Reportaż

Ocean coraz mniej lodowaty

  • autor
  • Tomasz Ulanowski
Kropli wody, która dryfuje w oceanie, opłynięcie kuli ziemskiej zajmuje tysiące lat. A my próbujemy ją złapać i w swoim krótkim życiu zrozumieć, dokąd zmierza.

Większości z tego, co przeżyjesz, nie opowiesz nikomu. Nikomu. – Czuję się czasem jak Włóczykij z Muminków. – Siwą brodę pokrywającą twarz profesora Jana Marcina Węsławskiego marszczy delikatny uśmiech. Ten biolog morza i dyrektor Instytutu Oceanologii PAN w Sopocie bada północny „koniec” świata, czyli Arktykę. Robi to już od blisko czterech dekad. – Włóczykij wędruje po świecie, ale każdej wiosny wraca do swoich przyjaciół z Doliny. A ci mają do niego pretensje, że nie chce im opowiadać o tym, co zobaczył podczas podróży. Na co Włóczykij tłumaczy, że gdyby o wszystkim opowiadał, toby pamiętał tylko własne słowa.

Ale słowa bez problemu wypływają z głowy Węsławskiego.

– Bo trzymanie tych wszystkich emocji w sobie zawsze wydawało mi się nie w porządku – tłumaczy. – Więc opowiadam. Mimo że wiem, ile tracę. A i ludzie nie zawsze mają ochotę słuchać.

Z bardziej introwertycznego profesora Waldemara Walczowskiego, oceanografa fizycznego z Instytutu Oceanologii, słowa trzeba wręcz wydzierać. Zarzuca się na nie przynętę i wyłapuje jak przyczajone przy morskim dnie drapieżne dorsze.

– Kiedyś uważałem, że tylko otwarty ocean się liczy. – Walczowski kiwa głową. – Teraz coraz chętniej pcham się do fiordów, pod lodowce. Chcę je widzieć i słyszeć. Chcę je czuć.

Walczowski, surowy wąsacz po sześćdziesiątce, spędza w Arktyce każde lato. Żegluje ze swoją ekipą naukową po morzach nordyckich w USA zwanych GIN Seas – bo opływają Grenlandię, Islandię i Norwegię. Co roku płynie z Półwyspu Skandynawskiego do norweskiego archipelagu Svalbard, którego największą wyspą jest Spitsbergen, zatrzymując się po drodze w tych samych miejscach na oceanie. Na różnych głębokościach mierzy zasolenie i temperaturę wody morskiej. Dzięki temu zna wieloletnią historię zmian zachodzących w ciepłych i słonych wlewach wody z Atlantyku do Arktyki wędrujących przez skomplikowany i rozgałęziony niczym korzenie drzewa system prądów morskich, który często, choć bez szacunku, określa się jednym słowem-kluczem – Golfsztrom. Walczowski robi to od blisko ćwierć wieku.

 


moją polarną gorączkęrozpoczął e-mail. W 2008 roku po opublikowaniu w „Gazecie Wyborczej” tekstu o znikającym lodzie morskim na Oceanie Arktycznym (Rosjanie ciągle mówią nań Ocean Lodowaty – ciekawe, jak długo jeszcze), do redakcji napisał naukowiec. Walczowski, wtedy jeszcze doktor, płynął na kanadyjskim lodołamaczu przez Arktykę. „Zabawnie się czyta o kurczącej się pokrywie lodowej, kiedy musisz przez nią się przedzierać” – śmiał się w e-mailu.

Nie wiem, czy kiedykolwiek płynęliście przez gruby lód morski. Choć ten, który dziś jest gruby, lata temu był pewnie uznawany za cienki. Tak czy inaczej żegluga przez lód to ciągle niezłe przeżycie. Dziób statku łamie go na kawałki, a dno szoruje po nim jak szczotka po starej, drewnianej podłodze okrętowej. Odłamki zamrożonej wody uderzają w burty. Bum, bum. Statek drży i mruczy jak kot.

Zaczęło się od e-maila, ale wymieniliśmy ich wtedy z Walczowskim kilka. Od słowa do słowa zaproponował mi, żebym popłynął z nim i jego ekipą do Arktyki.

„Pomyślałem sobie – słowami bohatera Hermana Melville’a – że pożegluję nieco po morzach. (…) Może dla innych ludzi rzeczy tego rodzaju nie stanowiłyby zachęty, ale jeśli o mnie idzie, to trapiony jestem wiecznotrwałą tęsknotą za tym, co dalekie” [fragment książkiMoby Dick, czyli Biały wielorybw przekładzie Bronisława Zielińskiego – przyp. red.].

Latem 2009 roku podróż statkiem badawczym „Oceania” należącym do Instytutu Oceanologii PAN zabrała mi trzy tygodnie z normalnego życia. Przez pierwszy tydzień leżałem w koi złożony chorobą morską. Spędzałem całe dnie, umartwiając się, co też dobrego narobiłem. Trzeba było siedzieć na dupie w domu! Po pewnym czasie dowiedziałem się, że marynarze robią sobie ze mnie jaja. – Mamy taki pomysł, żebyś swój artykuł zatytułowałWidziane z koi– śmiał się jeden z nich.

 


ja na szczęście nigdynie mam choroby morskiej – mówi doktor Emily Shuckburgh. Kiedy opowiada mi o swojej pracy, ciągle rysuje – w powietrzu i na stole – figury geometryczne. Jej dłonie nie lubią spokoju i, jak się wydaje, próbują nadążyć za głową.

– Czy matematyk widzi świat pod postacią równań? – pytam.

– Nie – śmieje się po chwili wahania. – Bardzo mi przykro! – I zaraz zaczyna opowiadać, jak zrozumiała, że sama jest częścią równania.

Shuckburgh pracuje w Brytyjskiej Służbie Antarktycznej w Cambridge (która zajmuje się głównie południowym „końcem” świata) i jest wiceszefową zespołu naukowego badającego ocean w rejonach polarnych.

Kiedy pytam, w którym roku skończyła studia, robi się rozkosznie niedokładna. – A, jakoś na początku lat 90. – Shuckburgh macha ręką.

Matematykę studiowała w Oksfordzie, a doktorat obroniła na Cambridge. Przez blisko trzy lata była też stypendystką Marie Curie na École Normale Supérieure w Paryżu, ale od czasu doktoratu trzyma się głównie Cambridge. No i Arktyki oraz Antarktyki.

Nie było łatwo umówić się z nią, bo akurat przebywała na urlopie macierzyńskim. Najpierw więc zobaczyłem ją w jednym z college’ów podczas publicznego wykładu na temat globalnych zmian klimatu i kluczowej roli, jaką w systemie klimatycznym odgrywają oba rejony okołobiegunowe.

Nowy statek polarny, który Brytyjczycy budują – kosztujący blisko dwieście milionów funtów „Sir David Attenborough” – jest wyposażony w specjalny kryty basen, przez który uczeni opuszczą do oceanu sondy pobierające próbki wody morskiej z różnych głębokości oraz mierzące jej zasolenie i temperaturę.

Bo to Arktyka i Antarktyka, choć nam wydają się tak odległe, w dużej mierze kręcą klimatem Ziemi.

Podczas prezentacji mocno gestykulowała. Odpowiadając na pytania, wybuchała gwałtownym, zaraźliwym śmiechem. Na koniec pokazała nam trójpokoleniowe zdjęcie, na którym była razem ze swoją córeczką i mamą.

– Musimy przyhamować globalne zmiany klimatu – podkreślała. – Zróbmy to dla naszych dzieci.

Przyjaciele, z którymi byłem na wykładzie – a żaden z nich nie miał pojęcia ani o klimacie, ani o rejonach polarnych – byli urzeczeni. Podwoiłem wysiłki, żeby umówić się z nią na wywiad.

 


siadamy w kafeteriiBrytyjskiej Służby Antarktycznej. Wokół przewijają się polarnicy. Zaczynamy, a jakże, od angielskiej pogody. Ta w Cambridge jest wariacka. Za oknem wieje jak w Antarktyce, ale zaraz może zaświecić przyjemne słońce.

– Na Oceanie Południowym jest podobnie – uśmiecha się uczona. – Pogoda zmienia się drastycznie z godziny na godzinę. Kiedy byłam tam ostatnim razem, jednego dnia walczyliśmy z prawie dziesięciometrowymi falami, a następnego ocean był gładki jak lustro.

Jak w ogóle można pracować przy dziesięciometrowych falach, kiedy statkiem buja niczym wahadłem? Używa się przecież dźwigu, opuszczając sondy pomiarowe w oceaniczną otchłań. To mocno ryzykowne przy potężnym wietrze i falach.

– Kiedy ocean staje się zbyt gwałtowny, robimy sobie przerwę.

– Ale co to znaczy „zbyt gwałtowny”?

– Właśnie wtedy, kiedy fale mają najmniej dziesięć metrów wysokości. Wówczas schodzimy pod pokład – wyjaśnia spokojnie uczona.

Nowy statek polarny, który Brytyjczycy budują – kosztujący blisko dwieście milionów funtów „Sir David Attenborough” – jest wyposażony w specjalny kryty basen, przez który uczeni opuszczą do oceanu sondy pobierające próbki wody morskiej z różnych głębokości oraz mierzące jej zasolenie i temperaturę. Wysokie fale przestaną więc być dla nich przeszkodą.

Ale to także oznacza, że naukowcy będą musieli pracować dwadzieścia cztery godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu.

Jak opowiada Shuckburgh, tak często wygląda praca w terenie. Oceanografowie są podzieleni na grupy i dyżurują w różnych porach na dwunastogodzinnych wachtach.

Gdyby nie ten najpotężniejszy prąd morski Ziemi Antarktyda, archipelag, który udaje kontynent, nie byłaby wciśnięta w ocean przez czapę lodu o przeszło trzykilometrowej grubości. Lód zaczął z niej spływać (bo lodowce płyną jak rzeki, tylko wolniej) blisko czterdzieści milionów lat temu.

– Kiedyś przez kilka tygodni pracowałam od godziny 20.00 do 8.00 rano. Byłam wykończona – przyznaje. – No i próbki wody wydobywane z głębiny trzeba przelewać do buteleczek. Ręce …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

FreshMail.pl