Twój dostęp nie jest aktywny. Skorzystaj z oferty i zapewnij sobie dostęp do wszystkich treści.


Czytaj i słuchaj bez ograniczeń. Zaloguj się lub skorzystaj z naszej oferty

Esej

Karabach, wieczna kość niezgody

Wojna o Górski Karabach zakończyła się zwycięstwem Azerbejdżanu i dotkliwą klęską Armenii. Spór o tę maleńką enklawę pozostał jednak nierozstrzygnięty, a kolejna wojna na Kaukazie Południowym jest wyłącznie kwestią czasu.
rysunek ARKADIUSZ HAPKA
POSŁUCHAJ

Bez Nikola! – to hasło od końca lutego wykrzykują demonstranci na ulicach stolicy Armenii, Erywania. Żądają w ten sposób dymisji premiera Nikola Paszyniana, odpowiedzialnego w ich mniemaniu za druzgocącą klęskę w wojnie o Górski Karabach jesienią ubiegłego roku. „To próba zamachu stanu” – odpowiada im premier Paszynian. Oskarża przy tym opozycję, że obciążając go odpowiedzialnością za porażkę w wojnie, w rzeczywistości dąży do przejęcia władzy.

Wstrząsy polityczne w Armenii są konsekwencją zawieszenia broni, na które premier przystał w nocy z 9 na 10 listopada 2020 roku po sześciu tygodniach wojny, w obliczu znacznej przewagi sił azerbejdżańskich. [Nie azerskich, bo to przymiotnik odnoszący się do pojęcia etnicznego – Azerowie. Po powstaniu niepodległego Azerbejdżanu mówimy o jego obywatelach, Azerbejdżanach – przyp. red.]. Paszynian uważa, że nie było wyjścia, z kolei Ormianie twierdzą, że skapitulował przed prezydentem Azerbejdżanu Ilhamem Alijewem. Porażka jest dla nich tym trudniejsza do zaakceptowania, że w poprzedniej wojnie o Górski Karabach, toczonej w latach 1992–1994, stroną zwycięską była Armenia.

Górski Karabach to ormiańska enklawa wewnątrz Azerbejdżanu, niewielkie terytorium o powierzchni województwa świętokrzyskiego. Położony w górach Kaukazu Południowego, przez wieki zamieszkiwany był przez Ormian oraz Azerów. Dla obu ludów jest więc „ich ziemią”: dla pierwszych to starożytna Arcach, dla drugich – Kara-bach. Kara po turecku oznacza „czarny”, natomiast perskie bagh – „ogród”. Ów „czarny ogród” to ciemny las pokrywający ten górski region nawet w jego wyższych partiach. Władzom w Baku, decydującym się pod koniec września ubiegłego roku na atak na ormiańską enklawę i – co się z tym wiązało – wojnę z Armenią, przyświecało kilka celów. W pierwszej kolejności zamierzały odzyskać ziemie „okupowane”, czyli te, które Azerbejdżan utracił na rzecz Armenii w poprzedniej wojnie. Następnie – chciały przejąć kontrolę nad Karabachem, co zresztą od lat obiecywał prezydent Ilham Alijew. Adam Balcer, dyrektor programowy Kolegium Europy Wschodniej imienia Jana Nowaka-Jeziorańskiego, dodaje: – Chciały też odzyskać honor splamiony porażką ze słabszą i trzykrotnie mniejszą Armenią prawie trzydzieści lat temu.

Termin rozpoczęcia wojny – 27 września 2020 roku – wybrano nieprzypadkowo. Po pierwsze, Azerbejdżan, jak reszta świata, borykał się z pandemią. Prezydenta Alijewa osłabiał dodatkowo ostry spór z opozycją, który nasilił się latem. „Piąta kolumna” i „wrogowie narodu”, czyli opozycjoniści, działacze organizacji pozarządowych oraz aktywiści krytyczni wobec rządzącego niepodzielnie od 2003 roku Alijewa, byli uciszani, aresztowani i skazywani na podstawie sfabrykowanych oskarżeń. Giorgi Gogia z Human Rights Watch mówi wprost o „kolejnej fali represji politycznych wobec opozycji w kraju”. Dlatego gdy w lipcu doszło do wymiany ognia na pograniczu karabasko-azerbejdżańskim, a przez Baku przeszła potężna demonstracja pod hasłami odwetowymi, sygnał dla władz był jasny: narasta frustracja. Obawy prezydenta Alijewa przed „kolorową rewolucją” jeszcze się wzmogły, gdy na początku sierpnia na Białorusi wybuchły masowe protesty wywołane sfałszowaniem przez reżim Aleksandra Łukaszenki wyniku wyborów prezydenckich. (Gdy udało się je stłumić, Alijew był jednym z pierwszych, którzy winszowali prezydentowi Białorusi „przywrócenia porządku w kraju”).

Po drugie, Azerbejdżan cieszył się wsparciem sojuszniczej Turcji, której prezydent Recep Erdoğan również był zainteresowany szybkim i spektakularnym sukcesem, dzięki czemu mógłby ukryć trudności gospodarcze swojego kraju.

Po trzecie, państwa, które mogłyby przeszkodzić operacji – Rosja i Stany Zjednoczone – były zajęte wewnętrznymi sprawami. Administracja Donalda Trumpa koncentrowała się na zaplanowanych na listopad wyborach prezydenckich. Kreml zaś, uwikłany w gaszenie od początku sierpnia kryzysu na Białorusi, borykał się ze skandalem na skalę międzynarodową wywołanym próbą otrucia lidera opozycji Aleksieja Nawalnego.

Dostęp online

Zapewnij sobie dostęp online do wszystkich tekstów, nagrań audio i wersji na czytniki.

Skorzystaj z oferty

Działania wojenne trwały czterdzieści cztery dni i w większości mały jednostronny charakter. W zderzeniu z potęgą militarną Azerbejdżanu, wspieranego przez Turcję dronami oraz 1800 najemnikami zwerbowanymi na Bliskim Wschodzie (do których Ankara oficjalnie się nie przyznawała), Ormianie byli bez szans. Siłom azerbejdżańskim udało się zrealizować pierwszy cel, czyli odzyskać pas buforowy okalający enklawę karabaską, oraz trzeci, zmyć hańbę wcześniejszej porażki. Prezydent Alijew pochwalił się w telewizyjnym orędziu do narodu: „Paszynian nie podpisał porozumienia dobrowolnie” i, zamaszyście gestykulując, dodał: „Uczynił to dzięki tej żelaznej pięści!”. Zwycięstwo w wojnie uczyniło z niego bohatera narodowego i skutecznie zamknęło usta opozycji.

Sukces był ogromny, choć niekompletny. Gdy Azerbejdżan odzyskał już ziemie wokół Karabachu, ale jeszcze nie samą enklawę, Rosja wykorzystała bierną postawę Zachodu i wkroczyła do gry. Zawieszenie broni wynegocjowane przez szefa rosyjskiej dyplomacji Siergieja Ławrowa wstrzymało działania wojenne. Kremlowi udało się wprowadzić do tekstu porozumienia zapis o rozmieszczeniu na spornym terytorium przez następne pięć lat dwóch tysięcy rosyjskich mirotworców, czyli sił pokojowych. Mają oni kontrolować między inymi strategiczny korytarz laczyński, czyli jedyną, sześćdziesięciokilometrową drogę lądową łączącą Stepanakert (stolicę Górskiego Karabachu) z Armenią.

Żaden punkt porozumienia nie nawiązywał jednak do statusu Górskiego Karabachu, a zatem problem jego przynależności nie został rozwiązany.

Trzy pułapki

W grze o Górski Karabach jest wiele pułapek. Pierwszą stanowi jego status. Miejscowi Ormianie uważają go za pełnoprawne państwo, bo pod koniec 1991 roku przeprowadzili tam referendum niepodległościowe, a następnie ogłosili suwerenność Republiki Górskiego Karabachu. Jako spornej w świetle prawa międzynarodowego decyzji tej nie uznał żaden kraj, nawet Armenia. Z kolei Azerbejdżan ma go za zbuntowaną enklawę, która do rozpadu ZSRR była częścią, wprawdzie autonomiczną, Azerbejdżańskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej.

Drugą pułapką jest kwestia racji, czyli tego, kto ma większe prawo do Karabachu. Na tym tle toczą się po obu stronach spory historyków, kulturoznawców, specjalistów prawa międzynarodowego oraz politologów. Brytyjski historyk, badacz dziejów i państwowości Ormian, Christopher J. Walker w swojej książce Armenia and Karabagh: The Struggle for Unity (Armenia i Karabach: walka o jedność) podkreśla, że są oni przekonani o własnej słuszności, jako że sporne terytorium to dla nich starożytna ormiańska Arcach, sięgająca czasów Wielkiej Armenii, czyjej prowincją była od początku II wieku przed naszą erą do końca IV wieku naszej ery. Ponadto Ormianie stanowią tam dominującą narodowość, w czasach ZSRR liczyli 77 procent z dwustutysięcznej populacji Karabachu, a według cenzusu z 2005 roku 95 procent ze stutrzydziestotysięcznej. Z kolei Azerbejdżan odwołuje się do jednej z podstawowych zasad prawa międzynarodowego, a mianowicie integralności terytorialnej państwa. W ten sposób w sporze o niewielkie górskie terytorium ścierają się dwa fundamentalne prawa międzynarodowe: narodu do samostanowienia i państwa do ochrony nienaruszalności własnych granic.

Trzecią pułapką jest polityczna, religijna i etniczna mozaika na Kaukazie. Do przejęcia go w całości przez ZSRR w latach 20. ubiegłego wieku był strefą ścierania się imperialnych interesów carskiej Rosji, potęgi osmańskiej oraz Persji (której kontynuatorem od 1935 roku jest Iran). Armenia to pierwsze chrześcijańskie państwo w historii – w 317 roku król Tiridates III ogłosił chrześcijaństwo religią panującą. Azerbejdżan jest muzułmański, do tego szyicki. Sprawa się komplikuje, gdy dodamy, że szyizm powinien zbliżać go do Iranu, natomiast ten jest postrzegany przez władze w Baku jako wyzwanie dla bezpieczeństwa państwa. Armenia z kolei jest sprzymierzona z Moskwą, a skonfliktowana z Turcją. W kwestii etnicznej pierwszorzędne znaczenie mają natomiast korzenie turkieskie Azerów, czyniąc z nich „bratni naród” Turków. Stąd jedynie potwierdzeniem wyjątkowych więzów były słowa ministra spraw zagranicznych Turcji Mevlüta Çavuşoğlu, które padły podczas kampanii wojennej: „Jesteśmy jednym narodem oraz jednym duchem z naszymi azerskimi braćmi”.

Stare rany

Spór o Górski Karabach jest najdłużej trwającym nierozwiązanym konfliktem na obszarze poradzieckim. Jego aktualna odsłona liczy sobie trzy dekady, jednak pierwszą iskrę rozpalającą trwające po dziś animozje pomiędzy Ormianami a Azerami dały przemiany społeczne, gospodarcze, polityczne i narodowościowe w Cesarstwie Rosyjskim z przełomu XIX i XX wieku, które nie ominęły tak ziem polskich, jak i Zakaukazia. Tłem do narastającego antagonizmu stała się pozycja ekonomiczna Ormian jako klasy dobrze wykształconych, przedsiębiorczych elit Kaukazu Południowego. To oni – obok Rosjan – byli właścicielami funkcjonujących w Baku przedsiębiorstw naftowych. Z kolei Azerowie stanowili najczęściej tanią siłę roboczą, przybywającą do miasta w poszukiwaniu pracy w przemyśle naftowym.

W 1905 roku niechęć Azerów przerodziła się w zbrojne wystąpienie antyormiańskie, które rozlało się na część Zakaukazia. Po dwóch latach konflikt wygasł, lecz przyczynił się do politycznego ożywienia w tej części imperium. Odtąd też obopólny obraz wroga pozostawał dla obu narodów dosyć oczywisty. Kruchą stabilność po wojnie naruszała też liczna imigracja tureckich Ormian, którzy uciekając z Imperium Osmańskiego przed deportacjami, a później, w latach 1915–1917, przed ludobójstwem, poszukiwali schronienia także w rosyjskiej części Kaukazu.

Pierwsze przesilenie polityczne nastąpiło wraz z upadkiem Cesarstwa Rosyjskiego. W 1918 roku proklamowały niepodległość trzy państwa: Azerbejdżan, Armenia i Gruzja, które w latach 1920–1921 kolejno skapitulowały przed bolszewikami i zostały przekształcone w związkowe republiki radzieckie. Władze w Moskwie – czy to „białe”, czy „czerwone” – stosowały wobec narodów te same narzędzia inżynierii społecznej, czyli klasyczne „dziel i rządź”. W przypadku Ormian i Azerów wystarczyło w 1923 roku wydzielić z Armeńskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej Górski Karabach i przyznać mu autonomiczny status w ramach Azerbejdżańskiej SRR, żeby poprzez konflikt etniczny kontrolować południe Kaukazu przez następne kilkadziesiąt lat.

W wyniku pierwszej wojny o Górski Karabach w latach 1992–1994 Azerbejdżan stracił wówczas około 14 procent swojego terytorium

Szansę na usamodzielnienie się narodów ZSRR stworzył dopiero proces pierestrojki i rozpadu radzieckiego imperium. Prawidłowo wagę tych przemian – jako możliwość secesji – odczytali Ormianie zamieszkujący autonomiczny Karabach. W tym gorącym politycznie okresie narastała spirala wrogości i przemocy między Ormianami a Azerami. Dochodziło do licznych incydentów, a nawet do pogromu, jak w lutym 1988 roku w Sumgaicie, gdzie przy bierności służb porządkowych Azerowie przez trzy dni „oczyszczali” miasto z ludności ormiańskiej. Według źródeł azerskich zginęły wówczas trzydzieści dwie osoby. Według ormiańskich – 1800. Był to kluczowy moment dla aspiracji politycznych Ormian, którzy zrozumieli, że jedynym wyjściem jest opuszczenie Azerbejdżańskiej SRR.

Na kroki prawne zdecydowali się w czasie największego zamieszania politycznego, czyli w grudniu 1991 roku, kiedy dokonywał się rozpad państwa radzieckiego. Ludność ormiańska Górskiego Karabachu zorganizowała wówczas – przy bojkocie ze strony azerskiej części mieszkańców – referendum niepodległościowe. Decyzję ogłosili na początku 1992 roku, a więc już w nowym, poradzieckim świecie. Nie byli zresztą jedyni. Rozpad ZSRR do proklamowania suwerenności wykorzystali także Czeczeni, co w ich przypadku skończyło się dwiema wojnami z Rosją i ostatecznym podporządkowaniem Moskwie. Podobnie, choć bardziej brutalnie przebiegał równolegle proces rozpadu Jugosławii, gdzie kolejne republiki ogłaszały secesję wobec dominującej tam Serbii, a w 2008 roku z samej Serbii wydzieliło się albańskie Kosowo. Do dziś zostało ono uznane przez 98 ze 193 państw członkowskich Organizacji Narodów Zjednoczonych, bo otrzymało wsparcie między innymi Stanów Zjednoczonych oraz Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości, który uznał, że kosowska deklaracja niepodległości nie narusza prawa międzynarodowego.

Ani Czeczenia, ani Górski Karabach nie mogły na to liczyć. Społeczność międzynarodowa uznała państwowość republik, które powstały w wyniku rozpadu Związku Radzieckiego i Jugosławii. Odrzucono jednak referenda mniejszych podmiotów, a więc Górskiego Karabachu czy Czeczenii. Z tego powodu także Armenia nie zdecydowała się uznać samozwańczej, choć bratniej republiki. Jako państwo małe i młode nie mogła sobie pozwolić na kłopoty – sankcje czy izolację z powodu naruszania prawa międzynarodowego. Pozostało jej utrzymywać faktyczne więzi z enklawą oraz wspierać w każdy możliwy sposób Republikę Górskiego Karabachu.

W wyniku ogłoszenia w 1992 roku przez Górski Karabach suwerenności wybuchł trwający dwa lata konflikt zbrojny. Na początku niewiele wskazywało na wygraną Armenii. Kluczem okazali się świetnie zorganizowani i zmotywowani do obrony Karabachu ormiańscy partyzanci. To ich siły obroniły górską enklawę. Azerbejdżan stracił wówczas około 14 procent swojego terytorium: pas ziem wokół Górskiego Karabachu. Szalę zwycięstwa przeważył w maju 1992 roku szturm na Szuszi (Şuşy dla Azerów), główne azerskie (etnicznie) miasto w Karabachu i jednocześnie klucz do kontroli korytarza laczyńskiego, drogi łączącej Górski Karabach z Armenią właściwą. Około 600–800 tysięcy azerskich uchodźców opuściło wówczas enklawę i otaczające ją terytorium.

Poczucie krzywdy spowodowanej utratą w wojnie z lat 1992–1994 jednej siódmej terytorium, silna presja na rewanż, zmycie plamy na honorze i odzyskanie zagarniętych ziem stały się w Azerbejdżanie siłą napędową. Jednocześnie porażka wywołała wstrząs polityczny, na szczytach władzy w Baku poleciały głowy. Jeszcze w trakcie wojny musiał ustąpić pierwszy prezydent republiki, Ajaz Mutalibow. Do władzy doszedł Abulfaz Elczibej, co z kolei niezwykle zaniepokoiło Moskwę. Eliczbej planował bowiem transformację demokratyczną republiki, związanie Azerbejdżanu z Zachodem, a także stworzenie silnej armii do obrony przed Armenią. Nie zdążył, ponieważ latem 1993 roku został obalony przez bunt wojskowych. Zastąpił go były komunistyczny działacz Hajdar Alijew, ojciec obecnego prezydenta. Dokonał zmiany kursu politycznego Baku, normalizując relacje z Moskwą. Z drugiej strony, ponieważ dyktatorzy z reguły zabezpieczają swoje tyły, jednocześnie rozwijał kontakty handlowe z Zachodem, zainteresowanym inwestycjami w wydobycie ropy naftowej na Morzu Kaspijskim.

Zakończenie wojny w 1994 roku nie oznaczało rozwiązania konfliktu. Armenia i Azerbejdżan nie nawiązały stosunków dyplomatycznych, a relacje między nimi przypominały zimną wojnę z cyklicznymi epizodami zbrojnymi. Pomimo trwającego procesu pokojowego w ramach Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE) nie udało się wypracować trwałego pokoju między nimi. Regularnie dochodziło przy tym do incydentów na pograniczu karabasko-azerbejdżańskim. Najpoważniejsza eskalacja militarna – poprzedzająca erupcję w 2020 roku – nastąpiła wiosną 2016 roku. Każda ze stron oskarżała drugą o rozpoczęcie ostrzału, jednak dziś wiadomo, że zainicjowały go wojska azerbejdżańskie. Cztery dni walk doprowadziły do nieznacznej korekty linii frontu na korzyść Azerbejdżanu. Interweniujący wówczas szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow uzyskał zapewnienie obu państw o wznowieniu rozmów pokojowych, co oczywiście pozostało wyłącznie na papierze. Eskalacja uświadomiła jednak władzom w Baku, że wystarczy kontynuować zbrojenia, by odzyskać Karabach. W tym celu Azerbejdżan zmodernizował armię, doposażył ją i wyszkolił dzięki dochodom z wydobycia i sprzedaży ropy naftowej. W kolejce ustawiali się zresztą najwięksi producenci uzbrojenia na świecie, między innymi Rosja, Turcja i Izrael.

Znacznie uboższa Armenia nie miała takich możliwości finansowych. Otoczona wrogimi sąsiadami (Azerbejdżan, Turcja), a więc z zamkniętymi granicami na osi wschód–zachód, była skazana na współpracę z Rosją. W zamian za ochronę zezwoliła na zainstalowanie na swoim terenie rosyjskich baz. Wcześniej też, bo w 1992 roku, licząc na wsparcie Moskwy w wojnie z Azerbejdżanem, przystąpiła do traktatu taszken­ckiego, który reguluje współdziałanie członków Wspólnoty Niepodległych Państw w zakresie obronności.

Kto trzyma rękę na pulsie

Bronią Armenii jest jej diaspora – wyjątkowo mobilna, zorganizowana, z silnym poczuciem tożsamości. Prężnie działa na rzecz utrzymywania odrębności kulturowej w państwach, które zamieszkuje, oraz politycznie wspiera Armenię. Populacja ormiańska szacowana jest na 8–11 milionów, przy czym zdecydowana większość żyje poza ojczyną, liczącą zaledwie 3 miliony mieszkańców. (Z tego powodu Ormianie często są porównywani do Żydów, którzy przez wieki byli zmuszeni żyć w diasporze i w której pozostają, mimo że od 1948 roku istnieje państwo Izrael).

Ormianie są rozproszeni w siedemdziesięciu pięciu państwach na wszystkich kontynentach. Najwięcej żyje ich dziś w Rosji (szacunkowo nawet 2,2–2,5 miliona), Francji (około 600 tysięcy) oraz Gruzji (200–400 tysięcy). W Stanach Zjednoczonych, gdzie populację ormiańską szacuje się na 0,5–1,5 miliona, mieszka także najbardziej znana Ormianka na świecie, Kim Kardashian. Podczas zeszłorocznego konfliktu celebrytka wsparła organizację humanitarną Armenia Fund kwotą miliona dolarów. Na Bliskim Wschodzie pozostali tak zwani ocaleńcy po ludobójstwie z lat 1915–1917. Ich potomkowie zamieszkują dziś Liban (140 tysięcy), a do wojny domowej w 2011 roku zasiedlali także Syrię (150 tysięcy).

Za sprawą starań lobby ormiańskiego amerykański Kongres przyjął w 1992 roku 907 poprawkę do ustawy wspierania wolności, która zakazywała dozbrajania Azerbejdżanu. Z opinią diaspory liczy się również każda władza we Francji, zabiegając o jej wsparcie w wyborach. W 2001 roku Paryż uznał ludobójstwo Ormian, a w 2016 roku spenalizował negacjonizm tego mordu. W ten sposób Francuzi pieką dwie pieczenie na jednym ogniu: utrzymują poparcie tej liczącej się politycznie mniejszości, a z drugiej strony wykorzystują kartę ormiańską w kolejnych targach politycznych z Turcją. Nic bowiem bardziej nie powoduje wzburzenia prezydenta Recepa Erdoğana oraz jego rodaków, jak przypominanie o rzezi 1,5 miliona Ormian oraz piętnowanie Turcji mianem państwa odpowiedzialnego za drugą największą po Holokauście zbrodnię przeciw ludzkości.

Gdy jesienią 2020 roku trwała wojna o Górski Karabach, prezydent Emmanuel Macron nie mógł zmarnować szansy, by okazać chociażby werbalne wsparcie Ormianom. Potępił więc Azerbejdżan za agresję, a Turcję za współudział. Oskarżył przy tym Ankarę o przerzut w strefę konfliktu najemników z Syrii i Libii. Miał szansę uczynić więcej, bo Francja – wraz z Rosją oraz Stanami Zjednoczonymi – jest współprzewodniczącą Grupy Mińskiej OBWE powołanej do wypracowania pokoju jeszcze po wojnie z lat 1992–1994. Francuscy politycy ożywili się jednak dopiero po przyjęciu kapitulacji przez Armenię. Pod koniec listopada senat przyjął uchwałę wzywającą rząd do uznania niepodległości Górskiego Karabachu, co następnego dnia sprostowało francuskie ministerstwo spraw zagranicznych, oświadczywszy: „Francja nie uznaje Górskiego Karabachu za podmiot prawa międzynarodowego”. Prezydent Macron obiecał natychmiast społeczności ormiańskiej w swoim kraju pomoc humanitarną dla Armenii oraz wezwał do objęcia nadzorem międzynarodowym realizacji porozumienia kończącego wojnę w Górskim Karabachu. Wsparcie francuskie pozostało więc wyłącznie werbalne.

Dla izraelskich służb wywiadowczych Azerbejdżan jest uchem i okiem, a jak trzeba, to i furtką do Iranu.

Rękę na pulsie muszą trzymać przede wszystkim trzy państwa najbardziej zainteresowane sytuacją na swoim wspólnym pograniczu, czyli Rosja, Iran oraz Turcja. Dla Moskwy cały Kaukaz to niegdyś wewnętrzne terytorium, na którym za wszelką cenę chce utrzymać swoje wpływy i wyeliminować państwa trzecie. Dla Iranu to północne okno na świat. Tym ważniejsze, że jest otoczony państwami wrogimi (Arabia Saudyjska) albo na granicy wojny domowej (Irak od zachodu, a Afganistan od wschodu). Dla Turcji natomiast to przedłużenie świata turkieskiego, który ciągnie się aż do Azji Centralnej (poza Tadżykami, którzy są spokrewnieni z Persami). Czwartym, „cichym” i leżącym dalej graczem jest tu Izrael, kierujący się głównie chęcią neutralizacji zagrożenia ze strony Iranu. Powiązania między nimi wcale nie są oczywiste.

Po pierwsze, Rosja oficjalnie wspiera sojuszniczą Armenię. Sprzedaje jej broń z dużym upustem, bo Erywania nie stać na większe zakupy, lecz wymarzonym klientem Moskwy jest Baku, które zamawia dużo i płaci twardą, zieloną walutą. W ten sposób Rosja stała się wiodącym dostawcą broni dla wroga swojego sojusznika. W praktyce gra więc na dwie strony.

Po drugie, Iran jest naturalnie zainteresowany pogłębianiem swoich wpływów u mniejszego sąsiada na północy, bo Azerowie stanowią jego największą nieperską mniejszość. Według różnych szacunków jest ich 15–20 milionów w osiemdziesięciotrzymilionowym kraju. Zainteresowanie Teheranu to z kolei powód do niepokoju w Baku. Zwłaszcza że nieraz służby azerbejdżańskie tłumiły radykalizację religijną własnych obywateli, o inspirację których podejrzewały swojego południowego sąsiada. Poza tym Azerbejdżan, współpracując nie z Iranem, lecz z Turcją, doprowadził do tego, że Teheran okazuje dużą przychylność Erywaniowi.

Po trzecie, niepokój Baku związany z polityką Iranu podziela od lat Izrael. Dla jego służb wywiadowczych, Mosadu, Azerbejdżan jest „uchem i okiem, a jak trzeba, to i furtką” do Iranu, jak w wywiadzie dla „Timesa” w lutym 2012 roku skomentował czynny oficer izraelskiego wywiadu o kryptonimie Shimon. Agenci izraelscy niejednokrotnie przenikali do Iranu przez azerbejdżańską granicę, by przeprowadzić zamachy na instalacje programu jądrowego w kraju lub na zaangażowanych w niego naukowców. Ostatnią ofiarą tej cichej wojny był szef irańskiego programu jądrowego, generał Mohsen Fakrizadeh, który zginął w zamachu w Teheranie 27 listopada ubiegłego roku. W zamian Baku otrzymało dostęp do nowoczesnej broni produkowanej przez Izrael, co zresztą było widoczne w ostatniej wojnie, w której armia azerbejdżańska zdobyła przewagę między innymi za sprawą zaawansowanych technologicznie nie tylko tureckich, ale też izraelskich dronów.

Związki azerbejdżańsko-izraelskie są jednak znacznie głębsze i starsze. Wprawdzie dziś diaspora żydowska w Azerbejdżanie liczy niecałe 9 tysięcy osób, ale w czasach ZSRR sięgała 30 tysięcy. Co więcej, Baku już w XIX wieku stało się centrum aktywności syjonistycznej, a w 1891 roku powstała tam pierwsza filia tej organizacji. Wspierała ją słynna żydowska rodzina Rothschildów, do której pod koniec XIX stulecia należała jedna z pierwszych kampanii naftowych w Baku. W efekcie Azerbejdżan nigdy nie przyłączył się do antysemickich kampanii państw muzułmańskich przeciwko Izraelowi. Natomiast Izrael dba o dobre relacje z Azerbejdżanem nie tylko z uwagi na Iran, ale też ze względu na fakt, że od 2015 roku Rosja czynnie zaangażowała się w wojnę w Syrii, a więc zyskała wpływ na bezpośrednie sąsiedztwo Izraela. Zachodzi sprzężenie zwrotne, ponieważ Rosjanie z kolei muszą trzymać rękę na pulsie w sprawach bliskowschodnich.

Kremlowscy stratedzy muszą się teraz głowić, jak odzyskać kontrolę nad Kaukazem Południowym, miękkim podbrzuszem Rosji.

Nie bez powodu. Rosję, Bliski Wschód i Azerbejdżan łączy bowiem Czeczenia. To z Półwyspu Arabskiego pochodziło wsparcie finansowe (Arabia Saudyjska) i logistyczne (Jordania) dla bojowników czeczeńskich podczas pierwszej (w latach 1994–1996) oraz drugiej wojny czeczeńskiej (1999–2009). Czeczenów wspierał wyraźnie Azerbejdżan, udzielając schronienia bojownikom. Prezydent Alijew pozwalał na działalność charytatywną, czyli de facto gromadzenie środków operacyjnych na wojnę z Rosją. Dopiero pod presją Kremla, zwłaszcza w trakcie drugiej wojny czeczeńskiej, władze w Baku zamknęły wiele takich organizacji charytatywnych. Chwilowe restrykcje nie naruszyły bynajmniej więzi azerbejdżańsko-czeczeńskich. One same uległy jednak zmianie, ponieważ Rosjanom udało się pokonać opór czeczeński ich własnymi rękoma, gdy obsadzili na fotelu zwierzchnika republiki Ramzana Kadyrowa, ulubieńca Kremla i mediów społecznościowych w Rosji.

Beneficjentką wojny w Górskim Karabachu jest zdecydowanie Turcja. Patronowała zwycięskiemu Azerbejdżanowi i udowodniła, że jest państwem zdolnym kształtować układ sił w rosyjskim sąsiedztwie. Jej aktywność w wojnie karabaskiej bardzo skonfundowała jednak Organizację Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO), ponieważ jako członek sojuszu zaangażowała się w konflikt zbrojny, i to nie pierwszy raz. Rok wcześniej zajęła część syryjskiego Kurdystanu, a w Libii w tym samym czasie aktywnie wspierała jedną ze stron wojny domowej.

Sukces Turcji obnażył słabość Rosji, zepchniętej podczas wojny do roli obserwatora wydarzeń. Dopiero gdy Kreml opanował początkowy paraliż i zorientował się, że Zachód pozostaje pasywny, uruchomił swój największy atut: dyplomację. Minister Siergiej Ławrow wykorzystał odpowiedni moment (zajęcie przez Azerbejdżan kluczowej Szuszi/Şuşy, którą prezydent Alijew nazwał „perłą Azerbejdżanu i całego Kaukazu”), aby przekonać strony do zawieszenia broni. Dla Armenii sprawa była już i tak przegrana. „Ofensywa azerbejdżańska zbliżała się do Stepanakertu i jeśli działania wojenne trwałyby dłużej, to stracilibyśmy cały Arcach w kilka dni kosztem ogromnych strat w ludziach” – tłumaczył na łamach gazety „RBK” prezydent Republiki Górskiego Karabachu Araik Arutjunian. Z kolei Azerbejdżan (oraz Turcja) nie zdecydowały się na dalszą ofensywę, ponieważ ta groziłaby zaangażowaniem ONZ, krytyką, a nawet izolacją władz w Baku. Czym innym jest bowiem odzyskanie ziem prawnie należących do Azerbejdżanu (utracony w 1994 roku pas buforowy wokół Górskiego Karabachu), a czym innym anektowanie autonomicznego terytorium.

Sukces Azerbejdżanu i Turcji imponuje, lecz jest obciążony ryzykiem. Po pierwsze, po opadnięciu pierwszej fali entuzjazmu w Azerbejdżanie może narastać rozczarowanie tym, że zwycięstwo nie było pełne. Z kolei Turcja będzie musiała się zmierzyć z konsekwencjami uderzenia w prestiż Kremla. Udowodniła swoją zdolność do zmiany układu sił na Kaukazie Południowym, sprowadziła Rosję do roli widza spektaklu i wyrwała Azerbejdżan z orbity jej wpływów. Odtąd kremlowscy stratedzy muszą się głowić, jak odzyskać kontrolę nad Kaukazem Południowym, miękkim podbrzuszem Rosji.

Kto zakończy interludium

Przegranym w tym konflikcie jest – obok Armenii – Zachód. Ambiwalentny w trakcie wojny, oddał pełną inicjatywę: militarną Turcji, a dyplomatyczną Rosji. Zaledwie rutynowo potępił działania zbrojne i standardowo wzywał do pokojowego rozwiązania konfliktu. Unia Europejska wstydliwie abdykowała, choć Armenia i Azerbejdżan to państwa uczestniczące w jej Partnerstwie Wschodnim. Z kolei Stany Zjednoczone były zupełnie pochłonięte wewnętrznym sprawami. I nie było takiego problemu na świecie, który byłby w stanie przyciągnąć ich uwagę.

Przegranym jest ewidentnie obarczany odpowiedzialnością za „kapitulację” premier Nikol Paszynian. Jest nią również cała Armenia, która nie dość, że pozostała bez realnego wsparcia ze strony sojusznika podczas konfliktu, to wciąż jest skazana na Rosję. Co gorsza, każda próba otwartego zwrotu na Zachód spowodowałaby siłową reakcję Rosji, co nie byłoby skomplikowane, zwłaszcza że jej wojska już stacjonują w Armenii. Przegrana Erywania oznacza także napływ ormiańskich uchodźców z terenów zajętych przez wojska azerbejdżańskie.

darowizna na rzecz fundacji pismo

Przyszłość Karabachu, Armenii i pokoju na Kaukazie Południowym nie jest pewna. „Pozostają dwuznaczności, potencjalne źródła napięć i destabilizacji” – powiedziała Olesya Vartanyan z The International Crisis Group cytowana przez „The Moscow Times”. Pretekstów do wznowienia walk jest przynajmniej kilka. Pierwszym elementem ryzyka jest głęboki kryzys polityczny w Armenii. Drugim – trwałość porozumienia. Za pięć lat upływa termin stacjonowania w Karabachu rosyjskich sił pokojowych. Erywań lub Baku mogą wówczas zażądać – zgodnie z porozumieniem – wycofania się Rosji z tego terenu. A to byłoby jasnym sygnałem, że któraś ze stron jest zainteresowana zmianą status quo.

Trzecim, najistotniejszym elementem jest głęboko zakorzeniony brak zaufania między stronami, dziś dodatkowo wzmocniony poczuciem klęski w Armenii, a także nastrojami nacjonalistycznymi w obu krajach. Ormianie już zapadli na syndrom oblężonej twierdzy, a rozpaleni zwycięstwem Azerbejdżanie mogą się domagać postawienia kropki nad „i”, czyli zajęcia całego Karabachu. Z dużym prawdopodobieństwem kolejna fala pandemii może ożywić krytykę władz w obu państwach. A wtedy Armenia pogrąży się w jeszcze większym kryzysie, a prezydent Alijew wróci do punktu wyjścia, czyli będzie potrzebował kolejnego sukcesu, żeby uspokoić nastroje społeczne.

Przyjęte porozumienie jest więc wyłącznie interludium we wciąż żywym konflikcie. Pozostaje pytanie, kto pierwszy zdecyduje się je zakończyć.

Artykuł ukazał się w majowym numerze miesięcznika „Pismo. Magazyn opinii” (5/2021) pod tytułem Niekończący się konflikt.  

Newsletter

Pismo na bieżąco

Nie przegap najnowszego numeru Pisma i dodatkowych treści, jakie co miesiąc publikujemy online. Zapisz się na newsletter. Poinformujemy Cię o najnowszym numerze, podcastach i dodatkowych treściach w serwisie.

* pola obowiązkowe

SUBMIT

SPRAWDŹ SWOJĄ SKRZYNKĘ E-MAIL I POTWIERDŹ ZAPIS NA NEWSLETTER.

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OTRZYMASZ NAJNOWSZE WYDANIE NASZEGO NEWSLETTERA.

Twoja rezygnacja z newslettera została zapisana.

WYŁĄCZNIE DLA OSÓB Z AKTYWNYM DOSTĘPEM ONLINE.

Zaloguj

ABY SIĘ ZAPISAĆ MUSISZ MIEĆ WYKUPIONY DOSTĘP ONLINE.

Sprawdź ofertę

-

-

-

  • -
ZAPISZ
USTAW PRĘDKOŚĆ ODTWARZANIA
0,75X
1,00X
1,25X
1,50X
00:00
50:00