Wersja audio

Rysunek Anna Głąbicka
Jednym z mitów wolnorynkowych jest teza, że działania, jakie jednostki podejmują na rynku, wyrażają ich aktywne i wolne preferencje. Innymi słowy, jeśli kupuję młotek za pięć złotych, znaczy to, że chcę mieć młotek – i chcę go na tyle, żeby oddać za niego piątaka, co jednocześnie elegancko wyznacza rynkową wartość młotka. Ten mit jest jednak nie do utrzymania w warunkach mono- czy oligopolu.
Jeśli bowiem moje dzieci mają się pozabijać o wystające gwoździe, młotek staje mi się absolutnie niezbędny. Monopolista, który kontroluje podaż, może więc swobodnie stwierdzić, że skoro chcę mieć młotek, to mam nie tylko zapłacić piątaka, ale jeszcze oddać swoje buty i, powiedzmy, polizać przedstawiciela handlowego Młot&Co po pośladku. I jasne, że to zrobię, ponaglana widmem dzieciąt chorych na tężca. Jeśli jednak ktoś mi powie, że cóż, najwyraźniej miałam taką preferencję, to nie wytrzymam, zamachnę się i strzelę.
I dokładnie tak czujemy się dzisiaj niemal za każdym razem, gdy wchodzimy do internetu, i to w prawie każdej jego odsłonie – od wyszukiwarki, przez sklepy, po media społecznościowe. Bo wokół narzędzia, jakim jest internet, skupiło się kilka centrów władzy niemal absolutnej. Musimy przecież zapłacić rachunek, napisać do szefa na messengerze, kupić pieluchy, a może bardzo potrzebujemy też pooglądać koty. W efekcie pięć godzin później orientujemy się, że płacimy za tę pierwotną potrzebę wylizywaniem pośladków tego czy innego Zuckerberga. Fachowo nie nazywa się to „zgodnym tańcem wolnych jednostek na niewidzialnym parkiecie rynku”, ale „ekstrakcją”. Albo, jak w artykule dla „Guardiana” napisali członkowie koalicji The Friends of Attention, jest to human fracking (fracking to „szczelinowanie hydrauliczne”, oznacza wyniszczającą i agresywną eksploatację środowiska w celu zdobycia zasobów naturalnych). Młot&Co.
Dlatego jeśli miałabym wybrać słowo, które najlepiej określa dziś kondycję ludzkiej masy, pewnie wybrałabym „bezsilność”. Nie wszyscy jednak widzą to tak czarno, niektórzy mówią: „Nie przesadzaj, nie jesteś bezsilny. Bojkotuj portfelem!”. Ale bojkot nie jest rozwiązaniem, gdy nie ma alternatywy – każde bowiem wyjście jest zasysane do świata online i prezentowane w swojej ergonomicznej wersji. A kiedy skuszeni wygodą przenosimy się w światłowód, usługa, jak mawia krytyk technologii, pisarz Cory Doctorow, się „ugównia” i zamienia w więzienie. Nagle nie mamy do czego wracać – orientujemy się, że wysypaliśmy piątaki z portfeli i przemieliliśmy życie na bajty. Został nam już tylko pieniądz (przyjaciel, seks) elektroniczny, od którego płacimy fantomowe, niezrozumiałe podatki.
Wybaczcie, że nie mówię tu nic nowego, ale ten aspekt współczesnej bezsilności – bezsilności wobec sił, które budują imperia, zasysając energię z naszych rzekomo wolnych działań – uderzył mnie na nowo, kiedy… zaczęto ujawniać akta Jeffreya Epsteina. Bo właśnie wtedy nagle, przez moment, poczułam się mniej bezsilna! Rzeczywista obrzydliwość ujawnianych zwyrodnialców i konieczność wysłania ich do więzień to bowiem jedno. Drugim jest to, że dzięki nim moja rozproszona emocja lęku mogła przeobrazić się w coś, co nosi psychologiczne znamiona sprawczości – mogłam być oburzona. I nie byłam w tym sama! W sfragmentyzowanej rzeczywistości tak rzadko trafia się coś, co przynosi nam na moment iluzję monokultury rodem z lat 90., że może nam ją dać wyłącznie Gorąca rywalizacja (Heated Rivalry) lub finansista-pedofil z kolegami w rządach.
Przeczytaj też: Jak mężczyźni wykorzystują nastolatki
Kiedy jednak uświadomiłam sobie ulgę, jaka dla bezsilnych płynie ze wspólnoty wzmożeń moralnych, zdjął mnie strach. Bo wiecie, jakim społeczeństwom najłatwiej robić szczelinowanie hydrauliczne? Moralnie wzmożonym i bezsilnym zarazem – dlatego, że wzmożenie przykrywa im ich własną bezsilność. Rytualne ofiary (jeśli się ich doczekamy) potrafią cudownie służyć konserwowaniu wyzyskującego systemu. I zobaczcie, jak dalece rozpadło się zaufanie, jeśli (w miarę) normalna osoba, taka jak ja – która od zawsze śmieje się z teorii spiskowych – na widok akt Epsteina myśli: „A co, jeśli jest jeszcze większa i jeszcze gorsza szajka, która akurat teraz, w chwili boomu AI, zrzuca nam te akta, żebyśmy się nimi zajęli, kiedy język będzie nam przyrastał do czyjegoś tyłka na stałe?”.
Masz przed sobą otwartą treść, którą udostępniamy w ramach promocji „Pisma”. Odkryj pozostałe treści z magazynu, także w wersji audio. Jeśli nie masz prenumeraty lub dostępu online – zarejestruj się i zamów dostęp.