Końcówka roku, wbrew pozorom, nie jest dobrym momentem na podsumowania zawodowe, życiowe i wszelkie inne. Ale w ramach świątecznego odpoczynku, trochę dla żartu, zrobiliśmy ze znajomymi testy „Czy jesteś wypalona/y zawodowo”. W sieci jest ich trochę.
Można oczywiście łatwo przewidzieć pytania, przygotować się na odpowiedzi. Mimo luźnej atmosfery postanowiłam odpowiadać rzetelnie i rzadko decydowałam się na wybór odpowiedzi z dwóch krańców skali. Podejrzewając, że wyjdzie mi tzw. średnia, w myślach godziłam się, że moja postawa ma więcej wspólnego z naszą narodową skłonnością do narzekania niż z realnym problemem. Wynik mnie zaskoczył: osiem punktów na dziesięć możliwych, wysoki poziom wypalenia zawodowego.
Znajoma psycholożka skomentowała, że w ogóle jej to nie zaskakuje, zważywszy na okoliczności: koniec roku, zmęczenie, zima, brak słońca etc. Ale też przyznała, że od początku pandemii jej pacjenci skarżą się na brak sił, przepracowanie, problemy ze snem i koncentracją. I że chyba nie tylko o nasze osobiste trudności chodzi, ale także te systemowe. Jak donosił Business Insider w listopadzie 2021 roku, Polacy obok Węgrów pracują najwięcej w całej Unii Europejskiej. Liczba przepracowanych godzin przekłada się na naszą nieumiejętność odpoczywania i dbania o własny dobrostan. Ale to także kwestia kultury pracy. Zapytałam więc Ewę Jarczewską-Grec, trenerkę biznesu i psycholożkę motywacyjną z Uniwersytetu Humanistycznospołecznego SWPS, o to, czy rzeczywiście poraziło nas wypalenie zawodowe.
Narzekamy na zmęczenie spowodowane pracą, chętniej niż zwykle decydujemy się na zwolnienia lekarskie, nie mamy na nic siły. W dodatku w pandemii praca zaczęła nakładać się na życie osobiste, czas wolny. W grudniu 2021 roku 65 procent Polaków stwierdziło, że cierpi z powodu wypalenia zawodowego. Jesteśmy wypaleni?
Światowa Organizacja Zdrowia wpisała właśnie wypalenie na listę ICD-11 [jedenaste wydanie klasyfikacji chorób – przyp. red.], ale nie jako chorobę, tylko jako zjawisko związane z życiem zawodowym, zespół pewnych objawów. To oznacza, że lekarz nie może dać nam zwolnienia z pracy z powodu wypalenia, ale jednocześnie może ono przyczyniać się do rozwoju innych problemów zdrowotnych, które mogą nas wyłączać z pracy. W praktyce oznacza to, że syndrom ten może znacząco wpływać na pogorszenie stanu zdrowia.

Dlaczego? Co to jest wypalenie zawodowe?
To dużo więcej niż zmęczenie. Objawia się w trzech sferach. Pierwsza z nich to sfera energetyczna, czyli: wstajemy rano i na samą myśl o tym, że za chwilę rozpoczniemy pracę – nieważne czy w domu, biurze, czy w sklepie – czujemy, że nie mamy na to siły. I to poczucie przekłada się na inne sfery życia, na nic nie starcza nam energii. Druga sfera dotyczy oceny naszej pracy – zaczynamy mieć obniżone poczucie dokonań osobistych. Uważamy, że coraz gorzej nam idzie, że nie dowozimy, jesteśmy beznadziejni; kiedyś świetnie sobie ze wszystkim radziliśmy, a teraz czujemy, że źle wykonujemy swoją pracę, nie potrafimy się komunikować z ludźmi, mamy wrażenie, że nasza praca nie ma sensu, znaczenia. Trzecia sfera to wrogość i złość: odczuwamy negatywne emocje wobec współpracowników czy klientów; kiedyś ich lubiliśmy, teraz nas irytują, nie widzimy nic dobrego w tych relacjach. Do tego dochodzą reakcje fizyczne i fizjologiczne: boli nas głowa, plecy, cierpimy na bezsenność, zaburzenia odżywiania, nasza kondycja fizyczna pogarsza się, szukamy przyczyny naszego stanu w chorobie. Gdy dotykają nas te trzy grupy objawów, to możemy mówić o wypaleniu zawodowym. Oczywiście nie wszystko zachodzi naraz, mamy różne stadia wypalenia.
Jakie?
Pierwsze, najsłabsze i odwracalne, charakteryzujące się zniechęceniem do pracy, poczuciem, że mamy dosyć i jedziemy na oparach. Wówczas nawet tygodniowy urlop jest w stanie nas zregenerować. W drugim stadium dochodzą symptomy fizyczne, jak bóle, bezsenność oraz negatywne emocje, irytacja. To stadium także jest odwracalne, ale wymaga już dłuższego urlopu, jak roczny, na który decydują się nauczyciele. Natomiast kolejne stadium pojawia się wtedy, kiedy mamy kumulację tych wszystkich symptomów, sypie nam się zdrowie i czujemy się wypompowani, nic nas nie regeneruje i wydaje się, że nie będziemy w stanie kontynuować pracy w tym samym miejscu – wtedy potrzebujemy już profesjonalnej pomocy.
Mam wrażenie, że wtedy potrzebujemy już reanimacji.
Bo to jest trochę jak z uprawą ziemi: gdy zbyt długo obsadzamy ją tym samym, przestaje na te obsiewy reagować, przestaje rodzić. Dlatego potrzebny jest płodozmian. I podobnie z nami. Jeśli będziemy wyjałowieni energetycznie, to nic w nas nie urośnie, więc trzeba czasem coś zmienić.
Teraz pomówmy o przyczynach, choć sama kilka potrafię wskazać, jak praca od rana do nocy, monotonia i brak odpoczynku.
Główna przyczyna to przede wszystkim brak równowagi między nakładami energetycznymi, intelektualnymi, zdrowotnymi i fizycznymi, jakie wkładamy w życie zawodowe, a możliwościami czasowymi i logistycznymi, żeby po pracy się zregenerować. Przed wynalezieniem pieniądza ludzie pracowali, żeby żyć. A teraz żyjemy, żeby pracować, co sprawia, że tracimy poczucie sensu. A jednocześnie chcemy mieć coraz więcej pieniędzy. I w pewnym momencie okazuje się, że nasze ciało tego nie wytrzymuje.
Jedną z przyczyn wypalenia jest też brak zrównoważonego rozwoju mnie jako człowieka, w którym powinno być miejsce z jednej strony na pokonywanie kolejnych szczebli w rozwoju edukacyjnym i zawodowym, a z drugiej na „bycie”, przeżywanie swojego życia, cieszenie się relacjami, jakie tworzymy z innymi. I to wystarczy, to jest powód wypalenia oraz powód tego, że ludzie odchodzą z pracy – nie tyle odchodzą, by zmienić pracę, wśród moich klientów niektórzy po prostu rezygnują, nie wiedząc, co będzie, wolą odejść, a potem się zastanowić.
Na zachodzie nazwano to wielką rezygnacją.
Jesteśmy w fazie postproduktywności, kapitalizm nas wykończył. Sama jestem psychologiem motywacji i chwalę produktywność, ale w którymś momencie okazuje się, że gdy nie ma równowagi między wytwarzaniem a tym, co poza pracą, takie życie przestaje nas cieszyć, tracimy radość istnienia. Wielka rezygnacja to efekt kilku czynników, choćby praktycznego, że na początku pandemii część osób musiała zrezygnować z pracy zawodowej, w tym wiele kobiet, bo ktoś musiał zająć się dziećmi.
Ale wielka rezygnacja to przede wszystkim brak wspomnianego już zrównoważonego rozwoju. Stawiamy wyłącznie na produktywność, wydajność, a gdy chcemy odpocząć czy się zregenerować, odreagować, wybieramy ślepe uliczki: objadamy się, pijemy alkohol, odrealniamy się.
Co to znaczy, że się odrealniamy?
Jesteśmy tak zmęczeni pracą, że przez cały tydzień marzymy o weekendzie, żeby wszystko rzucić i się na chwilę od tego oderwać. A odrealniają nas środki psychoaktywne, jak alkohol. Nie dziwię się, że część ludzi w nie ucieka, bo mają tak dosyć swojej pracy i życia przez pięć dni w tygodniu, że perspektywa aktywnego wypoczynku w weekend staje się odrzucająca. Oczywiście to się źle kończy, bo w poniedziałek okazuje się, że mamy jeszcze mniej energii, człowiek wraca zmęczony do pracy i jest jeszcze gorzej. Nikt nas nie uczy, jak się regenerować, jak dbać o swoje zasoby energetyczne. Nie myślimy o tym, że nasza energia życiowa jest wyczerpywalna, i gdy wyciśniemy z siebie wszystkie soki, to być może nie będzie jak ich uzupełnić. Natomiast w swojej pracy psychologa zachęcam jednak ludzi do tego, aby inaczej ładowali akumulatory, nie przez ucieczkę i odrealnienie.
Mam takie poczucie, a może to doświadczenie mojego pokolenia, że to prawdziwy komfort: móc po prostu rzucić pracę. Zawsze towarzyszy temu obawa, że drugiej szybko nie znajdę.
Przychodzi taki moment, gdy mamy poczucie, że to jest nasze być albo nie być – jeśli nie rzucę tej pracy, zrobię sobie krzywdę. Widać to zwłaszcza w młodszym pokoleniu, które wchodzi na rynek, ale stawia granice. Młodzi mówią: chcemy pracować, ale nie za wszelką cenę. Ja, podobnie jak pani, jestem z pokolenia, które żyje w przekonaniu, że muszę wziąć każdą pracę, bo to brak szacunku dla pieniądza, ale dzisiejsi dwudziestolatkowie, którzy wychowali się w trochę lepszych czasach, zabezpieczeni przez rodziców, nie mają takiego ciśnienia. I tu pojawia się pytanie, czy swoją postawą sprawią, że wypracujemy zdrowy model pracy.
A kiedy model pracy stał się niezdrowy?
Zauważmy, że w Polsce dopiero po 1989 roku zaczęliśmy tak bardzo cenić produktywność – rozumianą oczywiście inaczej niż bycie przodownikiem pracy (co najczęściej było zresztą wykreowaną fikcją). Wcześniej nie znaliśmy wyścigu szczurów. A po zmianie ustroju i otwarciu rynków zachłysnęliśmy się pomysłem, że im więcej pracujesz, tym więcej zarobisz, bo to bardzo kuszące i wciągające. Przed 1989 rokiem nie znaliśmy w Polsce zjawiska wypalenia zawodowego! Ludzie nie umawiali się w kalendarzach Google’a na spotkanie w sobotę za trzy miesiące, które potem odwoływali w ostatniej chwili. Wolna gospodarka wymaga ogromnych nakładów, sprawia, że odpadamy w tym wyścigu, nie mamy siły. Dla jasności – uważam, że zmiana systemu była zmianą na plus i cieszę się, że żyjemy w warunkach wyboru. Jednak w wyborze – co psychologowie wiedzą nie od dziś – można się pogubić.
Tymczasem pandemia dała nam czas na to, żeby zastanowić się nad tym, jaki model pracy nam odpowiada, taki, w którym będzie przestrzeń na produktywność i osiągnięcia, ale także na pieczenie ciastek, pasje, spacery z psem, przeżywanie swojego życia, które polega nie tylko na produkowaniu dochodu, lecz również na byciu. Pytanie, czy nadążą za tym pracodawcy, bo w większości miejsc pracy wciąż pokutuje model feudalny.
Co to znaczy?
Pracodawcy się wydaje, że zwiększy efektywność pracownika, gdy da mu jeszcze więcej obowiązków i każe pracować dłużej lub ewentualnie zmotywuje go podwyżką. A to jest pułapka, w jaką wpadają niektóre polskie firmy, i w efekcie tracą pracowników. Nie tędy droga. Efektywność zwiększy skrócenie tygodnia pracy, bo ludzie mają więcej czasu na regenerację i na życie. Czas wolny staje się dla nas bardzo ważny.
Z pracy rezygnują lekarze, nauczyciele, informatycy. Co to oznacza dla pracodawców?
Z moich doświadczeń z pracy z biznesem wynika, że wiele firm zdecyduje się co najmniej na model hybrydowy. A niektóre dadzą dowolność decydowania pracownikom. Wielu z nich – mam na myśli głównie pracowników korporacyjnych z branży technologicznej i kreatywnej – świetnie odnalazło się w pracy zdalnej i nie chcą wracać do biura. Ale nie tylko oni widzą okazję do zmiany, także pracownicy mniej wykwalifikowani. Ludzie odchodzą, bo widzą, że inni robią podobnie i jest praca na rynku. A to oznacza, że jest okazja, żeby wywalczyć lepsze, godniejsze warunki pracy i życia.
Pracodawcy muszą pogodzić się z utratą kontroli?
Kontroli i starych przyzwyczajeń. Bo to czas na zmianę kultury pracy. Ze strony menedżerów wyższego szczebla oznacza to koniec z pilnowaniem pracowników w biurze, z chodzeniem w stylowych outfitach, pokazywaniem się publiczności, czyli z całym tym pracowym teatrem, gdzie można się ubrać, pokazać, pozarządzać, a pani Zosia zrobi kawę. Nie ma już sceny i możliwe, że ta już nie wróci. Tymczasem pracownicy odkryli, że mają fajne rodziny, że pandemia dała im czas na hobby, że wolą być więcej w domu i nie chcą powrotu do odbijania karty, manipulacji emocjonalnej i wyciskania cytryny. Przed nami szansa na zmianę kultury organizacji.
To zmotywuje pracowników?
Z publikacji, które czytam wynika, że podwyżka nic nie da. Na chwilę wpływa na zadowolenie, ale nie na motywację. Pracodawcy nie zatrzymają pracowników kursem mindfullnessu, ale mogą ich zatrzymać dodatkowym dniem wolnym, zmianą relacji i zmianą kultury organizacji. Te firmy, które postawiły na szacunek wobec pracowników, relację partnerską, elastyczność, choćby w stosunku do modelu pracy, na współuczestnictwo pracowników w kształtowaniu wartości i kultury pracowniczej, mają szansę zjednać sobie pracowników. Jedyne, co nas może uratować przy obecnym poziomie odchodzenia z pracy, zmęczenia i wypalenia, to zrównoważony rozwój osobisty, zawodowy.
Rozumiem, że my to widzimy, ale czy nasi pracodawcy są w stanie zaspokoić tę potrzebę?
Widzę, że firmy stają się coraz bardziej elastyczne wobec pracowników, stawiają też na rozwój projektów i programów ukierunkowanych na edukację pracowników w sferze zdrowia psychicznego.
Ale nie ma pani na myśli kursów mindfullnessu?
Nie mam nic przeciwko kursom uważności, sama bardzo ją polecam jako technikę podnoszenia dobrostanu, a w pewnym zakresie – dbania o siebie. Jednak samo stanie się uważnym nie sprawi, że szybciutko poradzimy sobie z wypaleniem zawodowym. Jeśli jest to jeden z elementów różnorodnego programu wspierania pracownika, to świetnie, ale często to jedyna forma, uzupełniona ewentualnie masażem raz w miesiącu. Wówczas wygląda to trochę jak w krzywym zwierciadle. Natomiast obserwuję, że coraz częściej pracodawcy sięgają dużo głębiej, szerzej, decydują się na przykład na projekty bezpłatnych konsultacji psychologicznych dla pracowników czy webinaria poświęcone zrównoważonemu rozwojowi osobistemu, temu, jak się zregenerować, jak lepiej organizować czas na pracę. Prawda jest też taka, że jednym z elementów wypalenia bywa to, że nie mamy dyscypliny związanej z pracą.
Nie potrafimy się koncentrować w pracy?
I bardzo się rozpraszamy. To był zresztą jeden z problemów, jakie dostrzegliśmy w pierwszej fazie pandemii. Trudno było nam oddzielić sferę domową od pracowej, odnaleźć się w domowym rozgardiaszu. Nie umieliśmy określić sobie jasnych reguł, typu: gdy pracuję, nie korzystam z mediów społecznościowych; po wykonanym zadaniu odpoczywam, a potem znowu wracam do pracy i tak dalej, nie pozwalam sobie na rozpraszacze. A czas jest ważny, nie da się go rozciągnąć i często to wypalenie bierze się też z tego, że pod koniec dnia nagle brakuje nam cennych godzin na regenerację. Dlatego do programów, o których wspomniałam, włącza się naukę automotywowania, efektywnego zarządzania czasem, kwestie dobrostanu, depresji, a także rezyliencji, czyli budowania odporności psychicznej. I okazuje się, że ludzie chętnie z tego korzystają, powoli zmieniamy swoje nawyki, lepiej zarządzamy czasem i wystarcza nam go na bycie, przeżywanie swojego życia.
A czy problemy z koncentracją, rozpraszanie się to też nie są sygnały, że jesteśmy przemęczeni i stąd nieefektywni?
Oczywiście, to działa w obie strony, to takie błędne koło. Proszę jednak zwrócić uwagę, że gdy wracamy z urlopu, wakacji i siadamy do pracy czy nauki, często nie potrafimy się skupić na działaniu, bo wypadliśmy z pewnego rytmu. Nie oznacza to bynajmniej, że powinniśmy zrezygnować z urlopu, raczej, że można być wypoczętym i nieskoncentrowanym. Czynników wpływających na naszą efektywność jest bardzo wiele. Czasem brak skupienia i efektywności wynika ze zmęczenia czy wypalenia, a niekiedy ze znudzenia czy nieumiejętności zarządzania własnymi zasobami.
Jak się przed tym bronić, jak przeciwdziałać wypaleniu, zanim nas dopadnie?
Żyć bardziej świadomie, wyznaczać sobie jasne cele zawodowe i osobiste. Dbać o partnerskie i życzliwe relacje w pracy, ale jednocześnie uczyć się stawiania granic. Budować poczucie sprawczości, bycia podmiotem, a nie pionkiem w danej sytuacji. Często jest tak – szczególnie w Polsce – co jest wynikiem tego, o czym wcześniej wspominałam – że relatywnie od niedawna żyjemy w gospodarce kapitalistycznej – bierzemy na siebie za dużo, bo chcemy się wykazać, zaimponować szefostwu, pokazać – że damy radę. Nasi szefowie bywają zaś manipulacyjni – czasem nieświadomie – i stwarzają warunki, w których zakleszczamy się emocjonalnie w harówce, czujemy, że musimy dawać z siebie dwieście procent. Myślę też, że często słyszymy o czarno-białych rozwiązaniach. Że albo musisz być doskonały, albo jesteś obibokiem. Tymczasem naprawdę jest sporo przestrzeni pomiędzy. Nie chodzi o to, żeby rzucić wszystko i wypasać kozy w Bieszczadach. Można chcieć się rozwijać, pracować, awansować, a jednocześnie mieć życie poza pracą i spełniać się w innych rolach.
Od czego zacząć, gdy czujemy, że nie mamy już siły, jak sobie pomóc?
To indywidualna sprawa, bo każdy doświadcza tego typu sytuacji inaczej, ale na początek, gdy mamy poczucie wypalenia, weźmy dłuższy urlop, jeśli jest taka możliwość. Taki czas dla siebie, z dala od pracy, da nam przestrzeń, by przemyśleć nasze potrzeby i najbardziej palące sprawy. Gdy dajemy sobie czas na reset, odzyskujemy kontakt ze sobą i łapiemy dystans, dzięki czemu na wiele rzeczy patrzymy inaczej, łatwiej też znajdujemy inne, nowe rozwiązania.
Czasem współtowarzyszem wypalenia jest depresja i wówczas warto udać się do psychologa, psychiatry, poszukać wsparcia medycznego. Pamiętam przypadek takiej osoby, która zdecydowała się na wizytę u psychiatry, wzięła urlop, zaczęła brać leki antydepresyjne, odeszła z pracy i po miesiącu miała siłę znaleźć nową. Teraz bardzo dobrze funkcjonuje.
Skoro wspomniałam o psychologu, to na pewno warto się poradzić specjalisty, który jest w stanie ocenić naszą sytuację obiektywnie i wskazać nam możliwości wyboru. Jakkolwiek słowo „coach” nie ma dziś dobrej prasy, a według niektórych powinno zostać zdelegalizowane (śmiech), to znam kilku sensownych coachów kariery, których wiedza i doświadczenie mogą okazać się pomocne. Poszukajmy specjalistów od doradztwa zawodowego, którzy podpowiedzą nam rozwiązania, zainspirują nas do – być może – zupełnie nowych działań.
Kolejny krok – zastanówmy się, co lubimy robić, jaką mamy pasję, jak lubimy spędzać czas wolny. Bo na takim hobby czy pomyśle także możemy budować umiejętności. Może okaże się, że na tej wyjałowionej ziemi, na której wydawało nam się, że nic nie wyrośnie, zacznie kiełkować coś nowego.
Gdy obserwuję moich klientów, widzę, że ludzie naprawdę lubią pracować, wielu z nich daje ona poczucie sensu, więc gdy decydują się na zwolnienie lekarskie, to znaczy, że nic innego ich już nie ratuje. Wypalenie jest równie groźne jak covid. A zdrowie psychiczne jest tak samo ważne jak fizyczne.
* dr Ewa Jarczewska-Gerc – adiunktka w Katedrze Psychologii Różnic Indywidualnych na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Humanistycznospołecznego SWPS. Psycholożka społeczna, trenerka biznesu. Zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi. Interesuje się związkami między różnymi formami myślenia i wyobrażania sobie a efektywnością i wytrwałością w działaniu, a także stresem i jego korelatami. W lipcu 2019 roku była prelegentką na Premierze Pisma poświęconej empatii. Zapisu debaty w formie podcastu można posłuchać TUTAJ.