Opowiadanie

Blask

Tatko wybił mi włosy z głowy. Tłukł w nią tak, że większość wypadła, zanim dorosłem. Zostało kilka kępek, poskręcanych i szorstkich jak ta poniżej brzucha. Chowam je pod turkusową czapką z czarnym daszkiem i szerszeniem na przodzie. Jest przepocona, sprana i za ciasna, ale inaczej się nie pokazuję. Walił tatko tym, co się nawinęło: gazetą, chochlą, butelką, motyką, butem, kostką masła, wieszakiem, kapustą, arbuzem, książką, schabem z kością na co dzień, białą krzyżową od święta, paskiem, ręcznikiem, popielniczką, mrożonką, a jak nic nie miał w zasięgu, to gołą dłonią albo pięścią.

Dajcie ślepego, niech pomaca moją glacę, to powie, że dotykał Księżyca, bo tatko bębnił jak deszcz meteorytów. Wtedy, gdy czegoś nie rozumiałem, i gdy zrozumiałem aż za dobrze, żeby ukarać i żeby pochwalić, kiedy byłem na nogach i kiedy spałem, w czoło, potylicę albo czubek. Na poważnie się przykładał, a dla żartu trącał dwoma palcami. Tak hartowała się czaszka, a ja nauczyłem się z zamkniętymi oczami zgadywać, czym właśnie oberwałem. Przyzwyczaiłem się do tego jak do słabszego lewego oka i ukruszonego zęba. Wystarczy przymknąć powiekę albo wymacać językiem ostre krawędzie, aby się przekonać, że chociaż uszkodzone, są na swoim miejscu. I nie mam do tatki pretensji, bicie przecież nie bolało. Taki mój defekt, że wcale nie czuję bólu. Zawsze chodziłem przez to poharatany, w bliznach i siniakach.

rysunki Tomek Majewski

Rąbnięty jestem zresztą sam z siebie, nie od bicia. Podobno urodziłem się 29 lutego, co czwartą klepkę mam na miejscu, co cztery lata o rok się starzeję, co czwarte gówno robię rzadkie, co czwartą noc nie śpię.

Odkąd zabrakło tatki, muszę sobie radzić sam. 

Raz, dwa razy w tygodniu wracam do domu nad ranem z wypchanym plecakiem. Przebieram się, zanim wyjdę, tylko ochraniacze mocuję na miejscu, nie chcę po drodze zwracać na siebie uwagi. Na początku robiłem to w dżinsach i bluzie, roboczych butach z blachą, w kominiarce i szaliku. Teraz noszę czarne getry, na wierzchu krótkie spodenki gimnastyczne, lekkie buty, obcisły golf. Przed akcją zakładam w krzakach, na podwórku albo w zaułku cienkie, wytrzymałe rękawiczki i gogle, twarz zasłaniam maską przeciwpyłową bez uszczelek i filtrów, kask rowerowy z zamontowaną czołówką w metalowej osłonie wyścielam w środku folią bąbelkową i wciskam na głowę. Przypinam naramienniki na rzepy, sprawdzam, czy plecak dobrze leży, i ustawiam się naprzeciwko witryny sklepu, który wybrałem, najdalej, jak to możliwe, dla lepszego rozbiegu, bez przeszkód w linii prostej, włączam odliczanie w zegarku, półtorej minuty, i jeśli nikogo w pobliżu nie widzę ani nie słyszę, a wiatr nie hula, startuję. Rozpędzam się tak, że światło z czołówki przygasa, bo ledwo za mną nadąża, i kiedy jestem blisko celu, na moment chowam głowę w ramionach, po czym wyrzucam ją do przodu, skaczę pod ostrym kątem, z ramionami wyprężonymi do tyłu, i rozbijam szybę w drobny mak. 

Wpadam do środka, łapię równowagę albo ląduję z przewrotką i pakuję do plecaka towar, zwłaszcza jedzenie. Zgarniam co najbliżej, jak leci, nie ma czasu na wybieranie. Okruchy rozbitej szyby chrzęszczą pod podeszwami jak cukier. Zostawiam miejsce na kask i resztę, na dźwięk alarmu w zegarku zwijam się, ten sklepowy mnie nie obchodzi, wracam bocznymi ulicami, ocieram się o mury, nie zaglądam w okna, odłamki wbite w nogi, ręce i gdzie tam jeszcze wyciągam w domu. To ja tłukę, to mnie nie boli.

Po każdym skoku śpię jak dziecko. 

Podobno urodziłem się 29 lutego, co czwartą klepkę mam na miejscu i co cztery lata o rok się starzeję. 

Za pierwszym razem nabrałem prawie samych puszek kukurydzy. Tydzień fajdałem nieprzetrawionymi, żółtymi ziarenkami, dałoby się z nich złożyć sporą kolbę. Na początku obiecywałem sobie, że będę brał to, co akurat jest mi potrzebne, ale w świetle latarki i w pośpiechu tak się nie da. W końcu nauczyłem się zgarniać różne rzeczy. Rano wysypuję fanty na stół. Odkładam to, czego nie będę jadł ani pił, a jak się uzbiera cały karton, zanoszę w nocy do okna życia. Półprzytomne zakonnice przeklinają drania, który nie daje im się wyspać.

Tego dnia, gdy zabrakło tatki, pierwszy raz od wieków nie dostałem w czerep. Wieczorem potykałem się o własne stopy. Ale to nie był koniec nieszczęść, bo wiedziałem, że jeszcze przyjdą wyrzucić mnie z domu i zabrać ziemię.

Ziemi nie ruszę, wszędzie jej pełno, choćbym nie wiem ile z wierzchu zdarł, zawsze coś pod spodem zostanie, najpierw gleba, potem podglebie, można ryć i ryć, do usranej śmierci i z powrotem, aż się trafi na skałę macierzystą, ale niżej jest jeszcze skorupa, a w niej tlen, krzem i glina, dalej granit, ziarna skalne i blasty, a to zaledwie górna warstwa na lepkiej podściółce, na grubym płaszczu, który otacza fałszywe płynne jądro, dopiero w jego głębi, gdyby to wszystko wygarnąć, mieści się jądro prawdziwe, twarda, gęsta kula żelaza, jak ukryty w zamszowej sakiewce, pod podwójnym dnem kasetki, pocisk do zabytkowego pistoletu trzymany na wypadek, gdyby ktoś chciał go sobie wpakować w łeb.

No więc ziemi nie biorę, skąd miałbym wiedzieć, kiedy się zatrzymać, zdechłbym z wyczerpania, wyrzucając wiadra złota, wapnia i magnezu, a choćby starczyło mi sił i czasu, zanim przyjdą ją odebrać, ugotowałbym się od bijącego z głębin gorąca, zmiażdżyłoby mnie ciśnienie, udusiła siarka, a niechbym nawet przekopał się do samego jądra i wciąż stał na nogach, miał ręce i oczy, skąd wiedziałbym, gdzie jest jego środek, kopałbym dalej, aż znów przez płynne warstwy, sprasowane skały i złoża minerałów dostałbym się na górę, do gleby, i wystawił głowę z ziemi jak kret w czyimś ogródku, a wtedy oberwałbym w nią łopatą, butem czy gaśnicą i wykorkował po drugiej stronie przekopanej na wylot planety. 

Dom to co innego, da …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Kup prenumeratę

FreshMail.pl