Jak naprawić internet?

Zombifikacja dzieci. O pladze smartfonów

Dzieci i nastolatki od kilku lat coraz rzadziej wychodzą z domów i coraz częściej wpadają w depresję. Co się stało? W społecznym krajobrazie zaszła tylko jedna radykalna zmiana: smartfon na dobre trafił pod strzechy.
rysunek Ewelina Karpowiak, rysunki w tekście Justyna Frąckiewicz

Scena z codzienności wzięta: odwożę syna i jego kolegę na dwunaste urodziny znajomego chłopca ze szkoły. Obaj nieletni mają smartfony. Mój syn, który zna swoją matkę już lat jedenaście, trzyma naszpikowany kontrolującymi aplikacjami telefon w plecaku, żeby jej niepotrzebnie nie drażnić. Kolega zaś – nazwijmy go Stasiem – trzyma swój przed twarzą. Z telefonu dobywają się dźwięki sugerujące, że trwa inwazja kosmitów, technologicznie rozwiniętych (słychać strzelanie i lasery, piu, piu), ale raczej podobnych do kóz (w tle brzmi meczenie, coś jakby kozioł wziął sztacha z balonika z helem). Staś z rozmachem wali palcem w ekran, a mój syn, choć udaje, że ma kozoobcych gdzieś, zezuje na ekran tak, że zaraz nadwyręży sobie gałki oczne. 

– Stasiu – zagajam bez większej nadziei – a może byś tak porozmawiał z nami trochę? 

– No właśnie – mówi mój syn, lizus jeden. 

– No rozmawiam – odpowiada Staś i dalej nawala w szybkę iPhone’a. 

– Przecież rozmawia – mówi mój syn, którego lojalność jest dzisiaj nieco rozchwiana. 

Resztę podróży spędzamy, słuchając oszalałych kóz z miotaczami. Filozof Paul Virilio, wrażliwy na ciemne strony technologii, twierdził, że ten, kto wynalazł statek, wynalazł też katastrofę morską. Ten, kto wynalazł smartfona, najwyraźniej wynalazł również inwazję kozich spodków i doprowadzoną do ostateczności matkę, która tylko ostatkiem sił powstrzymuje się przed wysadzeniem Stasia w polu. 

Ale czy tego konkretnego Stasia wysadzę, czy nie, Staś uogólniony, czyli przyklejony do telefonu dzieciak, stał się nieusuwalnym elementem społecznego krajobrazu – i wysadzenie go wymagałoby nader drastycznych środków prawnych i kulturowych. Wyciągając średnią z różnych badań, można z dużą dozą pewności stwierdzić, że około osiemdziesięciu procent polskich pierwszoklasistów ma smartfona, a reszta korzysta z urządzeń rodziców lub opiekunów; w przypadku nastolatka pięć godzin w mobilnym necie to norma, starsze dzieciaki zaglądają do telefonu średnio osiemdziesiąt razy dziennie. Nie jest to oczywiście przypadłość czysto polska, podobnie funkcjonują dzieci amerykańskie, brytyjskie czy czeskie. „Spójrz wokół siebie” – pisze psycholog uzależnień Nicholas Kardaras, autor Glow Kids: How Screen Addiction Is Hijacking Our Kids and How to Break the Trance (Glow Kids. Jak uzależnienie od ekranu wciąga nasze dzieci i jak z tym zerwać). „Zajrzyj do którejkolwiek restauracji, gdzie są rodziny z dziećmi; do dowolnego miejsca, w którym przebywają dzieciaki i nastolatki, jak pizzeria, boisko szkolne, domy kolegów – co widzisz? Zombifikację dzieci: pochylone głowy, szkliste oczy, twarze oświetlone blaskiem ekranów. Jak pozbawieni dusz i wyrazu twarzy ludzie w Inwazji porywaczy ciał albo zombie w Żywych trupach, jeden po drugim młodzi ludzie poddają się tej cyfrowej pladze” [tłum. K.L]. 

Mocne słowa, trafna obserwacja. Ale o ile moja własna histeria zwykle wydaje mi się najzupełniej racjonalna i właściwa, o tyle czyjaś zawsze każe mi zrobić krok wstecz i pomyśleć. Czytając alarmistyczne słowa Kardarasa, zaczęłam się więc zastanawiać: może niebieska poświata na twarzy mojego dziecka to nie plaga, ale zwykła w dzisiejszych czasach przypadłość? Może przeobrażenie świata nieuchronnie wywołuje lekkie przerażenie u emigrantów z przeszłości (bo człowiek na zawsze pozostaje emigrantem ze swoich młodych lat)? Czy zrośnięcie dzieci i nastolatków ze smartfonami i tabletami powinno nas naprawdę martwić? Czy mam mojemu synowi pozwolić uwolnić swojego wewnętrznego Stasia i nie kontrolować obsesyjnie jego spotkań ze Snapchatem, YouTube’em i kozokosmitami?

 


poszukując odpowiedzi, trafiam na książkę psycholożki Jean Twenge iGen. Dlaczego dzieciaki dorastające w sieci są mniej zbuntowane, bardziej tolerancyjne, mniej szczęśliwe – i zupełnie nieprzygotowane do dorosłości – i co to oznacza dla nas wszystkich. Twenge okazuje się sprzymierzeńcem moich pierwotnych intuicji – na temat technologii mobilnej ma raczej złe wiadomości. Według niej, zatapiając wzrok w czarnym lustrze, młodzi ludzie podpisują cyrograf, zapisując Dolinie Krzemowej rzecz najcenniejszą: własne szczęście. Słynny artykuł w „The Atlantic”, który zapowiadał książkę Twenge, nosił znamienny tytuł Czy smartfony zniszczyły pokolenie?

W przypadku nastolatka pięć godzin w mobilnym necie to norma, starsze dzieciaki zaglądają do telefonu średnio osiemdziesiąt razy dziennie.

Twenge twierdzi, że sama krytyka technologii nigdy nie była jej celem: chciała jedynie zbadać trendy behawioralne i psychologiczne pokolenia iGen, czyli dzieciaków urodzonych po pierwszej połowie lat 90. Obserwując dane odwzorowujące zmiany pokoleniowe, ze zdziwieniem zauważyła, że mniej więcej w okolicach 2012 roku wykresy zaczynają wariować: krzywa symptomów nastoletniej depresji wyskakuje w górę, podobnie jak odsetek samobójstw, a zdecydowanie w dół kierują się zadowolenie z życia i poczucie szczęścia. „W żadnej z moich analiz danych pokoleniowych – a niektóre z nich sięgały wstecz aż do lat 30. – nie widziałam nigdy czegoś podobnego – pisze Twenge. – Z początku myślałam, że to przypadkowe skoki, które znikną po roku czy dwóch – ale tak się nie stało”. W ciągu dosłownie kilku lat amerykańskie dzieci i nastolatki zaczęły spadać z psychicznego klifu jak lemingi. Zmiana ta nastąpiła zbyt późno, żeby winić recesję gospodarczą; najwyraźniej nie miała też nic wspólnego ani z klasą społeczną, ani ze zmieniającą się demografią Ameryki: statystyczny biedny afroamerykański chłopak z Bronxu miał podobny przyrost myśli samobójczych co jego statystyczna blond koleżanka wyjeżdżająca do Yale z posiadłości rodzinnej w Maine. W tym okresie w społecznym krajobrazie tych dzieciaków zaszła tylko jedna radykalna zmiana: smartfon na dobre trafił pod strzechy. 

Wraz ze smartfonem i tabletem dzieci dostały do rąk gry (kiedyś dostępne głównie w wersjach stacjonarnych), YouTube’a, który zastąpił im mass media, a przede wszystkim media społecznościowe i komunikatory, które przeniosły życie społeczne z murków pod szkołą, podwórek, boisk i domówek do wirtualnego świata zamkniętego w małym prostokącie. I to właśnie ta nagła zamiana podwórza na telefon jest według Twenge przyczyną największej różnicy między iGen a innymi pokoleniami. Jaka to różnica? Nasze dzieciaki po prostu nie bardzo wiedzą, jak dorosnąć. 

Bo jak my, pokolenia starsze, wyrywaliśmy się ku dorosłości? Przez wolność fizyczną – wypad do baru, na imprezę, nocną eskapadę z przyjaciółmi. Tymczasem, jak zauważa Twenge, wraz z zanikiem podwórza znikają aktywności, dzięki którym dotychczas się dorosłości próbowało – przebywanie z przyjaciółmi, ładowanie się w kłopoty, nawet seks. Jeszcze dziesięć lat temu im starsza była młodzież, tym częściej zwyczajowo się szlajała; dzisiejsze siedemnastolatki wychodzą z domu rzadziej, niż robiły to trzynastolatki w 2009. 

Intuicyjnie rozumiem ten trend, obserwuję bowiem kolegów syna – większość przestała patrzeć sobie w oczy podczas interakcji; dla niektórych z nich szczytem współ-bycia jest wspólne gapienie się w jeden ekran i komunikowanie się komentarzami typu „O ja cię”, „Ale go porobiłeś”, „Napisz LOL” i „Zmień kałacha na szotgana”. Jaka jest w tej sytuacji realna wartość dodana z fizycznego spotkania? Chłopcy (mówię tu o płci czysto statystycznie, nie przesądzając o genezie różnic) podobno zawsze woleli zapośredniczać kontakt, choćby przez sport albo inną aktywność, ale zmiana i tak jest drastyczna. Jeśli trendy badane przez Twenge się utrzymają, jako licealiści ci chłopcy będą mieli statystycznie mniej doświadczenia w realu niż moje pokolenie, nie będą wracać po północy, nie będą całować się za szkołą. I mimo że ma to swoje dobre strony (dzieciak spędza czas w pokoju, zamiast narkotyzować się, grając w piłkę przy czteropasmówce, po której jeżdżą czarne wołgi pełne gwałcicieli – true story), to jednak właśnie głupie wprawki w dorosłość, mocowanie się z nieprzewidywalną rzeczywistością, zwycięstwa nad władzą rodzicielską i realne przyjaźnie zawsze najskuteczniej zapewniały dzieciom i nastolatkom poczucie sensu życia. 

„A skoro nastolatki pracują mniej, krócej odrabiają prace domowe, rzadziej wychodzą i mniej piją, to czym się w ogóle zajmują? – pyta Twenge. – Dla pokolenia zwanego iGen odpowiedź jest prosta: wystarczy spojrzeć na smartfony, które dzierżą w rękach”. Pytanie „Gdzie jest Staś?” zostało zastąpione przez „Na czym jest Staś?” – a Staś może być na YouTubie, na Snapchacie, na TikToku. To właśnie na tych platformach, jak mówi Twenge, rodzi się depresja. 

Nagła zamiana podwórza na telefon jest przyczyną największej różnicy między iGen a innymi pokoleniami. Nasze dzieciaki po prostu nie bardzo wiedzą, jak dorosnąć.

„Zaraz, zaraz – zakrzyknie uważny czytelnik – przecież korelacja nie wystarczy! Trzeba jeszcze udowodnić, że problemy psychiczne dzieciaków wynikają z używania smartfonów, a nie tylko mu towarzyszą!”. Racja. Ale istnieją poważne poszlaki dowodzące, że zachodzi tu jednak związek przyczynowo-skutkowy. Pierwsza z nich jest zdroworozsądkowa: skoro wiemy skądinąd (a wiemy), że istnieją aktywności podnoszące nastrój i jakość życia – sport, spotkania ze znajomymi, spędzanie czasu z rodziną, kontakt z naturą, obrzędy religijne – i wiemy również, że te właśnie aktywności są wypierane przez świat online, to możemy stwierdzić przynajmniej tyle, że technologia mobilna separuje dzieci od tego, co normalnie dawało im zadowolenie. Ale wiemy też więcej: aktywności, w jakie angażują się młodzi online, nie tylko blokują zdrowe funkcjonowanie, ale same z siebie generują złe wibracje. Coraz więcej badań dowodzi, że korzystanie z mediów społecznościowych powoduje wyraźny spadek satysfakcji życiowej – na przykład te Mortena Tromholta (artykuł The Facebook Experiment: Quitting Facebook Leads to Higher Levels of Well-Being – Eksperyment na Facebooku. Rezygnacja z Facebooka polepsza samopoczucie z pisma „Cyberpsychology, Behavior, and Social Networking”), który przebadał ponad tysiąc osób i odkrył, że nawet tydzień wakacji od Fejsa wyraźnie podnosi nastrój i zwiększa poczucie szczęścia. 

Dla paleolitycznego mózgu Homo sapiens, uparcie nienowoczesnego, istotny jest tu na pewno charakterystyczny dla życia online brak sensorycznego zakorzenienia w realnym świecie i w „plemieniu” z krwi i kości. W globalnym internecie bowiem „plemię” ekspanduje w nieskończoność, wprowadzając nasze skrypty społeczne w konfuzję; żeby było jeszcze trudniej, umobilniony internet nie odpuszcza nam nigdy – nie można uciec od swoich prześladowców ze szkoły do domu, nie można nie dostać wiadomości na WhatsAppie w zaciszu własnego pokoju; nie można nie zastanawiać się, co też takiego nasza Nemesis zapostowała na Instagramie. Sytuacji, gdy wszyscy mogą rozmawiać za plecami wszystkich o każdej porze dnia i nocy, towarzyszy ciągła niepewność – kiedyś wredne koleżanki szeptały w kącie klasy, gdzie ofiary mogły je widzieć i dzięki temu rozumieć strukturę własnego wykluczenia; dziś bezustannie szepczą w wirtualu. Ten ciągły szum w tle odbywa się bezcieleśnie. Twenge pisze: „Jeśli nie jesteś z iGen, pomyśl o latach szkolnych. Jakie są twoje najintensywniejsze wspomnienia? Może przyjęcie po studniówce, pierwszy pocałunek; ten dzień, kiedy wpakowaliście się w kłopoty w galerii handlowej. Najprawdopodobniej to coś, co stało się podczas nieobecności rodziców (…). A co będą pamiętać oni? Ten śmieszny czat z kolegą? Najlepsze selfie? Mem, który dostał dużo lajków?”.

Nastoletnia mieszkanka netu nie ogląda kanałów edukacyjnych na YouTubie, ale robi sobie zdjęcie z buzią w ciup i głębokim dekoltem, po czym czeka na powiadomienia o polubieniach.

Korelacja między korzystaniem z mediów społecznościowych a obniżeniem nastroju jest wyraźniejsza u dziewcząt. Wynika to częściowo z faktu, że podczas gdy chłopcy en masse konsumują więcej gier mobilnych, smartfony dziewcząt częściej służą do lajkowania, postowania zdjęć i cyberstalkingu (na przykład przeglądania profili interesujących je osób). A jednak chłopcom i tak łatwiej żyje się w świecie Snapchata i Facebooka, i możemy się tylko domyślać dlaczego – pewną hipotezę podsuwa Nancy Jo Sales, dziennikarka i autorka świetnej reporterskiej książki American Girls: Social Media and the Secret Lives of Teenagers (Amerykańskie dziewczyny. Media społecznościowe i sekretne życie nastolatków). 

Sales przypomina o czymś, co wiedziałam, ale wyparłam, a mianowicie że media społecznościowe, jakie znamy dziś, zostały zainspirowane stroną „Hot or not”, służącą do głosowania, czy dana dziewczyna jest hot (atrakcyjna, niezła), czy nie. To właśnie ta strona podsunęła Markowi Zuckerbergowi pomysł na Facemash, który później stał się Facebookiem. „Znaczna część kultury mediów społecznościowych – pisze Sales – jest w pewnym sensie ciągłą emanacją «hot or not» – jej osią są polubienia i odrzucenia ludzi oraz rzeczy, a najczęściej fizycznej atrakcyjności kobiet i dziewczynek”. 

Z telefonem w ręku każdy dziś jest całodobowym kuratorem swojej persony w mediach społecznościowych, ale dla dziewczynek to doświadczenie o wiele trudniejsze, bo nieuchronnie wiąże się z uprzedmiotowieniem i seksualizacją. Sales, która wyruszyła między nastolatki, żeby nauczyć się ich zwyczajów, początkowo była wstrząśnięta faktem, że pod słit fociami trzynastolatek pojawiały się zamieszczane tam przez ich kolegów komentarze typu „Dziwka” albo „Niezła dupa”. Było ich jednak tak dużo, że w końcu zaczęło jej się to wydawać najzupełniej normalne. Podobnie jak fakt, że trzynastolatka przez kilka godzin pracuje nad makijażem do zdjęcia na Instagram. 

darowizna na rzecz fundacji pismo

Jak dowiadujemy się z książki Sales, typowa nastoletnia mieszkanka netu nie ogląda kanałów edukacyjnych na YouTubie, ale robi sobie zdjęcie z buzią w ciup i głębokim dekoltem, po czym memła telefon, czekając na powiadomienia o polubieniach; wieczorem zaś wysyła zdjęcie niedojrzałej piersi koledze, który grozi jej, że jak nie dostanie nagiej fotki, to opowie wszystkim, że uprawiała z nim seks oralny. Ot, dzień jak co dzień w życiu posiadaczki smartfona. Dzień, który – jak melodramatycznie by to nie zabrzmiało – może okazać się jednym z ostatnich. Co pewien czas jakaś dziewczynka popełnia samobójstwo, bo ktoś rozpuścił po szkole jej roznegliżowane zdjęcie albo nazwał ją w necie (jak Jessicę Laney z Florydy, która powiesiła się w 2012 roku) „zajebiście brzydką kurwą”. Anonimowość czy nawet tylko brak kontaktu twarzą w twarz z ofiarą uwalniają w chłopcach i dziewczętach demony, które zwykle dość skutecznie temperował kontakt w realu. Swoją drogą to niezwykle frustrujące i zarazem fascynujące, że jak byśmy się nie gimnastykowali, dążąc do równouprawnienia, kultura zawsze znajdzie kanał, przez który można abstrahować od człowieczeństwa dziewczyn i traktować je przedmiotowo.  

 


mogłoby się wydawać, że istnieje mocny kontrast między stawianą przez Twenge tezą o spowolnionym dojrzewaniu a opisywanym przez Sales rozseksualizowanym i wulgarnym światem mediów społecznościowych. To jednak sprzeczność pozorna. Ani ilość konsumowanych treści dla dorosłych, ani oglądanie tak zwanych patostreamerów (którzy na przykład, jak nasz popularny polski Daniel Magical, biją własną babcię za datki widzów), ani pozowanie w wyzywającej pozie nie przekłada się wcale na dorosłość realną. Czasem wręcz, rozładowując buntowniczy impuls i oduczając normalnych interakcji, jeszcze silniej tę dorosłość upośledza. „Trzydziestoletnie podrostki… dziesięciolatki, które na YouTubie «widziały już wszystko»… Jak to się stało? – pyta Kardaras w Glow Kids – Jak staliśmy się społeczeństwem zseksualizowanych dzieci-dorosłych, a jednocześnie, paradoksalnie, trzydziestoletnich quasi-nastolatków?”.

U młodych chłopców ta sama sprzeczność ma często inny wyraz: ogromne doświadczenie pornograficzne przy coraz mniejszej aktywności seksualnej. Wedle różnych badań chłopcy do pierwszego porno zasiadają gdzieś między ósmym a dwunastym rokiem życia. Ich przemeblowane przez pornografię młode, plastyczne mózgi uczą się podniecenia seksualnego w pozycji obserwatora, a wczesna ekspozycja na pełne przemocy i fetyszy obrazy sprawia, że trudno im potem podjąć normalne życie seksualne. I jak tu być naprawdę dorosłym? Jak nawiązać z dziewczyną relację i pójść z nią, jak człowiek z człowiekiem, do łóżka?

 


wszystko wskazuje więc na to, że jeśli chcę, by mój syn był szczęśliwy, by buntował się jak prawdziwy nastolatek, umiał nawiązać kontakty społeczne i wchodził w zdrowe relacje, powinnam jednak ograniczać jego zależność od smartfona. W zasadzie, wiedząc to wszystko, sam powinien chcieć stawiać sobie ograniczenia – zresztą dziewczynki opisywane przez Sales też wykazują się niezwykłą w ich sytuacji świadomością. „Media społecznościowe niszczą nam życie” – mówi jedna z nich. Sales pyta więc, dlaczego po prostu nie odłożą smartfona. „Bo wtedy w ogóle nie miałybyśmy żadnego życia”. 

Mój syn mógłby mi powiedzieć to samo. Godziny wyznaczone na użytkowanie sieci wykorzystuje niemal wyłącznie do aktywności społecznych: rozmawia na wideoczacie z kolegami i koleżankami, gra ze znajomymi w gry typu multiplayer. Z kontaktami społecznymi jest trochę jak z jedzeniem – może pączki i hot dogi nie są najzdrowsze, ale pewnie lepsze to niż śmierć z głodu. 

Jednak makdonaldyzacja kontaktów społecznych to nie jest jedyny powód, dla którego dzieciakom tak trudno odłożyć telefon. 

 


łatwo wzbudzić przerażenie czy nawet panikę moralną, opowiadając o patostreamingu,
porno, sextingu czy cyberprześladowaniu – drastycznych (choć bardzo częstych) zjawiskach, które towarzyszą technologii mobilnej w rękach dzieci i nastolatków. Łatwo się oburzać na to, że chłopcy wysyłają koleżankom zdjęcia penisów (tak, to istniejąca praktyka, znana pod nazwą dic pics), trudniej dojrzeć to, co tak naprawdę stanowi sedno problemu. 

Pamiętacie, jak byliście mali i staliście przed panelem z ponumerowanymi guzikami, z których każdy mógł za chwilę podświetlić się pod waszym palcem i wprawić całą windę w ruch? Prawie żadne dziecko nie potrafi się oprzeć narkotycznej atrakcyjności windowych przycisków. Winda bowiem oferuje najczystszy, najbardziej abstrakcyjny rodzaj drobnej satysfakcji płynącej z osiągania natychmiastowego efektu: naciskasz, zapala się światełko, winda jedzie. Dlaczego chcemy naciskać guziki w windzie? Odpowiem jak pewien znany himalaista, zapytany, dlaczego wspina się na ośmiotysięczniki: „Bo są”. Są i tę satysfakcję uporczywie oferują. 

A gdyby tak wymyślić windę z guzikami, których wciskanie daje taką satysfakcję, że nie sposób się przed nim powstrzymać? Gdyby, krótko mówiąc, stworzyć krzyżówkę windy i folii bąbelkowej? I żeby ta folia bąbelkowa strzelała różnymi dźwiękami, dzięki czemu każde naciśnięcie stanowiłoby idealny mariaż znajomej satysfakcji i niespodzianki? 

Ilu nowych postów by człowiek nie zobaczył, za krawędzią ekranu, zawsze czekają następne wyrzuty dopaminy.

Amerykański psycholog James J. Gibson ukuł niegdyś pojęcie affordances, na polski tłumaczone koślawo jako afordancje lub dostarczanty. Określa ono obiekty, które stwarzają nam jakąś realną, uświadomioną sposobność do działania; dzięki którym możemy dokonać z otoczeniem jakiejś transakcji. W tym sensie fontanna z wodą daje sposobność do napicia się, dróżka jest sposobnością do marszu przez las, guzik uwalniający głowicę atomową jest afordancją rozpoczęcia trzeciej wojny światowej. Dla himalaisty Mount Everest to afordancja wspinaczki; dla mojego syna zaś wszelkie guziki, naciski i dźwigienki, jak te na desce rozdzielczej, są niemożliwą do pominięcia afordancją namiętnego przesuwania, dotykania, wciskania, podważania i poruszania, na który to proceder ukuliśmy ogólny termin „łapowanie”. 

Afordancje mają różną siłę przyciągania, zależną od ich indywidualnego charakteru i od naszych aktualnych potrzeb. Niektóre z nich są niemożliwe do zignorowania. Machaj ludziom przed nosem niskokosztowym działaniem o satysfakcjonującym rezultacie, a zadziałają się na śmierć. Jego efekt musi być trochę jak chipsy; podobno ich smak ma być satysfakcjonujący, ale broń Boże za bardzo; niebiańskie chipsy je się przez chwilę i kontempluje, chipsy nieco mniej spektakularne w smaku można wciągać godzinami. Adam Alter, profesor w szkole biznesu New York University, w książce Irresistible: the Rise of Addictive Technology and the Business of Keeping Us Hooked (Zniewalająca. Wzrost uzależniającej technologii, która okazuje się pułapką)  opisuje, jak gry mobilne i internetowe platformy społecznościowe konstruują swoje przestrzenie; wzorem jest tu maszyna hazardowa w rodzaju jednorękiego bandyty, w której wszystko – od sympatycznej dźwigni, przez zachęcające dźwięki, estetykę i hipnotycznie nieregularny system drobnych nagród, aż po fakt, że grać można bez końca – jest wymyślone tak, by nie można się było od niej odkleić. Mózg grającego co chwilę jest łechtany niewielkim wyrzutem dopaminy; to z powodu wygranej, to znów dzięki miłej melodyjce. „Jednoręki bandyta to kokaina hazardu. To elektroniczna morfina” – pisze Alter. Gibson by powiedział, że taka maszyna tworzy niecharakterystycznie uwodzicielską afordancję, narzucającą się świadomości tak silnie, jak strumień umierającemu z pragnienia. Dlaczego gramy w jednorękiego bandytę? Bo jest. 

Jeśli nawet Tetris, potrafiła nas trzymać przy ekranie samym drażnieniem potrzeby układania części w całość, nic dziwnego, że przez Candy Crush pół świata zarywało noce.

Według Altera większości naszych mobilnych eksploracji dokonujemy na platformach skonstruowanych na wzór jednorękich bandytów. Na Facebooku i Instagramie mamy funkcję niekończącego się przewijania – ilu nowych postów by człowiek nie zobaczył, za krawędzią ekranu (przy następnym pociągnięciu dźwigni), zawsze czekają następne wyrzuty dopaminy; kolorowe obrazki bez końca paradują nam przed oczami z satysfakcjonującym poślizgiem dzięki miarowemu przesuwaniu kciuka. Mamy też system nieregularnych wzmocnień pozytywnych w postaci nowych postów i lajków – od dawna wiadomo, że nagrody tylko wtedy trzymają nas w nieustannym napięciu, kiedy otrzymujemy je wystarczająco często, ale nie do końca regularnie; przyjemność musi być w dobrej proporcji sprzężona z zaskoczeniem. Jedna rzecz to bezprecedensowe zhakowanie ludzkich instynktów społecznych, inna – skonstruowanie niemożliwej do pominięcia, wiecznie obecnej w kieszeni dostarczanty, jadącej do nieba bąbelkowej windy na sterydach, w której nie sposób nie wciskać kolejnych świecących guzików. Zwłaszcza gdy ma się niewiele lat i nie do końca rozwiniętą korę czołową – bo to w niej rezyduje nasza zdolność do samokontroli. Czemu młodzież łapie za telefon średnio osiemdziesiąt razy dziennie? Młodzież zawsze będzie miała odpowiedź: bo Kazik napisał, bo nie wiem, jaka jest pogoda, bo sprawdzam coś w Wikipedii. Ale prawda jest taka, że młodzież nieustannie sięga po telefon z jednego powodu: bo jest. 

Design gier mobilnych też nawiązuje do sukcesu jednorękiego bandyty. Kto wpadł, jak niegdyś ja, w króliczą norę Candy Crush Saga, gry, której celem jest, hmm…, ułożenie cukierków w rzędach, wie, że gra hipnotyzuje lepiej niż najwspanialsza winda. Bennett Foddy, autor gier wykładający ich projektowanie w NYU Game Center, tłumaczył Alterowi, że za sukcesem Candy Crush stoją nie tyle zasady, co soczystość (ang. juice), czyli ten element designu, który tworzy sensoryczne, nagradzające tło. Kolorowe cukierki opadają z satysfakcjonującym brzdęknięciem; niski głos zachęca do dalszej gry; mózg karmi się dopaminą wydzielaną przy każdej wygranej, średnio co kilka sekund. Gdyby w tym samym celu należało bez żadnych dodatkowych efektów mozolnie przesuwać geometryczne kształty, pies z kulawą nogą nie ślęczałby nocami nad iPadem. Jeśli nawet Tetris, gra prosta w designie, potrafiła nas trzymać godzinami przy ekranie samym drażnieniem potrzeby układania części w całość, nic dziwnego, że przez Candy Crush pół świata zarywało noce. 

Ale jak powiedział Tristan Harris, wywodzący się z Google „etyk designu”, który wsławił się krytyką Big Techu, to nie do końca twoja wina, że nie możesz odłożyć telefonu; po prostu „po drugiej stronie ekranu są tysiące ludzi, których pracą jest łamanie twojej siły woli”. Jak by na to nie patrzeć, jesteśmy wciąż tylko zwierzętami, które reagują na bodźce; jeśli ktoś dzięki analizom big data potrafi przewidzieć nasze reakcje i ma ku temu biznesową motywację, nie mamy wyjścia, będziemy grać. Dziecko z paleolitu i tablet z przyszłości – kto wygra takie starcie? Znów Alter: „Ludzie, którzy tworzą i udoskonalają technologię, gry i platformy interaktywne, są bardzo dobrzy w tym, czym się zajmują. Robią tysiące testów z milionami użytkowników – z różnymi kolorami tła, czcionkami, dźwiękami – aby zmaksymalizować zaangażowanie i zminimalizować frustrację. Ich oferta ewoluuje w coś, od czego nie można się powstrzymać i przed czym nie sposób uciec. W 2004 roku Facebook był fajny; w 2016 jest jak narkotyk”.  

Kiedy wypytuję grupę znajomych mojego syna o Brawl Stars, aktualnie popularną wśród małolatów grę mobilną, nie potrafią mi do końca wyjaśnić, o co chodzi. Mówią, że są tam jakieś skrzynki, które się rozwala i z których wypadają „pałer kjubsy”, dzięki którym ma się jakieś godne pożądania benefity, opowiadają o „skinach” postaci, ale ich narracja jest charakterystyczna dla ryb, które muszą opowiadać znajomym wróblom o życiu pod wodą. Ale może jest to po prostu tak samo mętna i porwana narracja, jaką i my posłużylibyśmy się, gdyby ciekawski znajomy próbował się dowiedzieć, dlaczego, u licha, naciskamy przyciski w windzie. Tam, gdzie główną rolę grają proste bodźce, opowieść nie ma prawa trzymać się kupy. 

 


choć nie wszyscy eksperci są gotowi w sprzężeniu młodzieży z telefonami widzieć uzależnienie per se (wydawany przez Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne przewodnik diagnostyczny DSM-5 nie wyróżnia takiej jednostki chorobowej), nie przeszkadza to i laikom, i ekspertom używać potocznego terminu „nomofobia” (od no-mobile-phone-fobia) na określenie nerwowości, w jaką wpadają młodzi ludzie nagle pozbawieni telefonu. Kieszonkowy jednoręki bandyta stanowi bowiem, tak w swoim wydaniu społecznościowym, jak i gamingowym, maszynę rozregulowującą nasz mózgowy system nagrody przez ciągłe fundowanie nam małych zastrzyków dopaminy. Kardaras w Glow Kids powołuje się na opinie różnych ludzi znających się na rzeczy: 

Tam, gdzie główną rolę grają proste bodźce, opowieść nie ma prawa trzymać się kupy.

Pozwoliliśmy temu wirtualnemu narkotykowi – przez doktora Petera Whybrowa, szefa neuronauki na UCLA, nazywanemu „elektroniczną kokainą”, przez doktora Andrew Doana, który ma dyplom lekarza, doktorat z neuronauki i zajmuje się badaniami nad uzależnieniami dla marynarki wojennej USA – „cyfrową pharmakeią” (od greckiego słowa oznaczającego lek, narkotyk), a przez chińskich badaczy – „elektroniczną heroiną” – wślizgnąć się do domów i szkół, gdzie rezydują najmłodsi i najbardziej podatni, całkowicie ślepi na wszystkie negatywne konsekwencje. 

Obrońcy smartfonów w rękach dzieci często przywołują ich fantastyczne zastosowania. Oto dziecko ma cały świat wiedzy na wyciągnięcie ręki; może rozwijać pasje, można do niego zawsze zadzwonić, może pozostawać w kontakcie ze znajomymi i rodziną. To prawda – ale medium is always the message. Wyobraźcie sobie, chociaż brzmi to dziwacznie, że wieści o narodzinach i fotki z wakacji oglądacie przez windę – na przykład przy okazji naciskania przycisków. Ich treść byłaby nierozerwalnie związana z bodźcową strukturą tego medium; byłaby zapośredniczana przez bezmyślność, z jaką wciskamy guziki. Ta bezmyślność, automatyczność, uporczywa wszechdostępność zawsze otwartej na dotyk dostarczanty przenika cały płynący ze smartfonów świat; jest on naznaczony percepcyjną uniformizacją; staje się płytki i powierzchowny, niezależnie od tego, czy użytkownik czyta mem, czy wieść o narodzinach dziecka. 

Rozmowa o smartfonach i tabletach z innymi rodzicami to zrytualizowany już taniec westchnień połączonych z rozkładaniem rąk.

Co daje więc dziecku smartfon? Życie społeczne w XXI wieku, geolokalizację przydatną rodzicom, dostęp do informacji. Ale także depresję, kryzys relacji, upośledzenie dorosłości, ubezmyślnienie odbioru rzeczywistości, seksualizację, niespokojny sen, otyłość. Są jeszcze kozi kosmici w aucie i nieprzysiadalny Staś. A jeśli wierzyć psychologom uzależnień, takim jak Kardaras, to nagły przyrost diagnozowania ADHD i wielu innych schorzeń też jest związany z wszędobylskością technologii mobilnej. 

Co ma z tym zrobić rodzic?

 


rozmowa o smartfonach i tabletach z innymi rodzicami to zrytualizowany już taniec westchnień połączonych z rozkładaniem rąk. Na „Kasia ciągle siedzi w telefonie” należy smutno odpowiedzieć „Co zrobisz? Takie czasy”. Gdy słyszysz: „Ja w jego wieku grałem w gumę, a on nic, tylko ten Minecraft”, trzeba powiedzieć: „Taak, teraz dzieciaki są inne” i przytoczyć rzewny autobiograficzny kawałek o dzieciństwie spędzonym na osiedlowym podwórku. 

To połączenie nostalgii i rezygnacji tylko pozornie skierowane jest przeciwko tej technologii; w rzeczywistości stanowi sprytny trik psychologiczny ją afirmujący. Nostalgia za dawnymi czasami wpisuje bowiem oświetlone ekranami dzieci w nieuchronny proces postępu, tym samym rozgrzeszając bezradnych opiekunów, pozwalając im swoje porażki w kontrolowaniu cyfrowego życia dzieci złożyć na karb procesu historycznego, nad którym nie mają przecież żadnej kontroli. Ale dzieci nie są teraz drastycznie inne niż były dotychczas; iPhone pojawił się dopiero kilka lat temu; postęp nie może być tajemniczą siłą wyjaśniającą i sankcjonującą absolutnie wszystko. Tymczasem, jak mówił Virilio w wywiadzie dla „Vice”, dziś „postęp zastąpił Boga”. To, co postępowe, jest z definicji dobre, a przynajmniej nieuchronne. „A technologię trzeba cenić tak, jak sztukę – dopowiada Virilio, nawołując do krytyczniejszego spojrzenia na wynalazki współczesności. – Nie powiedzielibyśmy miłośnikowi sztuki, że nie może woleć abstrakcji od ekspresjonizmu. Kochać znaczy wybierać. Tymczasem dziś miłość [do wszelkiej nowej technologii] stała się obowiązkiem. Postęp ma wszystkie defekty totalitaryzmu”.

Żaden, nawet najmądrzejszy dzieciak, nie jest na tyle mądry, by nie zrobić w sieci czegoś głupiego albo nie zostać ofiarą cyberprześladowania.

Mimo protestów Virilia argument ad Gutenbergum, czyli taki, w którym wyśmiewa się lęk przed postępem, przypominając nieuzasadniony strach towarzyszący rozmaitym ważnym wynalazkom w historii ludzkości, ma się dobrze. Świetną ilustracją jest tu tekst Rachel Klein z satyrycznego działu „New Yorkera” Limiting Your Child’s Fire Time: A Guide for Concerned Paleolithic Parents (Ograniczanie czasu z ogniem. Przewodnik dla rodziców paleolitu):

Według najnowszych rysunków w jaskiniach dzieci używają dziś ognia częściej niż kiedykolwiek. Nic dziwnego: ogień ma wiele zastosowań, jak gotowanie mięsa, ogrzewanie domu czy odstraszanie nocą dzikich zwierząt. My, dorośli Homo erectus, z powiększonymi mózgami i doświadczeniem wyniesionym z ery przedogniowej, potrafimy używać go z umiarem. Ale nasze dzieci – a część z nich nigdy nie żyła w czasach, gdy nie wystarczyło po prostu godzinami pocierać dwóch kamyków nad kupą suchej trawy, żeby niekiedy uzyskać iskrę, która z pomocą żmudnego dmuchania może rozrosnąć się w płomień – mogą mieć trudności z zachowaniem umiaru
w interakcjach z ogniem. 

 


dalej klein, papugując styl gazetowych porad, radzi, jak sprawić, by zamiast gapić się w płomienie, dzieci robiły narzędzia z kości i uczyły się polować na mamuty („Ustal konkretne godziny, w których dziecko może patrzeć w ogień, i przestrzegaj ich”). Czy bowiem wielokrotnie w historii nie mieliśmy już podobnych luddystycznych i nieuzasadnionych obaw, że oto jakiś wynalazek zdemoralizuje młodzież i zbruka nasze dusze? Czy druk też nie był początkowo obwołany narzędziem antychrysta, podczas gdy teraz błagamy nasze dzieci, żeby zajrzały do Harry’ego Pottera? Ponieważ – jak się argumentuje – wiele z tych obaw okazało się płonnych, możemy założyć, że i strach przed zrośnięciem się dziecięcia ze smartfonem będzie za jakiś czas równie śmieszny, co lęki paleolitycznych rodziców. 

Chociaż sam tekst Klein mnie śmieszy, to nic nie denerwuje mnie bardziej niż takie gadanie. Historia owszem, lubi się powtarzać, ale wtedy, kiedy chce; nigdy nie wiemy, czy to się właśnie dzieje. Może i jest prawdą, że druk bezpodstawnie wlał lęki w serca ówczesnych konserwatystów, ale nie musi to przecież oznaczać, że i my boimy się bez sensu. Twierdzić, że każde jutro będzie takie jak wczoraj, to działać mniej więcej tak, jak ten gospodarz, co odzwyczajał konia od jedzenia; byłby go odzwyczaił, bo pięć dni koń nie jadł, tyle że szóstego dnia zwierzę zdechło. W końcu nadejdą takie rzeczy, które uczynią nasze życie gorszym i wszystko wskazuje na to, że smartfon należy do tej kategorii.  

Najwyraźniej ten, kto dobrze rozumie potencjał technologii mobilnej, chętnie zarzuci nią ludzkość, ale własne dzieci będzie chronił.

Co więcej, akceptacja dla każdej technologii a conto rzekomego postępu pozbawia nas pozycji kowali własnego losu. Gdybyśmy w porę zaplanowali całą tę sprawę z samochodami, zamiast na wpółślepo akceptować ich organiczną ekspansję, może mielibyśmy teraz lepsze miasta, mniej otyłych obywateli i stary, dobry klimat (komu on przeszkadzał?).

Jesse Weinberger, specjalistka od bezpieczeństwa w sieci, każe rodzicom wziąć się w garść i przestać szukać usprawiedliwień. W książce The Boogeyman Exists; And He’s In Your Child’s Back Pocket (Licho istnieje i siedzi w kieszeni twojego dziecka) pisze „Jeśli się zastanawiasz, czy twoje dziecko jest gotowe na smartfona (…), to zadajesz niewłaściwe pytanie. Dobre pytanie brzmi: «Czy TY, jako rodzic, jesteś gotowy, żeby miało takie urządzenie?». Gotowość twojego dziecka zależy całkowicie od twojej chęci zostania cyfrowym policjantem”. Weinberg przedstawia cały wachlarz rad, jak monitorować użycie smartfonów przez nieletnich. Na przykład: „Sprawdzaj telefon co tydzień, ale nigdy w tym samym czasie (…). Takie podejście ma dwa cele: 1) uczysz dziecko, że jesteś nieprzewidywalny, 2) masz większą szansę zauważyć problem, zanim się skomplikuje”.

 


dla tych rodziców, którzy w kwestii telefonu wyznają – z uwagi na poszanowanie wolności dziecka – filozofię laissez faire, Weinberg ma jeden przekaz: jesteście głupcami i narażacie swoje niedojrzałe dzieci na niebezpieczeństwa i uzależnienie. Żaden, nawet najmądrzejszy dzieciak, nie jest na tyle mądry, by nie zrobić w sieci czegoś głupiego albo nie zostać ofiarą cyberprześladowania. A rodzice, którzy stronią od ingerowania w telefon, bo szanują dziecięcą własność? Myślę, że Weinberger zgodziłaby się z pewnym ojcem z forum Reddit Parenting, który twierdził, że jego dziecko nie dostaje telefonu-przedmiotu, ale przywilej użytkowania go. Sam telefon powinien należeć do rodzica – po to, by ten mógł ograniczać czas ekranowy i ingerować w smartfonową aktywność dziecka. 

W końcu nadejdą takie rzeczy, które uczynią nasze życie gorszym i wszystko wskazuje na to, że smartfon należy do tej kategorii. 

Nie ma więc wyjścia – pójdę drogą twórców całego tego pandemonium, Steve’a Jobsa i Billa Gatesa. Jobs w swej dwulicowej podłości nie pozwalał własnym dzieciom używać iPada; Gates dał swoim telefony, dopiero gdy pokończyły czternaście lat. Jak donosił kiedyś „New York Times”, nianie w Dolinie Krzemowej często mają zakaz używania telefonów przy dzieciach, a potomstwo technorodziców masowo chodzi do wolnych od technologii szkół waldorfskich czy montessoriańskich. Najwyraźniej ten, kto dobrze rozumie potencjał technologii mobilnej, chętnie zarzuci nią ludzkość, ale własne dzieci będzie chronił. 

 


w drodze na urodziny Staś tylko dwukrotnie przerwał męczącą walkę z kosmitami. Pierwszy raz, gdy zadzwoniła jego mama, która nie była pewna, czy już dojechaliśmy, bo przestała jej działać funkcja „find my iPhone”. Drugi raz, gdy koledzy, którzy już dotarli, wysłali wiadomości z pytaniami, dlaczego Stasia i mojego syna wciąż nie ma. Nasza podróż trwała nie więcej niż pół godziny – i nawet przez te pół godziny Staś nie mógł się nigdzie ukryć. 

Znów przypomina mi się Paul Virilio: „Oczy są wszędzie. Nie ma ślepych miejsc. O czym możemy marzyć, gdy wszystko jest widzialne? Będziemy śnić o ślepocie”.

 

Tekst jest częścią cyklu Jak naprawić internet? Mecenasem cyklu jest Facebook.

Esej ukazał się we wrześniowym numerze miesięcznika "Pismo. Magazyn opinii" (09/2019) pod tytułem Zombie w błękitnej poświacie, czyli o dzieciach i smartfonach.

FreshMail.pl