Twój dostęp nie jest aktywny. Skorzystaj z oferty i zapewnij sobie dostęp do wszystkich treści.


Czytaj i słuchaj bez ograniczeń. Zaloguj się lub skorzystaj z naszej oferty

Apteczka

Ewa Salamon. Bagażnik pełen książek

Kolaż przedmiotów trzymanych w apteczce przez Ewę Salamon.

Mam swoje dziwaczne kulturalne przyzwyczajenia: jeśli kino, to w pierwszym rzędzie, jeśli podkast, to na 1,5-krotnym przyspieszeniu. Serial? Przez aplikację w telefonie, muzyka – tylko bez słuchawek, a teatr, to spontanicznie, na wejściówki.

Najważniejszym przedmiotem, z którego w ciągu dnia korzystam, moją apteczką, jest smartfon. Cierpię na FOMO (fear of missing out, czyli strach przed tym, co nas omija) i nomofobię (strach związany z brakiem dostępu do telefonu komórkowego). Uczę się jednak żyć bez powiadomień w telefonie. Ograniczam elektronikę. Upajam się ciszą. Spokój to chyba mój największy luksus i najmocniejsza obecnie inspiracja.

Nie wyobrażam sobie życia bez czytnika. Czytam w metrze, w autobusie, w pociągu i samolocie. Kiedy stłukł się jego ekran, od razu dostałam nowy. Choć najpewniej i ten stary zostanie niedługo naprawiony przez mojego partnera, uwielbiającego wieczory z lutownicą.

W moim domu książki były zawsze. Biblioteczka po dziadku pełna klasyki. Nie kupowało się jednak zbyt wielu nowych tytułów. Moja mama, polonistka, pracowała w szkolnej bibliotece. Słyszałam więc często: „Nie kupujemy nowych książek, jest przecież biblioteka, zawsze mogę ci coś wypożyczyć”. Potem jednak przyszedł czas, w którym czytałam głównie „młodą, polską prozę”: Masłowska, Chutnik, Shuty. Chciałam mieć wszystko na swojej półce. Kilka lat temu pozbyłam się książek, które wypełniały cały bagażnik mojego samochodu (kombi!). Wydawało mi się, że już ich nie potrzebuję, że dobra materialne nie są dla mnie istotne, że przecież nie przeczytam tych wszystkich książek po raz kolejny. Teraz żałuję. Bardzo. 

Wciąż jednak, w wielu różnych miejscach: w domu rodzinnym, wynajmowanym kiedyś mieszkaniu, zostało jeszcze trochę niewyrzuconych egzemplarzy. W obecnym domu stoją w dwóch stosach: „do przeczytania” i „przeczytane”.

Czytnik kupiłam dziewięć lat temu podczas jednej ze swoich podróży do Nowego Jorku. Przez kilka lat leżał nieużywany, a w nim mnóstwo kupionych i nieprzeczytanych książek. 

Teraz nie wyobrażam sobie życia bez niego. Czytam w metrze, w autobusie, w pociągu i samolocie. Dlatego kiedy stłukł się jego ekran, od razu dostałam nowy (na szczęście, były właśnie moje urodziny). Choć najpewniej i ten stary zostanie niedługo naprawiony przez mojego partnera, uwielbiającego wieczory z lutownicą.

Są książki, które będą mi się kojarzyły z konkretnymi momentami w życiu. Smutek cinkciarza będzie przypominał mi czas, kiedy zaczynałam pracę w „Piśmie” – wspomniałam o nim podczas rozmowy rekrutacyjnej, kiedy Piotr Nesterowicz zapytał mnie, jaką książkę właśnie czytam. Detroit. Sekcja zwłok Ameryki czytałam, będąc w szpitalu na początku ciąży. Człowiek, który śpi Georges’a Pereca to natomiast tekst, który był moją dyżurną skarbnicą wątków do licealnych wypracowań i połowy tematów maturalnych.

Uwielbiam pierwsze zdania. Jedno z moich ulubionych pochodzi z książki Agnieszki Drotkiewicz Paris, London, Dachau: „Albert, Albert, ja lubię prawdę!”. Są też zdania, które bardzo długo we mnie rezonują. Sceny, które zapamiętuję. Z książek, filmów, przedstawień teatralnych. Często nie pamiętam fabuły, ale zostają we mnie emocje. Na przykład cudowne zdanie z Tonia Krögera Tomasz Manna: „Wtedy stało się: Janek Hansen i Ingeborga Holm przeszli przez salę”.

Nie mogę przekonać się do audiobooków. Za szybko żyję – wolę krótsze formy. Najlepsze są półgodzinne nagrania – podkasty lub materiały „Pisma”. Zazwyczaj słucham ich na prędkości 1,5. Tak samo seriale oglądane w samotności – najlepsze to te, które mają odcinki trwające mniej niż trzydzieści minut. Nauczyłam się też oglądać na przyspieszeniu. Mimo że mam w domu projektor, bardzo często zdarza mi się również oglądać seriale w telefonie. Nie tylko podczas podróży, ale też – a może nawet najczęściej – przed snem, w łóżku. Projektor jednak testuję w innym miejscu: głównie jako sposób na filmowy wieczór w działkowym plenerze. Pozostaje jeszcze kwestia tego, co obejrzeć. Pytanie „To jaki film dziś? Na co masz ochotę?” prawie śni mi się po nocach! Nie lubię mieć dużego wyboru. Często kończymy na klasyce polskiego kina, nieodkrytych serialowych perełkach, kronice filmowej, a ostatnio nawet na koncertach finałowych festiwalu w Opolu z lat 70.

darowizna na rzecz fundacji pismo

Kino to jednak zupełnie inny temat. Najlepsze są samotne przedpołudniowe wyjścia do kin studyjnych. Kiedyś moja miłość do kina wyrażała się w obecności na letnich festiwalach filmowych. Maratony składające się z 5-6 filmów dziennie podczas dziesięciodniowych wydarzeń w Cieszynie, Kazimierzu Dolnym czy we Wrocławiu to było coś, co dawało mi inspirację na cały rok. To był czas, w którym poznałam Alejandra Jodorowsky’ego, Dereka Jarmana i obrazy z serii Cremaster Matthew Barneya. 

Jeśli chodzi o muzykę, to w podstawówce, jak chyba każdy, miałam okres uwielbienia dla Nirvany i Janis Joplin. W liceum przeżywałam fascynację polskim hip-hopem, choć była to raczej fascynacja światem, którego totalnie nie znałam. Jednak najwięcej radości sprawiało mi słuchanie Radiostacji. Była to radość, którą przeżywałam samotnie. Nikt w moim otoczeniu nie słuchał takiej muzyki, ale ja chyba też nie chciałam nikogo nią zarażać. To był mój świat. I nie chciałam się nim z nikim dzielić. Tak samo było z czytaniem „Machiny”, połączonym oczywiście z kolekcjonowaniem płyt dołączonych do magazynu (polecam świetny fanpage „Skany ze starej Machiny”). Zawsze lubiłam składanki. Moja ulubiona seria to Przekrój muzyki, czyli wybór Bartka Winczewskiego z 2005 roku. Moje ukochane do dziś płyty to Cover story, Nowy rock i Głosy nowego wieku – to dzięki nim poznałam na przykład Emilíanę Torrini czy Devendrę Banharta. Teraz natomiast bardzo często odkrywam z moim partnerem, że w podobnym czasie słuchaliśmy podobnej muzyki. Często więc do niej wracamy, odkrywamy zapomniane perełki – razem wyszukujemy utwory na YouTubie, słuchamy na winylach, CD i kasetach magnetofonowych. Niedawno znalazłam u rodziców starą kasetę, a na niej nagrane metodą domową kawałki z radia. Wśród nich na przykład utwór Okapi zespołu Galago. Do teraz brzmi wspaniale. Polecam. 

-

-

-

  • -
ZAPISZ
USTAW PRĘDKOŚĆ ODTWARZANIA
0,75X
1,00X
1,25X
1,50X
00:00
50:00