Wersja audio
Jak ciężki owoc ścięty snem ląduje mi na ramieniu
głowa nieznajomej, która jeszcze przed chwilą
stojąc w kolejce do metra, pilnowała się, żeby
mnie nie dotknąć. Nie, nie musiała się pilnować. Jej ciało
od dzieciństwa bezwiednie manewruje w tłumie
bez potrącania innych, tak samo wyszkolonych ciał.
Na jednej ze stacji, w akwarium o kształcie bulaja
podobna choreografia rządzi baletem meduz:
zbliżają się do siebie i już się prawie plączą,
ale się wymijają, nigdy się nawet nie musną.
Gdyby nas sobie przedstawiono, mnie i tę nieznajomą,
na przykład wczoraj wieczorem, po dyskusji w księgarni,
w hipsterskiej, pełnej barów Shimokitazawie,
pewnie podałaby mi z lekkim ukłonem, oburącz,
kartonik o ostrych krawędziach – swoją wizytówkę.
Przyjęłabym go oburącz, z ukłonem. Nasze palce
dzieliłoby pół centymetra, bezmiar nie do przebycia.
Jednak dziś w metrze ona, nie mająca czasu
na księgarnie i bary, po godzinach pracy
długich jak eony odpływa – nie tam, gdzie w błędnym kole
od narodzin do śmierci unoszą się meduzy,
tylko dalej, daleko, gdzie nikt jej nie dogoni.
A gdy jest poza zasięgiem innych i siebie samej
i może wtedy ze sobą samą w zgodzie,
opiera ufnie głowę na obcym ramieniu.
Co robić? Staram się nie poruszyć.
Myślę o poduszce z dawnej przypowieści,
przedmiocie godnym czci, opoce snu człowieka.
W tym momencie metro staje, drzwi się otwierają
i nieznajoma, nie patrząc na mnie, zrywa się do wyjścia,
zostawiając za sobą puch w powietrzu.
Masz przed sobą otwartą treść, którą udostępniamy w ramach promocji „Pisma”. Odkryj pozostałe treści z magazynu, także w wersji audio. Jeśli nie masz prenumeraty lub dostępu online – zarejestruj się i wykup dostęp.