Wersja audio

Rysunek Anna Głąbicka
Drodzy Czytelnicy „Pisma”!
Przez kilka ostatnich lat odpowiadałam na Wasze listy. Dzisiaj ta wspaniała przygoda (ależ to jest wyświechtany zwrot! Ale co zrobić, jeśli to naprawdę była wspaniała przygoda?) się kończy.
To dla mnie duża zmiana. Dotąd każdy koniec miesiąca był naznaczony rytuałem: z ekscytacją otwierałam skrzynkę mailową, czytałam wszystkie nowe listy; jeden z nich zawsze wydawał mi się najpilniejszy albo najbliższy temu, co gryzło i mnie. A potem chodziłam z tym listem w głowie, piłam z nim herbatę, robiłam z nim zakupy i wyprawiałam z nim dzieci do szkoły, aż wreszcie słowa zaczynały się schodzić, odpowiedź zaczynała się formować i powstawał tekst, który czytaliście potem w „Piśmie”.
Dlaczego Rozmowy z K. się kończą? Lepszym pytaniem jest: dlaczego się w ogóle zaczęły? Nie da się ukryć, że za decyzją o rozpoczęciu takiego cyklu musiał stać jakiś rodzaj buty – w końcu komu się wydaje, że może rozumieć czyjeś problemy, komentować je, ba, nawet dawać innym rady? Tu trzeba pewności siebie, jakiejś dezynwoltury; przekonania, że ma się coś do powiedzenia i że potrafi się to powiedzieć w sposób, który coś zmieni albo coś pomoże. Żeby odpisywać na listy, trzeba myśleć o swoich słowach nie jak o bańkach mydlanych unoszących się w powietrzu ku chwilowej uciesze dzieci, ale jak o wrzucanych do wody kamieniach – wolno i zdecydowanie spadających na samo dno. Nie twierdzę bynajmniej, że nie było w tym tego rodzaju hybris, ale były też inne rzeczy. Ten cykl rozpoczął się w pandemii, kiedy wszyscy tęskniliśmy za rozmowami; obok buty była w tym pomyśle jakaś straceńczość, jakieś rzucenie się w ludzi, w ich ciemność i jasność zarazem; nadzieja na dotknięcie Innego, na rozmowę i ciepło. I chyba bardziej niż w swój osąd uwierzyłam w swoją empatię.
Ale dzisiaj buta oceny wydaje mi się równie bezzasadna, jak wiara, że potrafię kogoś naprawdę zrozumieć. Do prawdziwego rozumienia potrzebny jest bowiem jakiś rodzaj stabilności. George Lakoff i Mark Johnson, którzy identyfikowali głębokie struktury metaforyczne naszego języka, zauważyli, że o komunikacji myślimy czasem jak o przesyłaniu paczek: jest dwóch interlokutorów i pudełko (słowa). Myśl, znaczenie, przekaz są wkładane w język i wysyłane, a druga osoba rozpakowuje tę paczkę i odbiera przesyłkę. Nie sądzę, żeby to był właściwy opis tego, czym jest komunikacja, ale tu mi się przyda: otóż mam wrażenie, że znajdujemy się w momencie, w którym pocztę kompletnie pogięło. Pudełka mają złe nalepki i udają, że zawierają coś innego. Wpychamy do nich znaczenia, które się w nich nie mieszczą albo w nich giną. Piszemy na nich adresy wybranych osób, a listonosz je gubi, niesie na śmietnik lub wrzuca do skrzynki internetowego tłumu trolli. A co więcej, nawet jaźń, ja, ta osoba, która próbuje pakować i wysłać paczki, też jest niestabilna – w momentach transformacyjnych, a w takim się znajdujemy (ma miejsce transformacja dyskursu, transformacja polityczna, technologiczna, geopolityczna i Bóg jeszcze wie jaka), trudno mi zakładać nie tylko, że nadawca (ja) wie, co mówi, lecz także że to samo powiedziałby za chwilę.
Dlatego nowa formuła mojego pismowego felietonu nazywa się „Myśli znikąd”. Niektórzy na pewno słusznie zauważą w tej frazie nawiązanie do książki Thomasa Nagela Widok znikąd. Nagel próbuje dojść do ładu z paradoksem, jakim jest bycie wolnym umysłem w deterministycznym świecie – może w ogóle nie ma takiego terytorium jak jaźń, ale i tak nam się wydaje, że patrzymy na świat z jej środka. I teraz, zamiast posyłać rady, będę Wam posyłała różne inne myśli. Nadawca jest niepewny, język okazuje się słabym pudełkiem, poczta może szwankować, ale istnieje szansa, że to i owo uda mi się Wam wysłać. I dziś, ze swojego nikąd, cieszę się na to, co niepewne i nowe.
Masz przed sobą otwartą treść, którą udostępniamy w ramach promocji „Pisma”. Odkryj pozostałe treści z magazynu, także w wersji audio. Jeśli nie masz prenumeraty lub dostępu online – zarejestruj się i zamów dostęp.