Reportaż

My, bezdomniaki od jabłek

  • autor
  • Marek Szymaniak
W pierwszej kolejności wybierają takich, którzy są pod ścianą. Pali papierosy? To źle, bo to znaczy, że jeszcze ma pieniądze.
rysunki Paweł Lorenc

Sławomir ma czterdzieści dziewięć lat, a od dwudziestu nie ma domu. Dach nad głową stracił, gdy jego siostra wyszła za mąż. Urodziła dziecko, potem drugie. W małym mieszkaniu komunalnym, a był to tylko pokój z kuchnią, żyła jeszcze ich matka. – Zrobiło się ciasno. Nie chciałem być ciężarem. Siedzieć im na głowie – opowiada. 

Pewnego razu, gdy wrócił do rodzinnego domu, drzwi otworzył ktoś obcy. Siostra wyprowadziła się bez jego wiedzy. Po śmierci matki przeniosła się do innego mieszkania. Tam nie było już dla niego miejsca. – Po tym, co się stało, jest między nami konflikt. Nie utrzymujemy kontaktów – mówi. 

Ze wsi Jaworowo w kujawsko-pomorskim wyjechał do pracy w sadach pod Warką. Wspomina, że miał wtedy wybór: Warka albo ulica. – W noclegowni można spać tylko siedem nocy, a potem jest karencja tygodnia na ulicy. Śpi się wtedy na dworcu, na klatkach schodowych w blokach, ale krótko. Ochroniarze pilnują i wyganiają, bo bezdomny śmierdzi. Ludziom to przeszkadza i ląduje się na mrozie – mówi Sławomir, który po kilku takich miesiącach zdecydował, że wróci do Warki. – Traktują tam gorzej jak psa, ale jest dach nad głową.

 


roman ma pięćdziesiąt sześć lat, od blisko dwudziestu jest rozwiedziony. Bezdomny prawie tak samo długo. Z przerwami pracował w sadach w Warce i w okolicach Grójca. – Kto raz napije się wody z Pilicy, to zawsze już będzie tam wracał. Ja też wracałem. Nawet po wyjściu z więzienia, gdzie odsiedziałem trzy lata za wyłudzanie kredytów, to pierwsze kroki gdzie? Na Warkę – mówi Roman. Na długo przedtem, zanim stracił dach nad głową, przez sześć lat pracował w kopalni. Mówi, że tam zaczął pić, bo warunki w domu górnika i towarzystwo sprzyjały. Rzucił robotę, bo chciał ratować małżeństwo. Nie pił dziewięć lat. Prowadził własny biznes. Przywoził z Niemiec używany sprzęt AGD i RTV. Naprawiał i sprzedawał z gwarancją. Ale alkohol wrócił, a wraz z nim awantury i kłótnie z żoną. – Potem był rozwód i zero perspektyw w moim rodzinnym mieście. Uciekłem, bo nie wyobrażałem sobie, jak mógłbym widywać na ulicy moje dwie córki, a przede wszystkim żonę z jej nowym partnerem – mówi. 

Usłyszałem, że dach nad głową dostanę, pracując w sadach. Za ostanie pieniądze kupiłem bilet na pociąg do Warki.

Przez miesiąc jeździł po rodzinie rozsianej po całej Polsce. W końcu trafił do Warszawy. Pierwszą noc przespał na ławce pod Pałacem Kultury i Nauki. Potem znalazł pracę na budowie. – Na czarno, bez umowy. Nie miałem gdzie się podziać, więc spałem na styropianie. Szefa musiałem prosić, aby dostać kilka złotych na jedzenie. Na koniec miesiąca okazało się, że więcej pieniędzy nie dostanę i mam się wynosić. Usłyszałem, że dach nad głową dostanę, pracując w sadach. Za ostanie pieniądze kupiłem bilet na pociąg do Warki. 

 


zdzisław ma sześćdziesiąt siedem lat.Bezdomny od 1980 roku. Wychował się w wiosce pod Opolem. W rodzinnym domu aż piszczało z biedy. Postanowił, że wyjedzie do pracy. Miał dwadzieścia trzy lata i trafił do pracy w katowickiej hucie. – Naprawialiśmy piece. Jak któryś nawalił, to był wygaszany, a my wchodziliśmy do środka. Było gorąco jak w piekle. Po pięćdziesiąt, sześćdziesiąt stopni. Chodziło się w grubych drewniakach, a i one paliły się od nagrzanej podłogi. Pracowaliśmy tak godzinę i zmiana, bo nie można było wytrzymać – opowiada Zdzisław. 

Paweł Lorenc

Mieszkał wtedy w hotelu robotniczym. Harowali świątek – piątek, bo jego zespół pomagał też w naprawach pieców w innych hutach i miastach. – Praca była na okrągło. Psuło się, to jechaliśmy w delegację. W rodzinnym domu bywałem rzadko. Nie chciałem tam wracać, bo nie dogadywałem się z rodzeństwem, ale póki ojciec żył, to czasem go odwiedzałem. Kiedy zmarł, to nawet mnie nie powiadomiono. Nie byłem przez to na pogrzebie. Od tamtej pory nie utrzymuję z rodziną kontaktów – mówi. 

Kilka lat później przyjechał do Warszawy. Za dach nad głową pracował w hotelu, gdzie zajmował się sprzątaniem i wywozem śmieci. Później pracę sprzątacza znalazł w supermarkecie, a pokój wynajmował. Kiedy stracił robotę, zamieszkał w namiocie przy Dworcu Zachodnim. Zamiatał plac dworcowy i zbierał puszki. W końcu trafił do Warki. – Nigdzie nie mogłem znaleźć pracy. Pojechałem tam, bo nie było wyboru. 

 


roman mówi,że gdy pierwszy raz – a było to w 2001 roku – wysiadł na dworcu w Warce, przeżył szok. Zobaczył tłum ludzi, spośród których sadownicy wybierali pracowników. – To był istny spęd niewolników. Panowie gospodarze chodzili z założonymi z tyłu rękami i patrzyli, kto jak wygląda, czy ma silne ręce. Jednemu kazali nawet zębami świecić. Pokazują od początku, kto tu rządzi. Oni nawet nie traktują nas jak ludzi. Mówią o nas bezdomniaki albo bandosy, którzy przemieszczają się za owocem – stwierdza. Dodaje, że gospodarze w pierwszej kolejności wybierają takich, którzy są pod ścianą. – Najbardziej zrozpaczonych. Głodnych i bez grosza. Dlatego najpierw stają na parkingu i przez szybę samochodu obserwują, kto jak się zachowuje. Pali papierosy? To źle, bo to znaczy, że jeszcze ma pieniądze. Oni wolą przegrańców, bo zrobią wszystko, co im się każe. Chcą niewolników, a nie pracowników. 

Sławomir mówi, że pojechał pracować do Warki, bo nie chciał mieszkać na ulicy. Gospodarz wybrał go z tłumu na dworcu. – To taki targ niewolników – potwierdza wrażenia Romana. – Podjeżdżają rano, a tam już stoi ciąg ludzi. Panowie wysiadają z aut, oglądają i wybierają ludzi do pracy – wyjaśnia i dodaje, że gospodarz obiecał mu nocleg, jedzenie i stałe pieniądze. – Przywiózł mnie na podwórko i zaprowadził do stodoły. Mówi: „Tu będziesz spał”. A tam siano, snopki, w to rzucone jakieś szmaty udające łóżko. Mówię do niego: „To nie są warunki dla ludzi”. A on na to: „Jak ci się nie podoba, to wypierdalaj”. Nie miałem pieniędzy i trzydzieści kilometrów wracałem na dworzec pieszo. 

Zdzisław opowiada, że pierwszą robotę dostał, gdy tylko wysiadł z pociągu. – Akurat brakowało ludzi. Łapali każdego, jak za Niemca. Wsadzili mnie do samochodu i obiecali dwadzieścia pięć złotych za dzień pracy. Do tego nocleg i jedzenie. Na miejscu okazało się, że pieniędzy będzie mniej. Ale nie miałem wyboru i zostałem – mówi. 

Pali papierosy? To źle, bo to znaczy, że jeszcze ma pieniądze. Oni wolą przegrańców, bo zrobią wszystko, co im się każe.

W kryzys bezdomności można …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

FreshMail.pl