czym innym by opowiadała.
Wydaje mi się, że rolą kuratora/kuratorki jest bycie przewodnikiem/przewodniczką. Czasami zastanawiam się też jednak, na ile jest to szkodliwe dla dzieł i dla odbiorcy.
Przeczytaj też: Agata Stasińska: Jesień wyjątkowego średniowiecza
A może być szkodliwe?
Magda: To pytanie prowadzi nas na dość grząski grunt, bo dotyka kwestii władzy. Magdalena Rekść [politolożka i bałkanistka – przyp. red.], pisząc o wyobrażeniach zbiorowych, zwraca uwagę na rolę „dysponentów władzy symbolicznej” – czyli osób, które mają wpływ, jakie znaczenia są wzmacniane, a jakie pozostają na marginesie. W przypadku wystawy taką rolę odgrywa między innymi osoba kuratorska.
I tu pojawia się możliwa „szkodliwość”. Z jednej strony chodzi o wpływ, jaki mamy na odbiorcę. O to, w jaki sposób ustawiamy jego spojrzenie, co mu pokazujemy, jakie interpretacje podpowiadamy, a jakie możliwości odczytania zamykamy. Z drugiej strony jest kwestia gatekeepingu, czyli decydowania o tym, kto dostaje dostęp do przestrzeni sztuki, czyj głos zostaje usłyszany i kto w ogóle może się w niej znaleźć.
Osoba kuratorska pośredniczy przecież między osobą artystyczną, publicznością i instytucją. To daje jej władzę, nawet jeśli nie zawsze tak to nazywamy. Z tego powodu ważne jest dla mnie ciągłe sprawdzanie, czy korzystam z mojej roli, aby umożliwiać spotkanie ze sztuką, czy też zaczynam używać jej do wzmacniania własnej pozycji, własnego autorytetu albo własnej narracji kosztem innych. I właśnie w tym drugim przypadku kuratorowanie może stawać się szkodliwe.
Odbiorcy czują, że oczekuje się od nich, że zinterpretują dzieło w określony sposób. A to jest dla wielu osób odpychające i sprawia, że boją się wyrazić to, co czują.
Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę przy rozumieniu roli osoby kuratorskiej jako przewodnika, przewodniczki. Macie ogromne doświadczenie w pracy z publicznością. Klinika wspólnych wyobrażeń to wystawa, która zaprasza widza już nawet siedmioletniego. A młody widz to ten, który jest otwarty, pozbawiony uprzedzeń i tego wewnętrznego krytyka, który mówi mu, że jak się nie zna, to niech się nie wypowiada. Czego dowiedzieliście się z obserwowania młodych widzów i ich reakcji na waszą wystawę?
Michał: Klinika wspólnych wyobrażeńto moja pierwsza wystawa tak bezpośrednio skierowana do dzieci i młodzieży. Ale z moich doświadczeń kuratorskich i artystycznych włączających dzieci w świat sztuki mam dwie refleksje. Po pierwsze, bardzo często to dorośli stanowią przeszkodę dla dzieci w poznawaniu sztuki, otwieraniu się na nią. Po drugie, to właśnie dzieci często grają rolę przewodnika, który pozwala przełamać się dorosłym.
Pamiętam, jak jako młody, może 22-letni artysta, trochę z przypadku współprowadziłem krótki plener malarski dla dzieci. One fantastycznie malowały, choć w większości powstawały oczywiście niczym nieskrępowane abstrakcje. Na koniec pleneru zrobiliśmy wystawę tych dziecięcych prac, na którą zaprosiliśmy rodziców. Przy obrazach jednego z chłopców, może sześcioletniego, którego prace charakteryzowała wyjątkowa lekkość i kolorystyczne wyczucie, stanął jego ojciec. Powiedział: „No nie wiem, nie wiem, czy to jest coś warte. Przecież konia nie namaluje”.
Wiele lat później w ramach działań związanych z Europejską Stolicą Kultury, którą Wrocław był w 2016 roku, realizowałem projekt Wrocław – wejście od podwórza. Zaprosiłem do niego między innymi Izę Rutkowską [projektantka, założycielka Fundacji Form i Kształtów oraz Studia Zoochitecture – przyp. red.], która teraz bierze udział także w Klinice wspólnych wyobrażeń. Zaproponowała wtedy projekt Jeż, który był realizowany na jednym z gigantycznych, bardzo zrujnowanych podwórek wrocławskiego Przedmieścia Oławskiego.
Wrocław – wejście od podwórza miało polegać na aktywizacji obywatelskiej mieszkańców poprzez sztukę. Bardzo trudno coś takiego przeprowadzić, a Iza zrobiła wtedy coś fenomenalnego. Weszła na to podwórko z tytułowym jeżem – który był po prostu ogromną, pokawałkowaną, dmuchaną zabawką – i sprawiła, że najpierw aktywowały się dzieciaki, a zaraz po nich, ze względów praktycznych, aktywowali się rodzice.
Fragmenty jeża trzeba było bowiem nadmuchać, a następnie połączyć, więc do tego trzeba było zorganizować między innymi prąd. Dzieci się zapaliły, ale rodzice musieli im pomóc. I nagle na podwórzu zaczęły się otwierać okna, przez które wyprowadzono kable z elektrycznością. Wszyscy musieli ze sobą współpracować.
To wydawałoby się niepozorne i abstrakcyjne działanie doprowadziło najpierw do konsolidacji grupy mieszkańców, a kilka lat później do wyremontowania budynków mieszkalnych i całego podwórka. W rezultacie powstało dość już znane we Wrocławiu Podwórko im. Wszystkich Mieszkańców.
»Poznaj „W ramach Pisma” – cykl o sztuce, w którym oddajemy głos artystom i artystkom«
Czyli dzieci okazały się niezbędne do zaktywizowania dorosłych. A sztuka zmieniła rzeczywistość.
Michał: Tak! I mówię o tym dlatego, że dzieci są bardzo ważne w procesie odbioru sztuki. Jeżeli będziemy je uważnie obserwować, to dzięki nim możemy dużo łatwiej zdjąć z siebie jako dorosłych lęk, który towarzyszy nam podczas odbioru sztuki.
Nasze doświadczenia jako kuratorów sztuki sprawiają, że pracując nad wystawami, zawsze sprawdzamy wielokrotnie to, co planujemy pokazać w ramach różnych naszych działań, szczególnie tych w przestrzeni publicznej. Patrzymy, jak to może oddziaływać na odbiorcę, również w wymiarze ewentualnego wykorzystania przez jakieś posługujące się dezinformacją siły polityczne – czy nie zostanie to zmanipulowane. Takie autocenzorskie rozmyślania mieliśmy też przy Klinice wspólnych wyobrażeń – choćby w kontekście pracy Koszmarne odkrycie Goś Mycek [transpłciowy malarz i performer – przyp. red.], który uprzednio konsultowaliśmy nie tylko z osobami kuratorskim i artystycznymi, ale też z administracyjnymi.
W pewnym momencie prace składające się na ten projekt pokazaliśmy dzieciom. Wtedy okazało się, że odbiór tych prac nie powoduje u nich lęku, tylko ciekawość i fascynację. Bo prezentowane w ramach projektu ceramiczne czaszki z różkami – które w intencji osoby artystycznej odwołują się do figury wampira jako personifikacji społecznego lęku przed innością – dzieci zakotwiczyły w postaci Grovera Underwooda z filmów o Percym Jacksonie [postać satyra, który jest przyjacielem głównego bohatera – przyp. red.]. Dla nich były dowodem, że Grover i jego pobratymcy z różkami na głowie naprawdę istnieli!
Uświadomiłem sobie wtedy, że też byłem dzieckiem, które lubiło się troszkę pobać, na przykład czytając Pana Samochodzika czy oglądając Wakacje z duchami. I że te wszystkie historie na pograniczu niesamowitości były dla mnie formujące, więc dlaczego współcześnie miałoby to zostać źle odebrane? Czy naprawdę dzisiejsze dzieciaki są aż tak inne od tych, którymi byliśmy my sami?
Dzieci są bardzo ważne w procesie odbioru sztuki. Jeżeli będziemy je uważnie obserwować, to dzięki nim możemy dużo łatwiej zdjąć z siebie jako dorosłych lęk, który towarzyszy nam podczas odbioru sztuki.
Magda: Wiedzieliśmy, że wystawę Klinika wspólnych wyobrażeń odwiedzi blisko 6000 dzieci i młodzieży mających bardzo różną wrażliwość. A ponieważ jest wiele prac, które poruszają zagadnienia związane na przykład z wykluczeniem, lękiem, zdrowiem psychicznym, to tabliczki informujące o treściach wrażliwych są wręcz obligatoryjne. Jednocześnie za każdym razem, gdy szykujemy takie tabliczki, zastanawiamy się, na ile odbieramy widzom część doświadczenia – bo zdradzamy, co może ich czekać, zanim jeszcze samodzielnie doświadczą wystawy. Koszt, jaki poniosłyby osoby wysokowrażliwe, gdybyśmy takiego ostrzeżenia nie umieścili, mógłby być jednak znacznie wyższy.
Zastanawiałam się nad tym w kontekście eseju, który przeczytałam w czerwcowym numerze „Pisma”, dotyczącego książek dla dzieci i tego, w jaki sposób literatura może pomagać w radzeniu sobie z emocjami. Pojawia się tam myśl, że wystawienie dziecka na różne, także przykre emocje, towarzyszenie bohaterowi literackiemu w bardzo trudnych sytuacjach buduje dziecięcą odporność psychiczną. Tym ciekawsza było dla nas to, jak dzieci odbiorą prace na wystawie, jak reagują. Okazało się, że temat czaszek, szkieletów i wampirów, obecny we wspomnianym projekcie Goś Mycek, fascynował i dał dużo frajdy zarówno młodszym, jak i starszym zwiedzającym.
A wracając jeszcze do tematu odwagi w interpretowaniu, myślę, że ważne jest zrobienie tu kroku w tył – bo dzieci nie są wolne od wewnętrznego krytyka.

Co masz na myśli?
Magda: Poczucie, że ktoś może się swobodnie wypowiedzieć, podjąć własną refleksję, wymaga bezpieczeństwa i odpowiedniej przestrzeni. Potrzebna jest swobodna atmosfera, w której czujemy się akceptowani. Na wystawie Klinika wspólnych wyobrażeń pokazujemy na przykład dyptyk Chill evening, No chill noon Ewy Dąbkowskiej [dziewiarka, malarka – przyp. red.]. Mówi on o tym, że warunki, w których przebywamy, wpływają na nasz nastrój, a ten z kolei wpływa na to, jak odbieramy rzeczywistość. Jeśli więc wchodzimy do pomieszczenia, które jest nadzwyczajnie ciche, a dzieła sztuki w nim wyglądają jak chemiczne odczynniki na szalce Petriego, niekoniecznie czujemy się władni do tego, by się na ich temat wypowiadać. Natomiast te same prace w pomieszczeniu z fakturami i barwami zbliżonym do tego, czego doświadczamy na co dzień, możemy odbierać zupełnie inaczej.
Tworząc wystawę także dla dzieci i młodzieży, skorzystaliśmy z naszego know-how związanego z Przeglądem Sztuki SURVIVAL, w ramach którego prace prezentujemy w „ekstremalnych warunkach” wnętrz budynku, który utracił swoje uprzednie funkcje i powoli ulega degradacji. Przestrzeń Kliniki wspólnych wyobrażeń wygładziliśmy tak, aby nie była dla dziecka upiorna, ale wciąż mamy do czynienia z kolorami, fakturami i zastanymi w tym miejscu starymi sprzętami laboratoryjnymi. To wszystko rozbudza wyobraźnię i dodaje kontekstów samej wystawie, a razem z elementami identyfikacji wizualnej, przygotowanymi przez Adrianę Myśliwiec [ilustratorka i artystka wizualna – przyp. red.] we współpracy z dziećmi, tworzy po prostu atmosferę, w której chce się przebywać.
Szykując wystawę, mieliśmy też na uwadze, że dzieci (ale też dorośli) potrzebują aktywowania zmysłu dotyku. Prosiliśmy więc osoby artystyczne na etapie tworzenia przez nie prac, aby to uwzględniły. Oczywiście nie każdy obiekt można „wymacać”, ale już do dotykania części z nich zachęcamy. I ten eksperyment się udał. Miło się patrzy, gdy dzieci wbiegają na wystawę, a podczas oprowadzania zadają pytania i opowiadają o tym, jak coś widzą albo czują.
Możemy uczyć się od dzieci ciekawości i otwartości, ale przecież te cechy wystawione są na próbę. Szkoła pomaga w ich podtrzymaniu? Czy jest na odwrót?
Magda: Tworzeniu wystawy Klinika wspólnych wyobrażeń towarzyszyły warsztaty pilotażowe prowadzone przez edukatorkę Kingę Łaskę oraz edukatorkę i projektantkę Adrianę Myśliwiec, które dzieliły się z nami spostrzeżeniami z warsztatów. Mam za sobą doświadczenie prowadzenia lekcji muzealnych i warsztatów artystycznych dla dzieci, obserwuję też rozwój dzieci ze swojego otoczenia i widzę pewną rozbieżność.
Wydaje nam się bowiem, że dzieci są wolne od narzuconych kontekstów oraz chętniej przyjmują działania artystyczne i własne interpretacje. Ale jednocześnie są wychowywane i edukowane w bardzo szczególnym systemie – chodzą do szkoły, która polega na rywalizacji i ocenianiu ich pracy według narzuconych schematów. Do tego korzystają z mediów społecznościowych i platform typu YouTube, gdzie młode osoby wystawiane są na wiele manipulacji.
Widzę jednak, że dzieci chętnie uczestniczą też w różnych działaniach artystycznych, i myślę, że jest tak, bo dynamika tych działań jest zupełnie inna. Warsztaty artystyczne nie narzucają sposobu myślenia, tworzą swobodną i bezpieczną przestrzeń. Podczas nich działanie skupia się na pracy kolektywnej, wspólnotowej, a nie indywidualnej i nastawionej na rywalizację.
Tak samo w pracy artystycznej – wystawa zawsze jest efektem współdziałania wielu osób: technicznych, producenckich, kuratorskich czy administracyjnych. Każda z tych kompetencji jest inna, ale równie potrzebna. W Art Transparent mamy dużą świadomość tego i jest dla nas naturalne, że wspólnotowe działanie jest elementem procesu.
Także osoby prowadzące warsztaty z dziećmi w ramach zajęć pilotażowych do Kliniki wspólnych wyobrażeń wspominały, że z początkowego napięcia dzieci gładko wchodziły we współdziałanie. Przestawały myśleć o swojej pracy jako tym jednym elemencie, który tworzą, tylko zaczynały myśleć grupowo, jak ich prace będą wyglądać razem, w całości.
W sumie chodzi o to, by w przyjaznej atmosferze oswoić odbiorcę ze światem, do którego wkracza. Podobnie jest z zapraszaniem do świata sztuki widzów dorosłych. Początkowy lęk i powściągliwość mijają, gdy te osoby zaczynają przychodzić częściej – wtedy pojawia się otwartość i chęć do rozmowy o sztuce. Ale wracając do pytania, czy szkoła pomaga w podtrzymaniu otwartości na sztukę, to właśnie szkoła te dzieci na wystawę przyprowadza.
Michał: To jest też kwestia stwarzania warunków, budowania atmosfery zaufania. W ramach naszego Przeglądu Sztuki SURVIVALU mamy słynne już oprowadzania, które trwają godzinami, i co roku pula miejsc na nie wypełnia się migiem. I kiedy o tym rozmawialiśmy, nasz główny producent Paweł Rogowski zwrócił nam uwagę, że ludzie chcą brać udział w tych oprowadzaniach, bo jakoś tak naturalnie robimy je w przystępny i włączający sposób. I na tym polega wyjątkowość tego wydarzenia.
To jest bardzo rzadka cecha i umiejętność, która z jednej strony jest osobowościowa, a z drugiej – wynika z wieloletniego doświadczenia. Po latach pracy wiem, że na moje oprowadzanie przyjeżdżają co roku ludzie z całej Polski, aby otrzymać doświadczenie wystawy SURVIVALU zakotwiczone w mojej opowieści. Tyle tylko, że takiego sukcesu i zaufania nie da się zbudować z dnia na dzień. To jest właśnie znowu element procesu.
Magda: W naszej działalności fundacyjnej mamy też oprowadzania skierowane do szczególnych grup odbiorczych, takie jak KAW! Kid Art Walk, SAW! Senior Art Walk czy BAW! Baby Art Walk. Na przykład w ramach SAW! Ewa Pluta, jedna z kuratorek SURVIVALU, przygotowuje trasę, w której bierze się pod uwagę mobilność osób w wieku senioralnym, ale też potrzeby dotyczące choćby korzystania z toalet. Z kolei BAW! to format, który już ponad 10 lat temu wymyśliła Karolina Bieniek [dyrektorka fundacji ART TRANSPARENT – przyp. red.], kiedy urodziła pierwsze dziecko. Zorientowała się wówczas, że nie istnieje oferta kulturalna dla rodziców z malutkimi dziećmi. Więc taką ofertę stworzyła.
Spotkania w galeriach czy muzeach to trudny moment do oswojenia, gdy kogoś przestrzeń galeryjna paraliżuje. Trzeba się jakoś ubrać czy narzucić sobie odpowiednie zachowanie. W tym kontekście przestrzeń SURVIVALU, inna, intrygująca, bardziej przyjazna. No i to przestrzeń, która sama coś opowiada. A w końcu dziś najważniejszy jest storytelling.
Magda: Rzeczywiście w przypadku SURVIVALU ogromną zaletą jest przestrzeń, która odgrywa ważną rolę i jest też elementem przyciągającym uwagę i ciekawość. A że festiwal odbywa się od 24 lat, to jego otwarta forma jest już czymś rozpoznawalnym we Wrocławiu. Wychodzenie sztuki z przestrzeni galeryjnej dzieje się jednak także w Trójmieście czy Warszawie – prace, wystawy są pokazywane w nieoczywistych przestrzeniach.
Również osoby artystyczne coraz częściej otwierają swoje pracownie i w nich robią wystawy. I to jest świetny ruch, aby pokazać, że prace nie powstają w warunkach laboratoryjnych, tylko za pomocą ludzkich rąk, w zwyczajnych przestrzeniach – czasami w takich, które nie powinny służyć do pracy, bo są niebezpieczne, nie spełniają warunków bhp (na przykład są słabo wentylowane).
Mam wrażenie, że white cube [biała przestrzeń nowoczesnych galerii – przyp. red.], który miał stworzyć sztuce neutralne warunki, jednocześnie bardzo skutecznie oddzielił ją od codziennego doświadczenia. Natomiast pokazywanie sztuki w warunkach zwykłych, codziennych sprawia, że jest ona integralnym elementem naszej rzeczywistości.
Tomasz Szymański (Solo Show na Instagramie) w wydanej w tym roku książce Ukryte na widoku. 101 opowieści o sztuce w przestrzeni publicznej opisuje prace, które są po prostu obecne w naszej codziennej przestrzeni. I to jest też odnośnie do strategii kuratorskich dobry pomysł, żeby rezygnować z tego white cube na rzecz sytuacji codziennych, w których się prezentuje pracę artystyczną. Bo to zmniejsza dystans i pokazuje, że powstająca sztuka to nie są rzeczy wyrwane z codziennego kontekstu, tylko w nim obecne i osadzone.
To, o czym mówisz, przypomina mi Biuro tłumaczeń sztuki, projekt artystki Karoliny Breguły. W jego ramach zapraszała ona osoby niezwiązane ze sztuką, aby opowiadały i interpretowały wybrane dzieła sztuki. Co myślicie o takich działaniach?
Michał: Karolina Breguła jest dobrym przykładem oswajania odbiorcy ze sztuką, zapraszania go do zabawy. Ale nie każda osoba artystyczna ma w sobie taką otwartość, która pozwala jej wyjść poza sferę sztuki wysokiej, przyjrzeć się publiczności i zaprosić ją do współtworzenia.
Dla mnie osobiście Karolina jest bardzo ważną artystką. Także ona, obok Izy Rutkowskiej i ponad 30 innych osób artystycznych z całego kraju, uczestniczyła we wspomnianym już wrocławskim projekcie Wrocław – wejście od podwórza. Zrealizowała wtedy serial sąsiedzki Kto tam?. Przez miesiąc pracowała z mieszkańcami wrocławskiego blokowiska. Wspólnie napisali scenariusz, zrobili plan zdjęciowy i zagrali w serialu. Na koniec zorganizowaliśmy kino na osiedlowej górce, gdzie widzowie oglądali kolejne odcinki. Dzięki temu sąsiedzi bardzo się ze sobą zaprzyjaźnili, co przyniosło realne społeczne korzyści. To przykład sztuki zaangażowanej społecznie.
Magda: I od razu pojawia się pytanie, czy sztuka społecznie zaangażowana ma tę samą wartość, co sztuka, która powstaje poza tego rodzaju kontekstem.
Michał: Według mnie – tak. Natomiast zostawiam to pole otwarte, bo wiem, że dyskusja na ten temat wciąż w środowisku się toczy.
Magda: Sztuka sama w sobie jest nam jako społeczeństwu potrzebna, bo diagnozuje, dostrzega, opisuje. Czasem jest po prostu doświadczeniem estetycznym. Czasem czymś, co nas wyrywa z codzienności albo zmienia. A czasem jest po prostu sposobem spędzenia wolnego czasu, ale też częścią tożsamości. I to wszystko jest okej. I myślę, że z tych wszystkich powodów wiele osób artystycznych zaczęło się w swojej twórczości zwracać ku baśniom i opowieściom ludowym.
W zeszłym roku przygotowałam wystawę na potrzeby konferencji Impact w Poznaniu. Razem z Kasią Młyńczak-Sachs [prezeska Krupa Art Foundation – przyp. red.] zdecydowałyśmy się na kierunek ludowo-baśniowy. Zależało nam, żeby oglądający (w tym przypadku biznesmeni) nie zobaczyli na wystawie kolejnych wyabstrahowanych obiektów, które bez kontekstu bywają neutralne. Obiekty miały ich wciągnąć pozorną „swojskością” i zachęcić do spędzenia czasu na wystawie. Wybrane przez nas prace były atrakcyjnie wizualne, warsztatowo misterne, ale kiedy przez chwilę się z nimi pobyło, pojawiał się głęboki niepokój – bo mimo, że korzystały ze znanych kodów, to opowiadały o tym, co boli i czego brakuje.

I jakie były reakcje?
Magda: Zwiedzający wchodzili często przypadkiem, zainteresowani szczegółem, który wydał się im znajomy, choć jednocześnie nie był. A potem wracali na wystawę kilkukrotnie w trakcie konferencji i wywiązywały się ciekawe rozmowy. Zadziałało protorozumienie, o którym piszemy w tekście kuratorskim poświęconym wystawie Klinika wspólnych wyobrażeń. Jest to odwołanie się do znaczeń, mitów, które mamy zakodowane i które pozwalają nam się nawzajem porozumieć. Jednocześnie podświadomość płata nam figla, bo mity ulegają przesunięciom. I to jest ciekawe, że można zachęcić osoby do rozmowy, do refleksji, pokazując im coś, co one rozumieją, więc już na wstępie budują skojarzenia. A potem dochodzi do drugiej refleksji, pogłębionej.
Język baśni jako przestrzeń wspólna?
Michał: Podczas tworzenia Kliniki wspólnych wyobrażeń musieliśmy sprostać konkretnym założeniom projektu, bo miał on się odnosić do przeciwdziałania dyskryminacji ze względu na różne tak zwane stygmy. Bardzo szybko zrozumieliśmy, że stygmy, o których chcemy opowiedzieć poprzez prezentowane na wystawie prace, manifestują się w baśniach, mitach, przekazach ludowych – we wszystkich wspólnych opowieściach składających się na kulturowy przekaz. I przyjrzenie się im przez pryzmat współczesności staje się po prostu opowiadaniem o tej współczesności – o tym, jak odnajduje się w niej towarzyszący nam przez tysiąclecia lęk przed innością.
Dzieci są wolne od narzuconych kontekstów oraz chętniej przyjmują działania artystyczne i własne interpretacje. Ale jednocześnie są wychowywane i edukowane w bardzo szczególnym systemie – chodzą do szkoły, która polega na rywalizacji i ocenianiu ich pracy według narzuconych schematów.
Wspomniany już filozof Giorgio Agamben twierdzi, że sztuka współczesna powinna zajmować się realizacją potencjalności rozumianej w taki sposób, że ujmuje ona człowieka jako projekt, który nigdy nie jest ukończony. I prawdopodobnie nigdy nie będzie. Jeśli przyjmiemy taką perspektywę, nagle okaże się, że w naszej wystawie z jednej strony dekonstruujemy czy dekodujemy opowieści i kulturowe narracje przez pryzmat współczesności (tropiąc krzywdy i nadużycia dokonywane na jednostkach i całych grupach społecznych), ale z drugiej – staramy się wskazać to, z czym możemy pójść w przyszłość, co jest dobre, twórcze czy konsolidujące.
A protorozumienie – czyli te wszystkie archetypy i motywy, które są dla nas w sposób podświadomy rozpoznawalne – sprawia, że mówimy wspólnym językiem i czujemy się częścią jednej opowieści. Opowieści, która jest właśnie o nas, o naszych wspólnych korzeniach.
Od pewnego czasu współtworzymy też inny, międzynarodowy projekt, który wychodzi od myślenia baśniowego, od pomysłu, że można w obszarze sztuk wizualnych (a także teatru, tańca czy animacji) pokazać tradycyjne opowieści i wykorzystać je do wskazywania na tu i teraz. Na tę rzeczywistość, w której zanurzeni jesteśmy obecnie – i która z wielu różnych, historycznie nawarstwiających się powodów jest właśnie taka, a nie inna.
Ten projekt to Tech Tales, zainicjowany i prowadzony przez Sarę Božanić [CEO w Institute for Transmedia Design – przyp. red.] ze Słowenii. To on zainspirował Karolinę Bieniek do zaproponowania podwalin programu, który finalnie stał się Kliniką wspólnych wyobrażeń.
Przeczytaj też: Irena Buchenfeld: świat wewnętrznych buntowników
Magda: Wspólna przestrzeń symboliczna wydaje mi się szczególnie ważna dziś, kiedy żyjemy w tak bardzo rozwarstwionym i podzielonym społeczeństwie. Pamiętam rozmowę z Marcinem Hamkałą [literaturoznawca, menadżer kultury, poeta – przyp. red.] przy okazji premiery spektaklu Niewolnica Izaury w Teatrze Dramatycznym im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu. Powiedział wtedy, że serial Niewolnica Izaura był ostatnim, który oglądaliśmy wszyscy, bez względu na płeć, wiek i poglądy.
Dziś nie mamy tego przekaźnika. Ogromny wybór na zalgorytmizowanych platformach stremingowych, media (anty)społecznościowe, polaryzacja społeczeństwa i rozluźnienie się społecznych więzów sprawiają, że nasza wspólna wyobraźnia ulega poszatkowaniu. To dlatego pojedyncze elementy tego protorozumienia stają się jeszcze istotniejsze. I wydaje mi się, że troska o wspólnotę wyobrażeń – jej kształt i świadomość jej isttnienia – to klucze do odbudowania potrzebnej nam wspólnoty.
Dla mnie ta konkretna wystawa powstała nie tylko z potrzeby wspólnotowości, ale też z tego, że jest sposobem zabezpieczenia nas przed agresywnymi działaniami stron, które sieją dezinformację, fake newsy, nastawiają społeczeństwo przeciwko konkretnym grupom społecznym. Protorozumienie to jeden ze sposobów, żebyśmy jako społeczeństwo sobie taką odporność zbudowali.
Michał: I wspólne myślenie jest budowaniem tej odporności. Jednocześnie powinniśmy próbować dekonstruować, unieważniać wszystko to, co powoduje, że czujemy się wykluczeni z zaproszenia do tej wspólnoty myślenia.
Wiele badań pokazuje, jak kontakt ze sztuką wpływa bardzo pozytywnie nie tylko na dobrostan psychiczny, ale właśnie na budowanie naszej odporności. A teraz mówimy o tym, że to środek do budowania i wzmacniania odporności społecznej. Sztuka staje się cenniejsza niż złoto?
Michał: Trochę tak jest. Z jednej strony sztuka jest cenniejsza niż złoto. Ale z drugiej jest niezwykle wrażliwa przez swoją otwartą, niejednoznaczną naturę, a także brak oparcia na przykład w wygodnym dogmacie czy jakiejś konformistycznej ideologii. Sztuka nie jest frazesem – jest mówieniem rzeczy nowych, wytyczaniem nowych perspektyw. Przez to czasem może sprawiać wrażenie zagrażającej dla tego, co opiera się na kliszach, na prostych i bezrefleksyjnych powtórzeniach.
Z tego samego powodu bywa, że sztuka staje się łakomym kąskiem dla siewców dezinformacji i chaosu, którzy – szkalując to, co niejednoznaczne, eksperymentalne i poszukujące – manipulują społeczeństwem dla osiągania własnych partykularnych (na przykład politycznych i finansowych) celów. Dlatego musimy dbać o inkluzywność i o poczucie przynależności do wspólnoty, która buduje się i utwierdza w ciągłej rozmowie. Nie powinniśmy dłużej pozwalać, by cyniczne machinacje przeprowadzane na sferze publicznej uniemożliwiały współczesnym społeczeństwom (by przywołać na koniec Hannah Arendt i jej Kondycję ludzką) wspólne myślenie nad tym, co i po co – to znaczy z jakiej przyczyny, dla jakiego celu – jako ludzie robimy.
Magdalena Basak, specjalistka ds. komunikacji i PR w kulturze, kuratorka. Z fundacją Art Transparent związana od 2021 roku jako koproducentka Przeglądu Sztuki SURVIVAL, a od 2023 roku jako osoba odpowiedzialna za promocję wszystkich działań fundacji. Od 2019 roku współpracuje z Towarzystwem Aktywnej Komunikacji, gdzie współtworzy program Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania i odpowiada za jego komunikację oraz programowanie. Jako członkini zarządu TAK pracuje nad poszerzeniem programu organizacji. Zaprojektowała antologię opowiadań „Na wczoraj”. Jako kuratorka w roku 2025 przygotowała trzy wystawy: moje Emose Uhunmwangho, patrz patrz aż znikniesz w patrzeniu Katarzyny Pietruskiej, Nie ma się czego bać zbiorowa. Pisze o sztuce i kulturze. Jej teksty ukazały się m.in. w Onecie, „Newsweeku”, „Piśmie Artystycznym Format”, „Kalendarzu Wrocławskim”.
Michał Bieniek, artysta i kurator, prezes zarządu fundacji sztuki współczesnej Art Transparent. Jest twórcą i kuratorem generalnym Przeglądu Sztuki SURVIVAL, a także szefem galerii sztuki współczesnej Mieszkanie Gepperta. Absolwent ASP we Wrocławiu; studiował w Royal College of Art w Londynie, stypendysta Arts and Humanities Research Council. W latach 2013-2016 był kuratorem ds. sztuk wizualnych Europejskiej Stolicy Kultury Wrocław 2016. W ramach ESK Wrocław 2016 zrealizował ponad sto projektów – wystaw, działań edukacyjnych, interwencji w przestrzeni publicznej i in. Kurator cyklu kilkudziesięciu szeroko zakrojonych interwencji artystyczno-społecznych w przestrzeni publicznej Wrocławia – Wrocław – wejście od podwórza. Laureat stypendium „Młoda Polska” w 2011. Wyróżniony przez Radio Wrocław Kultura nagrodą “Emocje!” (2016), a przez magazyn F5 uplasowany na pierwszym miejscu aktywistów i działaczy kultury, którzy zmieniają Wrocław na lepsze (2017). Laureat nagrody Prezydenta Wrocławia „Meritio de Wratislavia – zasłużony dla Wrocławia” (2022).