Twój dostęp nie jest aktywny. Skorzystaj z oferty i zapewnij sobie dostęp do wszystkich treści.


Przeczytaj i słuchaj bez ograniczeń. Zaloguj się lub skorzystaj z naszej oferty

Rozmowa

Wełniane serce miasta

Mały Wiedeń, Manchester Południa, a dla mnie po prostu miejsce, w którym się wychowałam i o którego pamięć i historię dzisiaj dbam – o Bielsku-Białej z Elżbietą Targosz-Wroną, wiceprezeską Stowarzyszenia Włókienników Polski, rozmawia Magdalena Kicińska.
fot. MIKOŁAJ DŁUGOSZ

Materiał ma charakter komercyjny i powstał we współpracy z Narodowym Centrum Kultury.

Czytaj więcej na temat książki Mozaika. Bielsko-Biała Aleksandry Boćkowskiej na stronie księgarni NCK.

Magdalena Kicińska: Czym dla Bielska-Białej było włókiennictwo? Dlaczego używamy czasu przeszłego, porozmawiamy później.

Elżbieta Targosz-Wrona: Gdyby nie włókiennictwo, Bielsko-Biała byłaby małym miasteczkiem, o którym mało kto coś słyszał. A w zasadzie dwoma miasteczkami przedzielonymi rzeką Białą, bo dopiero od 1951 roku śląskie Bielsko scaliło się z małopolską Białą, a dawniej – niemieckie Bielitz, należące do zaboru pruskiego, z galicyjską Białą. Przez wieki te dwa ośrodki rozwijały się w cieniu większych: Księstwa Cieszyńskiego i górnośląskich metropolii.

A rośliśmy i rozwijaliśmy się dzięki przemysłowi włókienniczemu, który tu, na tych terenach, pojawił się jeszcze w średniowieczu. Natomiast rozkwitał od XIX wieku razem z postępem technologicznym – industrializacją i wynalezieniem maszyn parowych. Wraz z nimi przyszła gazyfikacja, wodociągi (bo wody do produkcji potrzebował każdy zakład), kanalizacja i komunikacja tramwajowa, czyli wszystkie cywilizacyjne udogodnienia, które miały służyć fabrykom i służyły też mieszkańcom. Tak jak dla Łodzi bawełna, tak dla Bielska wełna była surowcem, z którego powstała świetność miasta.

Małego Wiednia.

Albo, jak też się mówiło, Manchesteru Południa.

Angielski oryginał zasłynął w świecie jako miejsce z pierwszą przędzalnią bawełny – zbudowaną w 1780 roku – i na długo jako główny ośrodek rozwoju przemysłu tekstylnego, wokół którego rozwijało się nowoczesne miasto.

Natomiast wełna z Bielska konkurowała z najlepszymi na świecie. Byliśmy włókienniczą potęgą. Pod względem wielkości produkcji Bielsko zajmowało trzecie miejsce w Austro-Węgrzech, a w niepodległej Polsce drugie, po Łodzi. Słynęło z wełnianych materiałów wysokiej jakości: tweedu, gabardyny, jerseyu. Pierwotnie fabryki nosiły nazwy od nazwisk założycieli – Zipserów, Försterów, Jankowskich, Strzygowskiego… Już same nazwiska mówią o tym, że miasto było wielonarodowe i wieloreligijne, przy czym większość fabryk należała do Niemców, kilka do Żydów i Polaków.

W Bielsku żyli bogaci mieszczanie i elity fabrykanckie. Robotnicy i robotnice, o ile w ogóle mieszkali w mieście, to przeważnie w domach robotniczych lub koloniach budowanych dla nich w Białej. W większości jednak ściągali codziennie do miasta z okolic, bliższych i dalszych.

W 1931 roku Polacy stanowili 59 procent wszystkich mieszkańców zarówno Bielska, jak i Białej, Niemcy – 32 procent, a Żydzi – 9 procent.

Dominującym językiem był jednak niemiecki, ale po polsku też się mówiło. Na ogół ta wielokulturowość się tu sprawdzała, choć pewne spięcia między narodami się zdarzały – często jako odbicie tego, co działo się w wielkiej polityce i było inspirowane z góry.

Nie brakowało też napięć na linii klasowej – robotnicy i robotnice protestowali, domagając się lepszych warunków pracy, bezpieczeństwa i godnych płac. Organizowali strajki, największy w 1931 roku, kiedy Bielsko dosięgnęły skutki światowego kryzysu gospodarczego.

Także to się zmieniało z biegiem czasu – zakłady unowocześniając się, mogły zaoferować więcej, również pracownikom. I wciąż były na tyle atrakcyjne, by zjeżdżały do nich rzesze chętnych, dla których praca w fabrykach wiązała się z awansem klasowym. Dzięki niej ich dzieciom było już łatwiej. Przy zakładach powstawały placówki edukacyjne, a zarobki, choć skromne, pozwalały te dzieci kształcić, by wracały potem do fabryk – już nie tylko na szeregowe stanowiska, ale i te wyższe, specjalistyczne.

Z czasem nie zmieniała się jednak jakość produkowanej wełny.

Po drugiej wojnie światowej zakłady znacjonalizowano, zmieniając ich nazwy i patronów (głównie na komunistycznych działaczy). Mimo to na krajkach – czyliniezwijających się, wzmocnionych brzegach tkaniny, biegnących wzdłuż całej długości beli materiału – wciąż na znak wysokiej jakości były nazwiska poprzednich, przedwojennych właścicieli. Bo po tak oznaczone tkaniny  przyjeżdżali z zagranicy klienci i takie zamawiano na eksport. W PRL najsłynniejsze i największe były Zakłady Przemysłu Wełnianego im. Józefa Niedzielskiego, później znane jako „Welux”.

Ale zanim „wejdziemy” do „Weluxu”, czyli czasom bliższym wspólczesności, zatrzymajmy się chwilę u progu starych zakładów.

Coraz mniej w Bielsku-Białej jest po nich śladów. Dziś nie istnieje już nawet większość budynków fabryk. Ale wcześniej, w XIX wieku i przed wojnami światowymi, z okolicznych miejscowości, z wiosek, z gór zjeżdżano tu do pracy. I były to przede wszystkim kobiety.

Na naszych łamach („Pismo” nr 8/2025) pisała o nich Magdalena Idem: „W 1933 roku na ponad 10 tysięcy osób zatrudnionych we włókiennictwie około 6300 stanowiły kobiety. Wracały one do swoich domów na wsi przeważnie tylko na niedzielę, w tygodniu po dniówkach kładły się zaś spać kątem gdzieś w fabryce lub nocowały w domach robotniczych (…)”.

Bo choć przemysł włókienniczy nazywany był lekkim, to wcale taki nie był. Praca przy produkcji nici, a potem tkanin, obsługa maszyn wymagały bardzo wielkiej siły.

zdjęcie portretowe Elżbiety Targosz-Wrony, wiceprezeski Stowarzyszenia Włókienników Polskich

Opowiadała o tym Pani Aleksandrze Boćkowskiej, która w publikacji Mozaika opisywała historię Bielska-Białej: „W przemyśle włókienniczym wszystko zaczynało się od nitki. Z brudnej, zatłuszczonej, zmierzwionej wełny – po jej wypraniu i zgrzebleniu do równolegle rozłożonych kilkucentymetrowych włókienek – należało zrobić nitkę. Cienkie jak włos włókna trzeba było poskręcać, żeby zyskały odpowiednią grubość, odpowiednią wytrzymałość. Dopiero wtedy nadawały się do przerobu na tkaninę. Kiedyś to wszystko robiono ręcznie, potem już maszynowo. Tyle że wokół maszyny, zwłaszcza na oddziałach przygotowawczych, biegało się po prostu. Proszę sobie wyobrazić: olbrzymia hala, maszyny stoją w rzędach, a prządka biega dookoła przez rząd, dwa lub trzy i sprawdza. Jeśli trzeba związać zerwaną nitkę, to musi zatrzymać wszystko i potem puścić w ruch jeszcze raz. Podobnie w tkalni. Krosna kortowe miały około dwóch i pół metra długości. Nitkę wątku, która przeplatała się z nitkami osnowy biegnącymi wzdłuż długości tkaniny, przewodziło czółenko – odbijało się z jednej strony krosna i leciało na drugą, do drewnianej oprawy. Zdarzało się, że wyskakiwało i wtedy nieszczęście, bo z siłą niesamowitą”.

Te kobiety każdego dnia pokonywały wiele kilometrów, obsługując przydzielone im maszyny i przede wszystkim sprawdzając jakość produktu. Poza tym w fabrykach było parno, z przerobu włókien unosił się pył. Te XIX-wieczne warunki pracy dość wiernie oddał w Ziemi obiecanej Władysław Rejmont, a potem Andrzej Wajda w filmie na podstawie tej książki. Oczywiście z czasem warunki pracy się poprawiały, a powojenne zakłady to już zupełnie inna rzeczywistość. Po okresie odbudowy oferowały nie tylko godne zarobki, ale także infrastrukturę: robotnicze stołówki, przychodnie czy żłobki. Dbano też o rekreację – działały teatry amatorskie, organizowano wycieczki i wspólne wyjazdy.

Pamiętam z dzieciństwa, jak jeździło się na grzyby albo gdzieś na wieś, pod Nowy Sącz do sadów zbierać jabłka – skrzynkami je zwoziliśmy i potem było z czego robić przetwory. Zakłady miały też swoje ośrodki wczasowe. Z dopłatami z funduszu socjalnego zakładów nawet rodziny robotników mogły pozwolić sobie na to, żeby raz w roku wyjechać. Myśmy też tak wyjeżdżali. Mama cały rok odkładała, żebyśmy mogli pojechać nad morze. Najpierw do takich bardzo prymitywnych domków kempingowych, później do trochę lepszych warunków.

I nie gloryfikuję dawnego systemu, ale trudno nie oddać sprawiedliwości tam, gdzie się ona należy. Zakłady pracy, przede wszystkim włókiennicze, organizowały życie miasta i społeczności. To był wspólny organizm, którego sercem były fabryki.

I które mocno biło! Zdarzało się Pani tego bicia bać.

Tak, pamiętam z dzieciństwa taką scenę: mijamy z mamą trzypiętrowy, masywny budynek fabryczny, a ja ciągnę ją na drugą stronę ulicy. Tłumaczę, że boję się, że on się zawali i nas zasypie. W nim były tkalnia i krosna, które tak głośno wybijały rytm, że drżała cała ulica (wielu starszych mieszkańców go pamięta). A mnie ten hałas i drgania kojarzyły się z opowieściami o testowaniu wytrzymałości nowych mostów, kiedy wojsko przechodząc równomiernym krokiem, wprowadzało go w drgania (konstrukcja wytrzyma, nie wytrzyma?).

Maszyna włókiennicza, zdjęcie MICHAŁ KLIŚ

Materiały, które były tu produkowane, eksportowaliśmy na wszystkie kontynenty. Niektóre jako jedyni na świecie, jak zielone sukno na stoły bilardowe z Zakładów Przemysłu Wełnianego „Bewelana”. Z kolei w „Krepolu” jako jedyni w Polsce robiliśmy materiały na flagi, a w „Merilanie”, „Krepolu”, „Bewelanie” – nieprzemakalne wełny na mundury dla generałów.

W czasach mojej młodości w mieście i okolicach działało prawie 30 zakładów – przez 24 godziny na dobę, na trzy zmiany. Wielu mieszkańców wspomina, że ten system wyznaczał rytm życia miasta. Żartują, że zegarek można było nastawiać, bo na każdy z trzech dworców na szóstą rano przyjeżdżały pociągi przywożące pracowników fizycznych, na siódmą – kadrę urzędniczą, a na ósmą – uczniów do szkół. A po południu w drugą stronę: po godzinie 14 wracała pierwsza zmiana robotników, po 15 – urzędnicy…

Dla Pani to historia nie tylko miasta, ale i własnej rodziny.

Pochodzę z trzeciego pokolenia włókienników. Dziadek pochodził spod Piotrkowa Trybunalskiego, czyli z zaboru rosyjskiego. To tam skończył gimnazjum i zaczął pracować w przemyśle, ale z obawy przed represjami za działalność rewolucyjną musiał uciekać. Dzięki pomocy dawnych znajomych swego ojca kolejarza przedostał się tutaj. Znalazł pracę w fabryce sukna Edwarda Zajączka w Kętach, kilkanaście kilometrów od Bielska. Ożenił się i na świat przyszły dzieci, w tym moja mama. Babcia niestety wcześnie zmarła, a dziadek ożenił się powtórnie.

Druga babcia pracowała w „Lenko” – bielskiej przędzalni lnu i fabryki wyrobów jutowych. Moi rodzice też pracowali w przemyśle włókienniczym. Mama w administracji, tata w produkcji – był tkaczem, potem mistrzem, aż awansował na stanowisko kierownika działu. Mama zmarła w zeszłym roku, miała 102 lata i do końca bardzo dobrze pamiętała przeszłość. Wspominała, jak kiedyś wyglądało miasto, jak się pracowało, jak się spędzało wolny czas. Opowiadała o sukienkach i kapeluszach, które się zakładało w sobotnie, a zwłaszcza niedzielne wieczory na spacer czy do kawiarni, jak się pozdrawiało sąsiadów mijanych na ulicy, przystawało, by porozmawiać, jak się razem bawiło. I choć wtedy żyło się skromnie, to chyba z niemniejszym apetytem na życie, za to w mniejszym zagonieniu niż dzisiaj.

O tym się dziś mało pamięta, ale w przeszłości praca dawała dużo poczucia sensu. Pracownicy utożsamiali się z zakładem, w którym spędzali tyle czasu i który organizował też ich życie po pracy. Weźmy choćby pochody pierwszomajowe, dziś wyśmiewane. Sama wspominam je dobrze. Oczywiście okazja była propagandowa i polityczna, nie ma się co od historii odżegnywać – ale wiele osób czuło wtedy autentyczną wspólnotę, radość i dumę ze swojego miejsca pracy. Nie traktowało się tego jako coś skrajnie złego. Przeciwnie.

O tym się dziś mało pamięta, ale w przeszłości praca dawała dużo poczucia sensu.

Maszerowało się od dziecka. Pamiętam, jak razem z całą szkołą, wszyscy wystrojeni – w mundurkach harcerskich, strojach ludowych, w białych podkolanówkach – szliśmy głównymi ulicami w długim pochodzie, wymachując chorągiewkami. Podobnie odświętnie ubrani szli pracownicy, kolejno zakład za zakładem, dumnie prezentując jego nazwę. A potem, już po oficjalnej części, były ogniska, pieczone kiełbaski, wieczorem potańcówki. Dużo czasu spędzało się razem. Do amatorskiego zakładowego teatru, w którym udzielał się mój tata, też zaglądałam. Lubiłam podpatrywać, jak się tam przygotowują, jak ćwiczą role.

Włókiennictwo było więc i Pani pisane?

Nie od początku. Widziałam, jaka to ciężka praca, i nie chciałam pracować w przemyśle. Rozpoczęłam więc studia na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach na Wydziale Matematycznym. Później jednak, ponieważ brat także chciał studiować, ze względu na koszty wróciłam do Bielska-Białej i dostałam się do tutejszej Filii Politechniki Łódzkiej, na Wydział Włókienniczy. Można więc powiedzieć, że przeznaczenie mnie dogoniło.

Pierwsza na tej uczelni obroniłam tytuł magistra inżyniera włókiennictwa. A że na studiach osiągałam dobre wyniki, zostałam pracownikiem uczelni. Zrobiłam doktorat. Specjalizowałam się w metrologii włókienniczej. Uczyłam młodych ludzi włókiennictwa.

Pracowałam też w Centralnym Laboratorium Przemysłu Wełnianego „Południe”, w którym każda nowa tkanina, jaką wyprodukowano w Bielsku-Białej, przechodziła badania jakościowe. Później pracowałam także jako audytor systemów zarządzania między innymi jakością zgodnie ze standardami ISO w branży włókienniczej. Już nie tylko u nas, ale w całej Polsce widziałam zarówno rozkwit, jak i późniejsze zwijanie się wielkich włókienniczych zakładów pracy i całych ośrodków przemysłowych. Byłam też rzeczoznawcą do spraw jakości wyrobów tekstylnych.

Na emeryturę z uczelni odeszłam formalnie w 2011 roku, po 36 latach pracy. Ale do ubiegłego roku jeszcze cały czas byłam aktywna zawodowo.

Dziś angażuje się Pani w działalność bielsko-bialskiego oddziału Stowarzyszenia Włókienników Polskich jako jego wiceprezeska.

Działamy społecznie – spotykamy się w swoim gronie, dawnych pracowników fabryk, staramy się zbierać wspomnienia o tym, czym się zajmowaliśmy, wydajemy broszury. Właśnie kończę kolejną, jubileuszową, bo w tym roku mija 80 lat od powołania naszego stowarzyszenia. Zależy nam, żeby wszystko to, z czego Bielsko-Biała była znana, nie zniknęło, nie odeszło wraz z ostatnimi, którzy jeszcze pamiętają bielski przemysł włókienniczy, bo go budowali, współtworzyli.

Przeczytaj też: Zbędne. Fragment książki „Chłopki. Opowieść o naszych babkach”

Wiem, że to naturalne, że w gospodarce występują cykle, a także że oprócz naszych włókienniczych fabryk w mieście działały zakłady z innych branż, które produkowały na przykład maszyny włókiennicze czy silniki. Że działały tu Fabryka Samochodów Małolitrażowych, w której produkowano Fiata 126p, oraz słynne na całą Polskę Studio Filmów Rysunkowych, w którym powstały choćby Reksio czy Bolek i Lolek. Bielsko-Biała ma więc bogatą historię, z której można czerpać. Mnie jednak szczególnie zależy na tym, by nie zapominać o włókiennictwie, za którego przyczyną tak wiele się tutaj wydarzyło, które tak naprawdę napędzało rozwój tego miasta.

Który w pewnym momencie się załamał. Kontynuując metaforę fabryki jako serca Bielska-Białej: od końca lat 80. to serce zaczęło chorować, a w latach 90. ostatecznie przestało bić.

I dlatego wielu mieszkańców, zwłaszcza młodych, nie wie, jak wielką częścią historii tego miasta były fabryki i zakłady, które tu działały. Bo dziś ani jedno z tych miejsc nie jest czynne. Zobaczyć maszyny, czy raczej ich elementy, możemy tylko w Starej Fabryce. To oddział Muzeum Historycznego w Bielsku-Białej, który działa jako Muzeum Techniki Włókienniczej. Mieści się w dawnej fabryce włókienniczej braci Karola Teodora i Gustawa Adolfa Büttnerów, która w okresie PRL funkcjonowała jako część Zakładów Przemysłu Wełnianego „Bewelana”. Chciałabym, żeby ten ślad w pamięci miasta był bardziej wyraźny. Bo to naprawdę klucz do zrozumienia tego miejsca i jego historii.

Newsletter

Pismo na bieżąco

Nie przegap najnowszego numeru Pisma i dodatkowych treści, jakie co miesiąc publikujemy online. Zapisz się na newsletter. Poinformujemy Cię o najnowszym numerze, podcastach i dodatkowych treściach w serwisie.

* pola obowiązkowe

SUBMIT

SPRAWDŹ SWOJĄ SKRZYNKĘ E-MAIL I POTWIERDŹ ZAPIS NA NEWSLETTER.

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OTRZYMASZ NAJNOWSZE WYDANIE NASZEGO NEWSLETTERA.

Twoja rezygnacja z newslettera została zapisana.

WYŁĄCZNIE DLA OSÓB Z AKTYWNYM DOSTĘPEM ONLINE.

Zaloguj

ABY SIĘ ZAPISAĆ MUSISZ MIEĆ WYKUPIONY DOSTĘP ONLINE.

Sprawdź ofertę

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OSOBA OTRZYMA DOSTĘP DO MATERIAŁU PISMA.

Newsletter

Pismo na bieżąco

Nie przegap najnowszego numeru Pisma i dodatkowych treści, jakie co miesiąc publikujemy online. Zapisz się na newsletter. Poinformujemy Cię o najnowszym numerze, podcastach i dodatkowych treściach w serwisie.

* pola obowiązkowe

SUBMIT

SPRAWDŹ SWOJĄ SKRZYNKĘ E-MAIL I POTWIERDŹ ZAPIS NA NEWSLETTER.

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OTRZYMASZ NAJNOWSZE WYDANIE NASZEGO NEWSLETTERA.

Twoja rezygnacja z newslettera została zapisana.

WYŁĄCZNIE DLA OSÓB Z AKTYWNYM DOSTĘPEM ONLINE.

Zaloguj

ABY SIĘ ZAPISAĆ MUSISZ MIEĆ WYKUPIONY DOSTĘP ONLINE.

Sprawdź ofertę

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OSOBA OTRZYMA DOSTĘP DO MATERIAŁU PISMA.

-

-

-

  • -
ZAPISZ
USTAW PRĘDKOŚĆ ODTWARZANIA
0,75X
1,00X
1,25X
1,50X
00:00
50:00