Apteczka

Zofia Sawicka. Witaminy z cukru i mąki

Pokazać własną apteczkę – trochę strach. Nie bez powodu osobiste zbiory leków nie stały się dotąd hitem Instagrama. Tabletki na wzdęcia, sprej na zatkany nos i syrop na globus histericus nie są szczególnie fotogeniczne. W dodatku oprócz leków o udowodnionym działaniu można w takiej apteczce znaleźć podejrzane suplementy diety, homeopatyczne lewoskrętne granulki, kolorowe amerykańskie witaminy z cukru i mąki oraz plastry w Muminki. Apteczki więcej o nas mówią, niż byśmy sobie życzyli.

Z apteczką metaforyczną jest chyba podobnie. W mojej – obok arcydzieł literatury, muzyki i kinematografii – trzymam popkulturową sieczkę, koślawą amatorską twórczość i inne wątpliwej jakości twory, do których trochę wstyd się przyznawać w eleganckim towarzystwie. 

Na kindle’u mam całe hałdy fanfiction. Dobrze się czuję w demokratycznym, ułomnym królestwie apokryfu, interesuje mnie to pisanie nieprofesjonalne, kłusownicze, żerujące, sama wciąż trochę je uprawiam.

W czasach licealnych i wczesnostudenckich, kiedy snobowałam się na subtelną intelektualistkę, z pokazaniem apteczki miałabym pewnie mniejszy kłopot. Napawała mnie słuszną dumą. Czego tam nie było! W poszukiwaniu straconego czasu, Dziennik Gombrowicza, Tomasz Mann, Ionesco i Cortazar, Skóra Malapartego, Iwaszkiewicz. Ulisses, którego przeczytałam w mękach przeplatanych momentami zachwytu i olśnienia, a dziś pamiętam głównie tyle, że facet przez całą powieść nosi w kieszeni mydło. Nieco później przyszła fascynacja teatrem, a wraz z nią – esejami Jana Kotta, nie tylko szekspirowskimi. Cieniutki Aloes stał się dla mnie jedną z najważniejszych lekcji pisania o cielesności, seksie, śmierci.

Została mi z tamtych czasów analogowa biblioteczka pełna klasyki, trochę kaset VHS z filmami (Kabaret Fosse’a!) i spektaklami, a także stos płyt – przede wszystkim songi Bertolta Brechta i Kurta Weilla w kilkunastu różnych wykonaniach. Najważniejsze to Non sempre splende la luna – recital brechtowski włoskiej pieśniarki Milvy. Która zresztą potrafi zaśpiewać wszystko, od italo disco, przez Lily Marleen i Bella Ciao, aż po tanga Astora Piazzoli.

Wciąż zdarza mi się wracać do tych książek i płyt, jednak dziś moja apteczka wygląda już inaczej. Na pewnym etapie wpuściłam do niej popkulturę, z jej blockbusterami, serialami, komiksami i Lady Gagą. A także fantastyką, przed którą jako dziecko byłam chroniona. Zaczęłam oglądać Doktora Who, zafascynował mnie Benedict Cumberbatch w Sherlocku, a Mads Mikkelsen w Hannibalu oduczył strachu przed horrorami (mój chłopak ze zgrozą patrzył na urozmaicone kolacyjki, które sobie robiłam pod doktora Lectera – no, ale tam ciągle jedzą, można zgłodnieć – a potem, siłą rozpędu, również pod Walking Dead). Pewnego dnia z zaskoczeniem odkryłam, że z pisarzy na „Pr” od Prousta wolę Pratchetta.

Moja nowa, eklektyczna apteczka jest – dzięki postępowi technologicznemu – znacznie bardziej kompaktowa. Nigdzie nie ruszam się bez czytnika e-booków i odtwarzacza mp3. Zawartość obu ulega ciągłym fluktuacjom. Na kindle’u teraz akurat mam sporo współczesnej polskiej prozy (Sadurską, Dehnela, Twardocha), kilka książek Stephena Kinga (Jak pisać. Poradnik rzemieślnika to pozycja obowiązkowa dla wszystkich wannabe autorów), Podróż do Ixtlan Carlosa Castanedy i całe hałdy fanfiction. Głównie do Harry’ego Pottera. Dobrze się czuję w demokratycznym, ułomnym królestwie apokryfu, interesuje mnie to pisanie nieprofesjonalne, kłusownicze, żerujące, sama wciąż trochę je uprawiam. Kanon, czyli siedmioksiąg Rowling, kupiłam sobie w wersji papierowej. Do Hogwartu (w ten czy inny sposób) wracam często – to dla mnie odpowiednik plastrów z Muminkiem.

darowizna na rzecz fundacji pismo

W moim odtwarzaczu mp3 i na playlistach Spotify panuje podobny jak w kindle’u chaos. Knajpa morderców Kultu sąsiaduje z Back to Black Amy Winehouse, a Les Bourgeois Brela – z Zombie The Cranberries. Osobną półeczkę mają Nick Cave & The Bad Seeds ze swoimi Murder Ballads. Muzyki słucham przede wszystkim w podróży (dużo jeżdżę pociągami) i podczas pracy. Najlepiej pisze mi się i tłumaczy przy ścieżkach dźwiękowych – od Fridy, przez Chicago i Sweeneya Todda, po Grę o tron czy – ostatnio – Good Omens. Bywa, że z lecącego w tle utworu zapożyczam rytm i energię do powstającego tekstu. Czasem zachłystuję się pojedynczym kawałkiem i słucham go w kółko, aż do przesytu. Ostatnio miałam tak z Everybody Walkin’ this Land Paula Cauthena, wcześniej – z The Night King Ramina Djawadiego. Po pewnym czasie zachłyśnięcie przechodzi, a utwór trafia na listę ulubionych, obok słuchanych już od kilkudziesięciu lat piosenek Queen, Leonarda Cohena, Milvy i Kazika Staszewskiego.

Wszystko to zmieściłoby się w torebce, właściwie nawet w większej kieszeni. Do pełni szczęścia potrzebuję jednak również obiektów analogowych, namacalnych, bliższych ciału. Dlatego co roku jeżdżę na letnie plenery malarskie, gdzie mogę ubabrać się w farbie po łokcie. I dlatego mam w domu kilkanaście pudeł wypełnionych miniaturowymi mebelkami i figurkami – układam z nich trójwymiarowe obrazy, mikroświaty, które potem fotografuję. Moja apteczka byłaby też niepełna bez maty do jogi, maty do akupresury i notatnika, w którym codziennie rano zapisuję trzy strony. Ręcznie. 

 

FreshMail.pl