Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich, obchodzony 23 kwietnia, to dobry moment, żeby zwolnić i zatopić się w lekturze. We współpracy z wydawnictwem Czarne przygotowaliśmy zestawienie tytułów, które szczególnie polecamy.
LITERATURA FAKTU
Wiek magicznego myślenia. Opowieść o współczesnej irracjonalności
Amanda Montell
przełożył Adam Pluszka
2026
Wiek magicznego myślenia to książka dokumentująca nasze uwikłanie w cyfrowy świat, które potęguje współczesną irracjonalność, a może czyni ją tylko wyraźniejszą do zaobserwowania. Jest tak aktualna, że z upływem czasu stanie się zapisem chwili obecnej, a jednocześnie jej rozpoznania opierają się na dobrze przebadanych błędach poznawczych, którym ulegamy nie tylko w ramach wirtualnych interakcji społecznych. Błędy poznawcze, o których mowa, to uniwersalne mechanizmy uproszczenia myślenia pozwalające zakrzywiać rzeczywistość, dopasowywać ją do świata wewnętrznego, usprawiedliwiać lub powodować działania i decyzje. Są też wykorzystywane jako akt świadomej manipulacji ze strony nadawców. Chociaż Amanda Montell nie powołuje się wprost na rozpoznania W.J.T. Mitchella, to zdaje się zadawać to samo pytanie: „Czego chcą obrazy?”. A że zawsze czegoś od nas chcą (te wirtualne w szczególności), lepiej wyposażyć czytelnika w wiedzę, skoro sama walka o rząd dusz, umysłów i portfeli jest z natury nierówna. Amanda Montell z eseistycznym rozmachem rozprawia się więc z efektem aureoli, iluzją świeżości, deklinizmem oraz innymi popularnymi błędami poznawczymi. Chociaż uczciwie uprzedza, że wiedza nie zawsze uchroni nas przed działaniem współczesnej „magii”, to robi coś, co praktykujemy również w „Piśmie” – skłania do krytycznego myślenia.
Anna Galewska
specjalistka ds. marketingu i e-commerce
Posłuchaj: Psychowashing – między nauką a manipulacją
LITERATURA FAKTU
Woda była strasznie zimna. Rodzinna tragedia i proces o zabójstwo
Helen Garner
przełożyła Kaja Gucio
2026
Niezwykle mnie cieszy, że ta książka, która od swojego pierwszego wydania w 2014 roku zdążyła już zyskać status współczesnej klasyki reportażu, wreszcie trafia do rąk polskich czytelników – w świetnym tłumaczeniu Kai Gucio. Przez anglojęzycznych krytyków bywa porównywana do Z zimną krwią Trumana Capote’a zapewne przez to, że jej autorka jest wybitną australijską powieściopisarką, a temat – ojciec oskarżony o zamordowanie swoich trzech młodych synów – kwalifikuje ją do gatunku true crime.
Zgadzam się z tym porównaniem w kwestii doskonałego stylu i niezwykłej mocy tej opowieści, mamy tu jednak także znaczące różnice. Po latach Capote’owi zaczęto wytykać mijanie się z faktami i ukrywanie osobistych relacji z oskarżonym – jako autor jest w swoim dziele niewidoczny, tworząc złudne wrażenie obiektywnego przedstawiania zdarzeń. Zupełnie inne podejście ma Garner: jej książka miejscami bardziej przypomina intymny pamiętnik niż suchą relację. Autorka na gorąco dzieli się z nami swoimi wrażeniami, odczuciami i wątpliwościami, bardziej skupiając się na dramacie toczącym się w sądzie niż na samej zbrodni. Choć opisana sprawa jest drastyczna, Garner zachowuje emocjonalny dystans, przyglądając się raczej sprawcy niż ofiarom, co pozwala nam – i chyba jej samej – w pełni skonfrontować się z niepojętym złem.
W efekcie otrzymujemy mistrzowską analizę psychologiczną, a wnikliwe obserwacje autorki pozwalają nam dostrzec we wszystkich uczestnikach – od prawników, poprzez rodziny aż po samego oskarżonego – ludzi niedoskonałych, kruchych i omylnych. Jest to również głęboka refleksja na temat sprawiedliwości. „Jaki był sens? Jaka była prawda? Niezależnie od jej natury, zdawała się tkwić w odległej, mrocznej krainie udręki, niedostępnej słowom i odpornej na wysiłki intelektu” – pisze Garner.
Urszula Kifer
redaktorka naczelna
LITERATURA FAKTU
Ostatni gasi światło. Przypowieść o transformacji
Marta Madejska
2025
Rzecz o czasach, których jako rocznik 1991 nie mogę dobrze pamiętać. Choć to, co wydarzyło się wraz z transformacją ustrojową, mocno rezonuje z naszą współczesnością. Marta Madejska, archiwistka i kwerendzistka, w książce Ostatni gasi światło przygląda się zmianom, jakie nastąpiły w Polsce wraz z nadejściem czerwca 1989 roku. Autorka sięga do rozmaitych – często nieoczywistych – źródeł. Zagląda do kultowych czasopism, takich jak „Przyjaciółka” i „Filipinka”. Przegląda periodyki wydawane przez zakłady pracy. Odsłuchuje taśmy magnetofonowe. Ogląda filmy tworzone przez Polską Kronikę Filmową. A przede wszystkim słucha historii ludzi, których zmiany kosztowały najwięcej: zwolnienie z pracy, głód, utratę godności.
Początek przemiany z ustroju komunistycznego na demokratyczny dla wielu okazał się bolesny i rozczarowujący. Dla bardziej przedsiębiorczych stał się okazją do wykorzystania możliwości, jakie dawał kapitalizm. Myślę, że nie sposób jednoznacznie ocenić decyzji politycznych, które wówczas zapadły. Z jednej strony złamane życiorysy tamtych czasów, z drugiej – napływające informacje o tym, że mamy obecnie 20. gospodarkę świata, co w dużej mierze jest pokłosiem tego, co wydarzyło się na początku lat 90.
Czy transformacja – czyli dokonywanie formacji w stanie transu, jak sugeruje Jan Szczepański – mogła przebiec łagodniej? Mniej chaotycznie? Jeśli tak, czy wówczas dzisiejsza rzeczywistość wyglądałaby tak samo? Madejska wierzy, że wszystko zależy od narracji, jaką przyjmiemy. Pisarka wybrała perspektywę osób najbardziej pokrzywdzonych i to właśnie ona nadaje ton tej opowieści o przełomie.
Łukasz Tofil
specjalista ds. prenumeraty i subskrypcji
LITERATURA FAKTU
Blizny. Krajobrazy po przemyśle
Marta Tomczok
2026
To nie jest tylko książka o tym, co zostało z fabryk. To książka o tym, co fabryki, duże zakłady przemysłowe budowane w PRL-u zrobiły z nami: z naszym krajobrazem, pamięcią i językiem. Czytam Blizny. Krajobrazy po przemyśle Marty Tomczok jak reportaż z wnętrza rany po polskiej transformacji.
Autorki nie interesują same jej fundamenty – ani zardzewiałe dziś, zarośnięte konstrukcje, ruiny. Interesuje ją ich afektywny wymiar. Marta Tomczok patrzy na postindustrialną Polskę przez pryzmat blizny – tkanki, która niby się zagoiła, ale wciąż przypomina o dawnym urazie, stracie, bólu. Nie uprawia przy tym urbexu albo innego ruin porn, nie estetyzuje upadku, ale pyta o to, co dzieje się z tożsamością człowieka, gdy znika centrum jego świata – miejscowość wysiedlona pod wielką budowę, a potem z dumą niegdyś budowany zakład pracy.
Dlatego też nie sposób czytać Blizn bez przywołania książek Magdaleny Okraski. Podczas gdy w Nie ma i nie będzie oraz Ziemi jałowej Okraska oddawała głos ludziom wypchniętym na margines przez transformację, zapomnianym albo ignorowanym, Tomczok proponuje nieco inną optykę. Okraska dokumentowała brak: brak połączeń autobusowych, brak perspektyw, brak godności. Tomczok z kolei analizuje powidoki. W jej ujęciu krajobraz po przemyśle jest wielowarstwowy. To już nie tylko „ziemia jałowa” w sensie ekonomicznym, lecz także przestrzeń, w której natura zaczyna na nowo negocjować swoje prawa z tym, co na niej i w niej zbudowano. Te książki wzajemnie się dopełniają: bez diagnoz Okraski nie zrozumielibyśmy skali społecznej tragedii, a bez eseistycznej wrażliwości Tomczok nie dostrzeglibyśmy, jak głęboko ten krajobraz wrósł w naszą zbiorową podświadomość.
Blizny więc to kolejny ważny głos w debacie o tym, czym jest dzisiejsza Polska poza centrum. I zaproszenie do literackiego spaceru po miejscach, od których zazwyczaj odwracamy wzrok, a które – jak dowodzi autorka – są naszą częścią. Nosimy je w i na sobie.
Magdalena Kicińska
redaktorka prowadząca
PROZA ZAGRANICZNA
Chronologia wody
Lidia Yuknavitch
przełożyła Kaja Gucio
2026
„Wszystkie wydarzenia z mojego życia płynnie się nawzajem przenikają. Bez chronologii. Jak w snach (…) Język to metafora doświadczenia. Jest tak samo arbitralny jak ta masa chaotycznych obrazów, którą nazywamy pamięcią – ale możemy ułożyć go w wersy, by narracją przesłonić strach” – pisze Lidia Yuknavitch w pierwszym rozdziale swojej autobiograficznej powieści.
Dla byłej pływaczki to, co zostaje w pamięci, co przechowuje ciało, wiruje jak woda. Opisywane przez nią momenty nastoletniej autodestrukcji, nieprzepracowane dziecięce traumy i odkrywane stopniowo cielesne fantazje układają się w literacki strumień świadomości, który choć kipi od sensów, próżno szukać w nim linearności.
Autorka nie jest konsekwentna w swoim podejściu do tekstu: bywa hojna (niektóre rozdziały przypominają wręcz ekshibicjonistyczny pokaz slajdów), innym razem staje się bardzo oszczędna. W jednym akapicie potrafi być zarówno do bólu szczera, jak i enigmatycznie poetycka. I chyba w tym właśnie leży największa siła tej opowieści – bo w Chronologii wody to, co surowe, dzikie i mroczne, ma też swój rewers w postaci tego, co piękne, wyzwalające i dobre. Dopiero wszystko razem sprawia, że literatura, jak życie pełne wybojów, staje się prawdziwie fascynująca.
Mateusz Roesler
koordynator projektów i współprac strategicznych
PROZA ZAGRANICZNA
Dałem ci oczy, a ty spojrzałaś w ciemność
Irene Solà
przełożyła Barbara Bardadyn
2025
W starym domu pomarszczona Margarida siedzi przy łóżku umierającej Bernadety, czekając na jej śmierć. Strasznie długo to trwa, więc Margarida wzdycha niezadowolona i kręci kółka kciukami, trzymając ręce na podołku. Na dole jej towarzyszki już szykują się na świętowanie śmierci Bernadety – zarżnęły koźlę, pichcą w kuchni, nakrywają do stołu, podśpiewują szczęśliwe. Opowiadają sprośne żarty, pokrzykują, podrygują. Czekają na umierającą, one, jej krewne, które już dawno nie żyją. U katalońskiej pisarki Irene Soli świat żywych naturalnie miesza się ze światem umarłych, a świat ludzi ze światem natury.
Wszystkie te kobiety łączy pierwsza z nich, Joana. Joana tak bardzo pragnęła męża, że zawarła pakt z diabłem, a ten wyglądał jak byk. Poprosiła go o „całego mężczyznę”, w zamian zaoferowała własną duszę. I tak się stało, mąż się od razu pojawił, ale okazał się niekompletny (brakowało mu palca u nogi), więc zerwała pakt. Upokorzony diabeł rzucił na nią klątwę – odtąd wszystkie dzieci, które miała Joana, i dzieci tych dzieci rodziły się z brakiem. Jedno urodziło się z połówką serca, innemu brakowało wątroby, któraś dziewczynka przyszła na świat bez języka, umierająca Bernadeta nie ma rzęs. A wszystkim kobietom brakuje urody – jedna przypomina kozę, druga krowę, kolejna ma zęby jak królik. Jakby po zawarciu paktu z diabłem, los istot ludzkich i nieludzkich został związany na dobre i złe, choć częściej na złe, bo ród Joany nieustająco doświadcza strat: śmierci, zdrad, rozstań, bólu. I choć utrata jest wpisana w człowieczy los, to u Soli zdaje się ona spleciona z umieraniem i odradzaniem się przyrody. A ważne rzeczy nie zdarzają się w domu tylko w lesie, w jaskini, pod obserwacją czujnych zwierzęcych oczu – poród kobiecy jest równie ważny, co przyjście na świat sarny.
I choć w tle historii opowiadanych przez Solę wydarza się wojna – ludzie czasów generała Franco wywożą mężczyzn na front, szukają partyzantów, plądrują, niszczą i palą, to losy kobiet osadzone są w realizmie magicznym, w poetyce wiejskich podań, baśni i przypowieści, jakby wielka historia tylko raz na jakiś czas pukała w okna starego domu. Dla mnie proza Soli jest odważna i bezkompromisowa – świat natury jest równy ludzkiemu, choć podobnie bezwzględny, losy wszystkich istot się ze sobą przeplatają. W poprzedniej wydanej przez Czarne powieści Ja śpiewam, a góry tańczą Solà opowiedziała o pewnym wypadku, którego świadkami byli sarna, trawa, wiatr i człowiek, tymczasem w Dałem ci oczy, a ty spojrzałaś w ciemność rodzinna saga staje się pretekstem, by opowiedzieć o przenikaniu światów: ludzi i przyrody, żywych i zmarłych, przeszłości z teraźniejszością, historii z anegdotą. Piękna, wciągająca mroczna baśń.
Katarzyna Kazimierowska
zastępczyni redaktorki naczelnej
PROZA POLSKA
Dadzieja
Anna Jadowska
2026
„Potem wszystkie sąsiadki powtarzały, że miałyśmy niewiarygodne szczęście, że to się mogło przydarzyć nam, że nie wiadomo, kto się tu kręcił” – tak brzmi pierwsza wzmianka o wydarzeniu, wokół którego zorganizowana jest cała fabuła powieści Dadzieja. Jej narratorka to dziewczynka u progu dojrzewania, wychowywana z młodszą siostrą przez samotną matkę. W lesie otaczającym ich rodzinną wieś znaleziono ciało koleżanki z klasy nastolatki, Kamili.
Dla Anny Jadowskiej samo morderstwo jest jednak najmniej istotne. Pokazuje nam, jak odbija się na lokalnej społeczności, stając się głównym tematem plotek, powodem niepokoju oraz katalizatorem podejrzeń rzucanych na miejscowych outsiderów. Wszystko to do nas trafia przefiltrowane przez wrażliwość dziecka, które zaraz tym dzieckiem być przestanie. Słyszymy tylko strzępy podsłuchanych przez zamknięte drzwi rozmów dorosłych albo rewelacje przynoszone przez skłonną do konfabulacji siostrę.
Akcja rozgrywa się w pierwszej połowie lat 80. XX wieku, kiedy na trudne tematy z dziećmi się nie rozmawiało. Ta duszna atmosfera milczenia otacza zarówno tragedię Kamili, jak i pierwszą menstruację narratorki. Samotność młodych ludzi mierzących się z wydarzeniami, których nie rozumieją, jest chyba najważniejszym lejtmotywem powieści. Pozostaje im żywić dadzieję.
Marcin Czajkowski
redaktor ds. weryfikacji informacji
PROZA ZAGRANICZMA
Muzyka dla duchów
An Yu
przełożyła Karolina Iwaszkiewicz
2025
Czy to wydarzyło się we śnie, czy na jawie? Song Yan budzi się w środku nocy. Z kąta pokoju dochodzi piskliwy dźwięk. Bohaterka odkrywa ze zdumieniem, że wydaje go grzyb wyrastający spomiędzy desek podłogi. Grzyb emanuje pomarańczowym światłem i jest niezwykle elokwentny – wdaje się z Song Yan w rozmowę, jedną z wielu, jakie będą prowadzić na kartach powieści chińskiej pisarki An Yu. Powieści, w której mieszają się sen i jawa, porządek rzeczywisty z wyobrażonym, zmarli współistnieją z żywymi, a w tle gra muzyka fortepianowa i unosi się ciężki zapach grzybów.
Song Yan, główna bohaterka i narratorka powieści, zbliża się do trzydziestki, mieszka z mężem Bowenem w Pekinie, choć „mieszka” to słowo na wyrost. Bowen w domu bywa, gdy akurat ma przerwę w pracy czy między wyjazdami. Song Yan jest niedoszłą pianistką, uczy dzieci grać na pianinie. Z kariery muzycznej zrezygnowała, by zająć się domem i mężem, z myślą o przyszłym dziecku, którego tak pragnie jej teściowa. Z czasem wychodzą na jaw rodzinne sekrety Bowena i niezaleczone traumy, życie z teściową pod jednym dachem staje się nie do zniesienia, podobnie jak tęsknota bohaterki za muzyką. Spokoju nie dają jej też paczki z grzybami, które regularnie trafiają pod drzwi mieszkania. Kto je wysyła? Dlaczego to robi? I czemu nagle przestaje?
Song Yan coraz częściej opuszcza klaustrofobiczne mieszkanie, błądzi po ulicach Pekinu w nieuświadomionej nadziei, że w końcu uda jej się zrzucić gorset cudzych oczekiwań, wyjść poza społeczne role i odnaleźć siebie – własne pragnienia i tęsknoty. Czy pomoże jej w tym pomarańczowy grzyb na cienkiej nóżce?
Ewa Pluta
wydawczyni wydania cyfrowego
PROZA ZAGRANICZMA
Dlaczego ryby nie istnieją
Lulu Miller
przełożyła Hanna Pasierska
2026
Chaos to jedyna pewna rzecz na tym świecie. Nic bardziej banalnego, ale jeśli pisze tak autorka, która twierdzi, że „ryby nie istnieją”, to coś jest na rzeczy. Lulu Miller w eseju o prowokacyjnym tytule analizuje postać znakomitego ichtiologa Davida Starra Jordana. Wierzył on, że chaos stanowi naturę świata, lecz można go opanować dzięki nazwom i klasyfikacjom. Tworzył katalogi ryb, kodyfikował gatunki i rodzaje zwierząt, budował hierarchię bytów. Był wytrwały i nieustępliwy, oddany swojej misji, choć skrywał również mroczniejszą stronę. Wierzył w eugenikę, był rasistą, hołdował przemocy. Miller, przyglądając się życiu i poglądom Jordana, odkrywa także meandry własnego życia. Pułapki nauki pozwalają autorce zrozumieć własne życiowe zakręty.
Dlaczego ryby nie istnieją to błyskotliwy esej, który tylko z pozoru można umieścić na półce z książkami przyrodniczymi. Książka pokazuje, że jedyną szansą na ogarnięcie chaosu jest otwarcie się na niego i zgoda na to, co przynosi życie.
Marta Szymczyk
menedżerka mediów społecznościowych
LITERATURA FAKTU
Głowa węża. Przemytnicy z Chinatown i amerykański sen
Patrick Radden Keefe
przełożył Jan Dzierzgowski
2025
Jest wieczór. Idziecie znajomą ulicą. Niby wszystko jest w porządku, a jednak jesteście trochę bardziej uważni, trochę bardziej ostrożni. Dlaczego? Przez słuchawki. A właściwie przez podcast kryminalny, którego słuchacie, często właśnie w takich okolicznościach.
Brzmi znajomo? Chyba każdy miał moment, w którym nałogowo słuchał historii o niewyjaśnionych zniknięciach, morderstwach i kryminalnych zagadkach. Ja od lat już nie konsumuję tego typu treści, ale czytając Głowę węża, poczułam to znajome, lekkie zaniepokojenie w ciele.
Dlaczego? Bo ten reportaż bardziej przypomina kryminał. Gęsty, „mięsisty”, a jednocześnie zaskakująco wartki. Wątki łączą się i przeplatają z taką precyzją, jakby ktoś bardzo świadomie je rozpisał. A jednak nic tu nie jest wymyślone. Autor poświęcił ogrom czasu na dziesiątki rozmów, analizowanie dokumentów sądowych, materiałów służb federalnych i lokalnych oraz zbieranie historii, które tutaj układają się w jedną, spójną opowieść.
Dzięki temu Keefe gładko wprowadza nas w skomplikowany świat chińskiej siatki przemytniczej, ale nie zatrzymuje się na rozpracowywaniu mechanizmów jej działania. Opowiada także o motywacjach, nadziei i desperacji – o ludziach, którzy podejmują ryzyko, żeby przedostać się do USA, i o tych, którzy na tej desperacji i nadziei budują swoje imperium.
Opowieść ta jest bardzo aktualna – choć opisuje wydarzenia z lat 90., daje wgląd w zjawiska, które wcale nie zniknęły: globalne migracje, nierówności, ekonomię długu, mechanizmy wykorzystywania ludzi szukających lepszego życia. Zmieniają się trasy i destynacje, ale motywacje i schematy pozostają zaskakująco podobne. To książka, którą przez wartką narrację przeczytacie w kilka wieczorów, ale historie w niej opowiadane zostaną z Wami zdecydowanie dłużej.
Inez Jaworska
menedżerka pozyskiwania przychodów i marketingu
Więcej pomysłów na książkowy prezent znajdziecie na czarne.com.pl
Tekst powstał we współpracy z wydawnictwem Czarne.










