Historia osobista

Vincente. Niepamięć zagłady Żydów

  • autor
  • Martín Caparrós

Po co w ogóle do tego wracać? Historia Vicentego jest historią nieobecności. Takiej, która rośnie, pęcznieje i w końcu zajmuje całą przestrzeń: historią jego własnej nieobecności.

Pewien człowiek wyjechał. Pewien człowiek znalazł się daleko od swojego miejsca: wybrał życie gdzie indziej, jak wielu innych w tamtych czasach, w tych czasach, jak wielu innych zawsze. Pewien człowiek zdobył się na ten skromny akt wolności. I nagle ten wybór zmienia się w epigraf: człowiek, którego nie było. 

Człowiek, który żył trochę dłużej – trochę dłużej? – bo, kiedy wybiła jego godzina, nie było go na miejscu.

Nieobecność w czasie i miejscu, w którym miało ci się przydarzyć coś najpotworniejszego w życiu, to, moim zdaniem, naj-

uczciwsza definicja wygnania. Nie ma cię, podczas gdy krystalizuje się twoja historia. Jesteśmy uciekinierami – od nas samych, oczywiście, prawdziwymi uciekinierami.

Ale w takim razie po co w ogóle do tego wracać?

Vicentemu udało się w życiu urządzić: czterdzieści lat, żona, dwie córki i syn, interes, który mniej więcej się kręcił, obce miasto, które stawało się coraz bardziej jego miastem, mógł w nim mieszkać bez większych problemów. Ale niespodziewanie, nie ruszając się z miejsca, nie zmieniwszy w swoim życiu niczego, stał się uciekinierem.

Stał się tym, którego nie było tam, gdzie być powinien, tym, który zbiegł, który przetrwał, a jego bliscy nie.

Z początku nie wiedział. To znaczy wiedział, oczywiście, że Niemcy najechali na Polskę we wrześniu 1939 roku i zajęli ją w kilka tygodni. Wiedział, że Niemcy byli antysemitami, ale przecież nie bardziej niż Polacy czy Rosjanie; w poprzednich latach Sowieci wymordowali tysiące Żydów, a wojska Hitlera mogły przyczynić się do upadku Sowietów. Wiedział – czytał o tym w gazetach, które kupował z rosnącym niepokojem, czytał w listach, na które czekał coraz bardziej zrozpaczony – że sytuacja się pogarsza: w 1940 roku niemieccy okupanci założyli w jego rodzinnym mieście getto.

Getto, getto warszawskie.

(Dla wielu jedynym wyrażeniem, w którym słowo „Warszawa” nabiera realności – umownej realności – jest wyrażenie „getto warszawskie”. Słowo „getto” jest ciekawe. Są takie słowa, które zaczynają istnieć w jakimś języku, gdzie mają pewne znaczenie, a potem rozprzestrzeniają się po świecie i znaczą co innego. Są takie słowa: opisują coś konkretnego, a potem zmieniają się w ideę, kwalifikację, dyskwalifikację, ignominię. Są słowa, które nie mieszczą się w sobie, przelewają się przez własne krawędzie).

Niemieccy okupanci zamknęli w getcie czterysta tysięcy osób na obszarze trzech kilometrów kwadratowych. Vicente o tym wiedział: jego matka jeszcze do niego pisała. Opowiedziała mu, że jej dom przy ulicy Siennej znalazł się w obrębie getta, cieszyła się z tego, bo w przeciwnym wypadku musiałaby się wyprowadzić, zaś dom by zarekwirowano, a tak przynajmniej mogła go zachować. Pisała, że problemem jest przeludnienie, że przywieziono tu około stu tysięcy Żydów z prowincji i upchnięto ich w getcie, są biedni, nie mają co jeść, umierają z głodu, ulice pełne są ich smutku i skarg. I niech nie myśli, że jej sytuacja jest o wiele lepsza, to znaczy oczywiście jest o wiele lepsza w porównaniu z sytuacją tych nędzarzy w łachmanach, ale jej też brakuje żywności, zdobywa jedzenie, wyprzedając stopniowo to, co jej zostało: meble, dwa czy trzy cenne naszyjniki, futro. Pewnego dnia w przypływie optymizmu napisała, że na szczęście dla Niemców są interesujący, bo przyjeżdżają turyści, żeby ich oglądać; póki im się podobamy, zostawią nas w spokoju, pisała. A potem, w listopadzie czterdziestego pierwszego roku, pisała, że jest głodna i jest jej zimno, że spalili już wszystko, co nadawało się do spalenia i że jest tak zimno, a przecież zima dopiero się zaczęła, nie wiem, co ze mną będzie, Winzełe; prosiła, żeby przysłał jej, co się da, nie wie, czy paczka do niej dojdzie, ale przynajmniej będzie myślała o tym, że ją wysłał, a to prawie tak samo przyjemne, jak naprawdę otrzymać przesyłkę, Winzełe kochany.

Nie można się spodziewać, że tysiące ludzi będą mordowane dzień w dzień, tysiące ludzi gazowane z germańską precyzją, tysiące ciał spłoną w krematoriach, których płomienie sięgają nieba; nie sposób wyobrazić sobie tej perfekcyjnej maszyny do zabijania.

Vicente czytał ten list i próbował przypomnieć sobie głos matki, usłyszeć jej puls. Próbował, ale potem pomyślał, że głos, który mógłby sobie przypomnieć, byłby głosem kobiety sprzed wielu lat, innej kobiety, tej, którą zostawił – nigdy tej, którą była teraz. I czekał na listy, i bał się je otwierać: coraz bardziej wyrzucał sobie, że dwa, trzy lata wcześniej, pisząc do matki, nie nalegał dość stanowczo, żeby przyjechała do Buenos Aires, żeby przekonała jego rodzeństwo – Rachel i jej męża, Bernarda i jego żonę – i żeby przenieśli się wszyscy do Buenos Aires, on się nimi zajmie, niech przyjeżdżają: wtedy wierzył, że jeśli coś złego stanie się w Polsce, on, Vicente, ocali swoją rodzinę. Nie miał wysyłać paczki, która nie wiadomo, czy dojdzie; nie, miał zostać wybawcą rodziny.

Nie został nim, został uciekinierem, nagle stał się zbiegiem.

To nieważne. Nic z tego nie ma znaczenia, bo znaczenie ma nie to, czego się dowiedział, kiedy jeszcze wiedział, ale to, czego się nie dowiedział, kiedy zaczął żyć w nieświadomości. List z listopada był ostatnim. W gazetach pisano, że sytuacja w getcie jest przerażająca, Vicente czytał je, szukając wskazówek, kluczy, śladów, które pozwoliłyby mu zrozumieć to wszystko, czego rozumieć nie chciał. Albo przynajmniej czegoś się dowiedzieć. Bez skutku.

Przez prawie cztery lata – od tego ostatniego listu z końca 1941 roku do końca wojny w 1945 – Vicente nie wiedział. Trwał w nieświadomości. Brutalnej nieświadomości. Nauczył się, czym jest najbardziej skrajna niewiedza. Żył w ciemnościach. Przez prawie cztery lata nie dowiedział się, co spotkało jego bliskich.

I żeby poszerzyć jeszcze tę niewiedzę, przestał o tym mówić. Jego córki: ośmioletnia, dziesięcioletnia, nie wiedziały o tym, że ojciec nie wie. Rosita trochę się domyślała, ale tak naprawdę niewiele. Przez cztery lata Vicente milczał.

To milczenie było jego więzieniem, jego karą. 

Chciałbym się dowiedzieć, a jednocześnie wcale nie chciałbym się dowiedzieć, jak dotarły do niego pierwsze wiadomości. Wieści z Europy były tak fragmentaryczne, tak skąpe, tak nieprawdopodobne, że aż się prosiły, żeby nie dawać im wiary: on też chciał wiedzieć i jednocześnie nie chciał wiedzieć. Niespójność, potworność tych niemożliwych wiadomości pozwoliły mu nie wierzyć.

Nie sposób myśleć o tym, co jest nie do pomyślenia. Nie sposób zrozumieć niezrozumiałego. Nie sposób wyobrazić sobie tego, czego nikt przedtem nie widział, czego nikt nie uważał jeszcze za możliwe: od czasu do czasu zdarza się coś, co rozszerza obszar tego, co możliwe, do granic, jakich nikt wcześniej nie przeczuwał.

Vicente nie może wówczas spodziewać się tego, o czym dowie się później: nie można się spodziewać, że tysiące ludzi będą mordowane dzień w dzień, tysiące ludzi gazowane z germańską precyzją, tysiące ciał spłoną w krematoriach, których płomienie sięgają nieba; nie sposób wyobrazić sobie tej perfekcyjnej maszyny do zabijania.

Żydów. Tej perfekcyjnej maszyny do zabijania 

Żydów.

Jego życie zostało uwięzione w tych czterech latach. To, co najistotniejsze w jego życiu, nie przydarzyło się jemu. Było tym, co go nie spotkało.

Powinno było go spotkać, ale tak się nie stało. 


 

z początku nie nazywałosię to Holocaust ani Szoa: w ogóle się nie nazywało. 

Było tym, czym było

(rzeczywiście)

i tym, co nie miało nazwy.

I pojawia się słowo, które, jak wszystkie słowa, mówi to, czego nie powinno. Holocaust zawsze był ofiarą składaną bogom: ofiarą całopalną na cześć bogów. Ludzie zabijali zwierzęta i ofiarowywali bogom to, co najlepsze: dym, zapachy; w zamian prosili o różne rzeczy. Nie wiem, czy ktoś, kto zdecydował się użyć tego słowa na określenie niemieckiej rzezi na Żydach, był świadom tego znaczenia, ale słowa nie zależą od tego, co chce powiedzieć ten, który ich użył. Powiedział, świadomie lub niechcący: ofiara złożona bogom, mająca wybłagać ich łaski. Podejrzewam, że wtedy rzeź miałaby przynajmniej jakiś sens; podejrzewam, że wtedy świadczyłaby o jego bogach. 

Szoa natomiast to destrukcja: nie ma próśb, nie ma korzyści. Nie ma nawet bogów.

(W gruncie rzeczy przez cztery lata życie milionów Żydów zależało od tego, jak Niemcy ustalili w danej chwili delikatną równowagę pomiędzy zabijaniem ich, żeby nie zużywali żywności potrzebnej do prowadzenia wojny, a pozostawianiem ich przy życiu, żeby produkowali broń konieczną, aby tę wojnę prowadzić. Zabijanie milionów może być lub nie …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Martín Caparrós będzie gościem 10. edycji Festiwalu Conrada, który odbędzie się w dniach 22–28 października 2018 roku w Krakowie Pismo jest patronem medialnym Festiwalu.

FreshMail.pl