Opowiadanie

Dzień drugiej ucieczki

  • autor
  • Julia Fiedorczuk

Bywają dni od samego świtu skazane na porażkę, pokraczne, zamazane, zmęczone, nigdy nieosiągające kompletnej, dojrzałej formy – jak uszkodzone płody żyjące tylko po to, żeby sczeznąć, zanim się urodzą. Jest to kwestia pewnego rodzaju pogody, jednak nie tej powierzchownej, przejawiającej się za pośrednictwem słońca, deszczu i wiatru, tylko głębszej, można powiedzieć: kosmicznej. Stare babki znały się na takiej pogodzie, dlatego kiedy nadchodził jeden z tych niewydarzonych dni, Ziemakowa od razu wiedziała, że nie ma sensu walczyć, uszkodzony czas i tak musiał wrócić do Wielkiego Młynka na ponowny przemiał i żadne starania nic by tu nie dały. Ludzkie przedsięwzięcia nie miały najmniejszych szans powodzenia w takim trefnym dniu, był to czas zgniłych jajek, zakalca i plączącej się włóczki. Najlepiej było wtedy powstrzymać się od wszelkich działań, nie przydawać cherlawemu światu ciężaru ludzkich spraw, nie dokładać Wielkiemu Młynkowi twardych orzechów do zmielenia. Dawniej Ziemakowa przeważnie spędzała takie dni na czytaniu gazet. Nie gotowała, nie cerowała, nie wychodziła do ogródka, do ludzi ani do zwierząt, tylko siadała przy nakrytym popękaną ceratą kuchennym stole i czytała wszystkie zgromadzone przez Ziemaka gazety – od deski do deski. Wspomagała w ten sposób działanie Wielkiego Młynka, wychodząc z założenia, że jeśli coś naprawdę musi się wydarzyć, to lepiej temu czemuś pomóc niż przeszkadzać. Gazety były po brzegi wypełnione zdarzeniami i Bardzo Ważnymi Słowami, które jednak po przeczytaniu ulegały rozproszeniu w zwykłym życiu, zatracając znaczną część swojej ważności. W papier (z taką a taką wiadomością) ktoś pakował wędzoną makrelę, historia (taka a taka) zatykała dziury w ażurowym dnie łubianki, opowieść (taka a taka) lądowała w skrzynce przy piecu, aby w swoim czasie posłużyć za podpałkę. Prędzej czy później ogień trawił Bardzo Ważne Słowa, zdarzenia osypywały się do popielnika, te zapisane drobną czcionką i te wytłuszczone. Czytając gazety (od deski do deski), Ziemakowa czuła pokrewieństwo z orzącą glebę dżdżownicą, przerabiającą grudki minerałów, zgniłe liście i zepsute zwierzęta na żyzną próchnicę, z której w żywszym dniu coś wykiełkuje, coś świeżego, a może i jadalnego.

– Jak mam ci to powiedzieć – zastanawiał się Ziemak. – Jak mam ci powiedzieć, żeś umarła?

Akurat trafił się jeden z takich niedorodzonych dni. Ziemakowa od dawna już niczego nie czytała, nie cerowała, nie gotowała i nie wychodziła do ogródka, tylko leżała w szarej pościeli, gapiąc się w prostokąt okna, a Ziemak obok niej. Ich dom – wybudowany przed laty przez młodego Ziemaka dla powracającej uchodźczyni, dla bezdomnej sieroty o twardym spojrzeniu, dla gibkiej, ciemnowłosej, milczącej młódki – ten dom powoli zapadał się w sobie jak stary grzyb. Okna już prawie dotykały ziemi, pająki tkały w kątach siwe pajęczyny, kołatki toczyły sczerniałe belki sufitu, blakły zdjęcia i pruły się wspomnienia. Leżąc w łóżku, Ziemakowie widzieli jeszcze skrawek nieba. Ni takie, ni siakie, ni to rozsłonecznione, ni to zachmurzone, trwało w jakimś swoim letargu, a Ziemakowa wpatrywała się w nie szeroko, bardzo szeroko otwartymi oczami, najwyraźniej nie mając o niczym pojęcia.

– Jak mam ci powiedzieć – martwił się jej mąż, zaglądając w ogromne, nic nierozumiejące oczy. – Jak mam ci to powiedzieć? 

Tak dobrze poznał te jej oczy przez wszystkie wspólnie przeżyte lata, zimy i jesienie, zrozumiał ich rozmaite pogody, odcienie. Tyle razy widział, jak mętniały od gniewu albo jak się w nich pojawiały iskry, albo, w kochaniu, jak ciemniały. Umiał znaleźć smutek – dobrze …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Dzień drugiej ucieczki jest fragmentem powieści pt. Pod słońcem, która ukaże się na jesieni w Wydawnictwie Literackim. 

Czytaj także

FreshMail.pl