Twój dostęp nie jest aktywny. Skorzystaj z oferty i zapewnij sobie dostęp do wszystkich treści.


Czytaj i słuchaj bez ograniczeń. Zaloguj się lub skorzystaj z naszej oferty

Esej

Od gospodarki współdzielenia do tyranii algorytmów

Jak będzie wyglądał rynek pracy, na którym nie tylko nie mamy kontaktu ze współpracownikami, ale także z szefem, bo zarządzają nami bezosobowe algorytmy? Źle.
rysunek JADWIGA LEMAŃSKA
POSŁUCHAJ

Mieszkający w Warszawie Andrzej stracił lubianą przez siebie pracę biurową tuż przed pandemią. Przy dowozie jedzenia postanowił popracować, żeby się zastanowić, co zrobić ze swoim życiem. Rozpoczęcie pracy było banalnie proste. Andrzej zarejestrował się w Glovo, a następnie znalazł w internecie pośrednika, tak zwanego partnera flotowego, zajmującego się rozliczaniem umów z platformą.


Masz przed sobą otwarty tekst, który udostępniamy w ramach promocji „Pisma”. Odkryj pozostałe treści z magazynu, także w wersji audio. Wykup prenumeratę lub dostęp online.


Umowa, torba, powerbank i karta kredytowa przyszły do niego pocztą. Nim wsiadł na rower i zaczął rozwozić pierwsze zamówienia, nie miał żadnego kontaktu z przedstawicielem firmy – a przed pandemią nikt jeszcze nie sądził, że w takim trybie załatwiania formalności pozostaniemy na dłuższy czas. Praca była ciężka, choć dawała nienajgorsze zarobki. Gdy przyszła pandemia, branża dowozów jedzenia przeżywała istne oblężenie.

Już po kilku dniach po pierwszym lockdownie pojawiają się problemy – Andrzej zostaje skierowany do odbioru zamówienia z zamkniętej galerii handlowej. Pracownik restauracji zapomniał odznaczyć knajpę w aplikacji. Andrzej ślęczy w deszczu pod galerią, próbując anulować zamówienie – na aplikacyjnym czacie nie odpisuje mu człowiek, tylko średnio rozgarnięty bot, niepotrafiący zaklasyfikować problemu do jednej z istniejących kategorii. Sytuacji nie poprawia męczący go wiadomościami klient, który czeka na dostawę i robi się coraz bardziej podejrzliwy.

Dostęp online
Czytaj i słuchaj bez ograniczeń. Kup

Glovo nie pozwala mu anulować zamówienia, które wciąż wisi w systemie jako aktywne i uniemożliwia mu podjęcie innego zlecenia. Pokonany przez technologię Andrzej rozważa przełączenie się z Glovo na Uber Eats, żeby pracować i zarabiać.

Co jednak, jeśli w tym czasie Glovo anuluje wiszące zlecenie i wyznaczy kolejne? Jeśli zamówienie zostanie anulowane, Glovo natychmiast wyznaczy mu nowe, a odmowa przyjęcia nowego zlecenia może skończyć się gorszym „wynikiem doskonałości” – algorytmicznie kalkulowanej oceny przypisanej do każdego kuriera. To z kolei spowoduje, że trudniej mu będzie zapisać się w grafiku na kolejną zmianę. Andrzej męczy więc bota dalej.

Po trzech godzinach ślęczenia w deszczu zrezygnowany postanawia wrócić do domu. Chwilę po zatrzaśnięciu drzwi dostaje wiadomość od Glovo, że zlecenie zostało anulowane. Zarobek za trzy godziny stania pod galerią handlową wynosi 4 złote 95 groszy.

Innego dnia Andrzej nieopatrznie loguje się do aplikacji rano, gdy zamiast przyjemnych dostaw z knajp wpadają głównie zamówienia z Biedronki. Andrzej szybko dojeżdża do sklepu i czeka – zamówień o tej porze jest masa, pod sklepem kręcą się tłumy zagubionych kurierów, a zirytowani pracownicy dyskontu wyrzucają ponumerowane paczki przed sklep i dosłownie zatrzaskują za sobą drzwi.

Po kilkunastu minutach bezsensownego gapienia się na zdezorientowany tłum ze sklepu wychodzi trzech rosłych magazynierów, każdy z dwiema zgrzewkami wody gazowanej pod pachą. Stawiają je przed kolarką Andrzeja. Sześć zgrzewek, czyli 54 litry wody, nie zmieści się w kurierskim plecaku. Miny pracowników Biedronki sugerują, że choć im przykro, jest to sytuacja powtarzalna.

Posłuchaj: Graeber. Czym jest praca bez sensu?

Andrzej wyciąga telefon i znowu pisze na aplikacyjnym czacie. Bot nie kuma, o co chodzi, ale szczęśliwie po kilkunastu minutach włącza się człowiek z centrali i przeprasza. Andrzej ma poczekać, a zamówienie zostanie rozdzielone. Do zamówienia przyjeżdża kurier samochodowy, który zabiera pięć zgrzewek. Szóstą Andrzej ma wsadzić do plecaka i zawieźć na miejsce. Jadą koło siebie – kolega z Glovo w punto z pięcioma zgrzewkami na pace, Andrzej na kolarce ze zgrzewką w plecaku – w to samo miejsce. Dlaczego kurier samochodowy nie zgarnął całego zamówienia, tego nie wiadomo.

Po kilku podobnie absurdalnych sytuacjach Andrzej zaczął szukać innej roboty. Swoje doświadczenie z pracą kuriera kwituje słowami: – Nie poleciłbym tej roboty. Żeby zarobić, trzeba zrobić ze sto kilometrów dziennie. Nie sądzę, żeby ktoś z moich znajomych dał radę tyle przejechać na rowerze. No i czasem trzeba przewieźć duże ciężary, niby tylko dziesięć kilo, ale to i tak waży na rowerze, zwłaszcza gdy zamówienie trzeba dostarczyć gdzieś daleko.

Praca platformowa. Na początku były słuszne idee

Andrzej dość szybko się zorientował, co jest nie tak z jego pracą – nie zarządza nią człowiek, ale napisany przez programistów algorytm. Żaden menedżer nie jest odpowiedzialny za to, gdzie Andrzej musi jechać, jak szybko ma zrealizować zamówienie ani nawet ile dostanie za to pieniędzy. Andrzej, jak wielu mu podobnych, został skonfrontowany z – dosłownie – nieludzkim mechanizmem zarządzającym pracą: systemem platformy pracy.

Platformy pracy wdarły się do naszej gospodarki niepostrzeżenie. Kiedy właściwie zamiast dzwonić po taksówkę, zaczęliśmy po nią klikać? Od jak dawna zamiast przeglądać ulotkę z menu pobliskiej pizzerii wrzuconą do skrzynki, zamawiamy jedzenie przez portal lub aplikację? Gdy w 2010 roku Uber – tradycyjnie uznawany za pierwszą platformę pracy – startował w San Francisco, mało kto się spodziewał, że za kilka lat będzie obecny w większości dużych zachodnich miast.

Kiedy właściwie zamiast dzwonić po taksówkę, zaczęliśmy po nią klikać? Od jak dawna zamiast przeglądać ulotkę z menu pobliskiej pizzerii wrzuconą do skrzynki, zamawiamy jedzenie przez portal lub aplikację?

Model działania Ubera został w ciągu ostatniej dekady skopiowany przez wiele sektorów. W raporcie European Trade Union Institute szacuje się, że w 2021 roku w Unii Europejskiej około trzech milionów osób traktowało platformy pracy jako główne źródło dochodu, a kolejne dwanaście milionów pracowało na nich dorywczo. Trzy miliony osób to może niedużo, ale to więcej, niż pracuje na przykład w przemyśle chemicznym czy w usługach pocztowych, a należy pamiętać, że sektor platform pracy dynamicznie się rozwija.

To niepostrzeżone wdarcie się nowego modelu organizacji pracy i konsumpcji w naszą codzienność ma swoje konsekwencje – jest to model praktycznie nieregulowany i trudny do pogodzenia z oczekiwaniami wobec stabilnego zatrudnienia, które zapewnia środki do pracy oraz możliwość rozwoju i autonomii w miejscu pracy.

Jak zatem do tego doszło, że zdehumanizowaliśmy jedną z najważniejszych ludzkich form działalności, jaką jest praca? Przecież korzenie pracy platformowej tkwią w koncepcjach gospodarki współdzielenia (sharing economy), która miała zdemokratyzować autorytarny kapitalizm i zrewitalizować go po wielkim kryzysie ekonomicznym rozpoczętym krachem w 2007 roku.

Korzenie pracy platformowej tkwią w koncepcjach gospodarki współdzielenia (sharing economy), która miała zdemokratyzować autorytarny kapitalizm i zrewitalizować go po wielkim kryzysie ekonomicznym rozpoczętym krachem w 2007 roku.

Dzięki wprowadzeniu nowego modelu biznesowego nowe technologie miały umożliwić wzajemne świadczenie usług oparte na współużytkowaniu i dzieleniu się nie w pełni wykorzystywanymi zasobami. Związane to było między innymi z powstaniem platform pracy, które – za pomocą aplikacji webowych lub telefonicznych – stały się pośrednikiem w transakcjach między klientami a dostawcami usług różnego rodzaju – od typowych, świadczonych w konkretnym miejscu, takich jak dowóz jedzenia czy przewóz osób, przez opiekę nad dziećmi czy osobami starszymi, aż do usług zdalnych, gdzie usługodawca może znajdować się na drugim końcu świata. Do tych ostatnich można zaliczyć korepetycje, tłumaczenia, usługi graficzne, współuczestnictwo przy uczeniu maszynowym czy ćwiczeniu sztucznej inteligencji.

W przeciwieństwie do tradycyjnych firm platformy – z nielicznymi wyjątkami (na przykład Just Eat Takeaway, działająca w Polsce jako Pyszne.pl, przyjmuje do pracy kurierów w kilku krajach, w tym we Włoszech i w Belgii, na umowę o pracę) – nie zatrudniają usługodawców, a jedynie łączą klientów z pracownikami (którym zazwyczaj oferuje się niestabilne i pozbawione ochrony kontrakty oparte na samozatrudnieniu czy umowach cywilnoprawnych) i mediują w transakcjach między nimi. W skrajnych przypadkach pracownicy świadczą usługi na podstawie umów najmu lub rozliczają się z platformami nieoficjalnie, pozostając w szarej strefie.

Model pracy zapośredniczonej przez platformy miał się cechować kilkoma zaletami. Po pierwsze, zakładał dużą elastyczność pracowników – osoba świadcząca usługę miała swobodnie decydować o tym, kiedy będzie mogła pracować, bez konieczności regularnego pojawiania się w biurze w określonych godzinach. To miało ułatwić pracownikom godzenie dodatkowego zajęcia z życiem prywatnym i samorealizacją. Nudzisz się wieczorem, a dodatkowo chcesz zrzucić kilka kilogramów? Możesz wskoczyć na rower i porozwozić jedzenie. Jesteś nauczycielem i chciałbyś dorobić do wakacji? Udziel korepetycji na platformie online.

Po drugie, platformy obiecywały poprawić efektywność zasobów, które nie były w pełni wykorzystywane. Kierowca Ubera mógł rano odwieźć dzieci do pracy, a wracając do domu, zrobić przy okazji kilka kursów. Grafik mógł skorzystać ze swojego domowego sprzętu, aby wykonać dla kogoś projekt. A jeśli ktoś nie dysponował odpowiednim sprzętem, mógł wydzierżawić go od zleceniodawcy, choć pracownicy platform najczęściej wykorzystują własne narzędzia pracy, takie jak samochód, rower czy komputer.

Po trzecie, platformy w swojej komunikacji medialnej składały obietnice stosowania innych, bardziej demokratycznych mechanizmów oceny jakości pracy. Tradycyjne firmy do kontroli pracowników wykorzystują zwykle wskaźniki techniczne, procedury oraz rozbudowane hierarchiczne struktury.

Platformy wprowadziły mechanizmy oceny pracy oparte na bezpośrednim feedbacku odbiorców usług, bardzo często przekładające się na wewnętrznie kalkulowane systemy reputacji. Większa kontrola nad pracą i autonomia przyznana samym pracownikom oraz ich klientom miała ich zbliżyć i upodmiotowić w procesie gospodarczym.

Z tym wiąże się aspekt czwarty i najambitniejszy, czyli polityczny wymiar gospodarki współdzielenia. Platformy miały umożliwić osobom oferującym swoje usługi lub produkty nawiązywanie spontanicznych relacji partnerskich z klientami. Odtąd tłumacz nie byłby już zależny od agencji tłumaczeniowej jako źródła zleceń, a programistka nie musiałaby szukać firmy IT, która znajdzie dla niej klienta. Oboje mogliby po prostu zalogować się na platformie i zawrzeć bezpośrednie relacje ze swoimi partnerami biznesowymi, obchodząc tym samym dużych graczy, właściwie oligopolizujących rynek i decydujących o tym, kto może na nim działać. Tym samym platformy miały stanowić rodzaj spółdzielni XXI wieku, promujących nowy, demokratyczny sposób działania w gospodarce. Jak to zatem możliwe, że tak szybko stały się swoim przeciwieństwem?

Szara strefa regulacyjna

Opisany model biznesowy operował – i wciąż operuje – w szarej strefie regulacyjnej, choć można równie dobrze powiedzieć, że obietnice nowego, demokratycznego modelu ekonomicznego, poprawy efektywności zasobów oraz upodmiotowienia pracowników i klientów składano właśnie po to, aby się na tym rozdrożu znaleźć. Platformy pracy, wykorzystujące nowe technologie zamiast bezpośredniego menedżerskiego nadzoru, zaklasyfikowały osoby świadczące dla nich pracę jako niezależnych kontrahentów, a nie klasycznych pracowników.

Umowa o pracę daje pracodawcy rozległe uprawnienia, umożliwiające wyznaczanie pracownikowi rytmu i trybu pracy oraz domaganie się zachowania odpowiednich standardów. Jak tego samego wymagać od niezależnych kontrahentów, nie narażając się na zarzut, że powinno się ich zatrudniać na umowę o pracę? Odpowiedzią okazało się użycie algorytmów do zarządzania pracą, które dzięki technologii właściwie zastąpiły prerogatywy dotychczas posiadane przez pracodawców.

Świadczeniobiorcom na platformach nie wyznacza się czasu pracy, wymaga się od nich jednak dyspozycyjności w odpowiednich blokach czasowych, grożąc zablokowaniem dostępu lub wręcz sankcjami finansowymi. W miejsce technicznych standardów pracy wprowadzono systemy reputacji oparte na ocenach klientów, otwierając furtkę do nadużyć i wysokich oczekiwań. Świadczeniobiorców nie trzeba w tym systemie nawet zwalniać za przewinienia – algorytmy po prostu nie przydzielą im kolejnych zleceń.

Znalezienie się w szarej strefie, poza regulacjami obejmującymi umowy o pracę, wiązało się z jeszcze jedną „zaletą”. Tradycyjne przedsiębiorstwa ponoszą stałe koszty związane z zatrudnianiem pracowników. Niezależnie od tego, czy pracownik w danej chwili faktycznie pracuje, czy też jest tylko do dyspozycji pracodawcy (na przykład czeka na pojawienie się klienta bądź zlecenia), tradycyjna firma musi płacić mu wynagrodzenie. Nieplatformowe przedsiębiorstwa nie zatrudniają zbyt wielu pracowników w stosunku do potrzeb, ponieważ kalkulują tak, aby dla każdego znalazły się zadania do wykonania.

Platformy, nieobciążone umowami o pracę, nie ponoszą żadnych kosztów związanych z dopuszczaniem świadczeniobiorców do pracy. Mogą płacić im wyłącznie wtedy, gdy istnieje realny popyt na ich usługi ze strony klientów. W rezultacie platformy mogą – i to stało się ich immanentną cechą – operować w warunkach nadpodaży pracy, to znaczy dopuszczać do możliwości świadczenia pracy zdecydowanie więcej osób niż trzeba, aby pokryć z nawiązką popyt ze strony klientów.

Utrzymywanie usługodawców w gotowości do świadczenia usług jest dla platform opłacalne, nawet gdy realnie nigdy nie dostaną oni pracy.

Posiadanie nadmiaru (niepracujących) świadczeniobiorców na platformach zaczęło pełnić funkcję rezerwowej armii pracy opisywanej już w XIX wieku przez Karola Marksa. W warunkach pracy platformowej utrzymywanie nadpodaży pracy służy wymuszaniu na kontrahentach ustępstw w zakresie stawek i warunków pracy. Jest to esencjonalna cecha gospodarki platformowej – utrzymywanie usługodawców w gotowości do świadczenia usług jest dla platform opłacalne, nawet gdy realnie nigdy nie dostaną oni pracy. Obniża bowiem koszty usług, pozwalając na płacenie mniej już zarejestrowanym na platformie pracownikom. A niskie stawki to niskie ceny, które przyciągają klientów.

Stojący pod XIX-wieczną fabryką kordon bezrobotnych, skorych do pracy za głodowe stawki w fatalnych warunkach, dyscyplinował pracowników. Platformy osiągają ten sam cel, dopuszczając do pracy nadmiar freelancerów, czym zmuszają ich do konkurencji między sobą i utrzymywania niskich stawek.

Pracownik płaci, platforma zarabia

W społeczeństwie, w którym następuje fragmentaryzacja wzorców kariery i stylów życia, coraz bardziej pożądana jest autonomia w pracy. Według badań Polskiego Instytutu Ekonomicznego około 35 procent osób zatrudnionych w Polsce rozważa zmianę pracy ze względu na brak elastycznego czasu pracy, a 56 procent – ze względu na niezadowolenie z ograniczonych możliwości pracy zdalnej. Takich warunków właśnie oczekiwała Nina, graficzka, decydując się na pracę freelancerską na międzynarodowej platformie Upwork oraz polskiej platformie Useme.

Nina szybko się przekonała, jak iluzoryczna jest obietnica swobody dysponowania własnym czasem. Pierwszym problemem okazało się już samo znalezienie zleceń – konkurencja na platformach powoduje, że do jednego zlecenia czasem pojawia się pięćdziesięcioro, a nawet setka chętnych.

35 procent   

osób zatrudnionych w Polsce rozważa zmianę pracy ze względu na brak elastycznego czasu pracy.

Platformy nie ograniczają liczby chętnych zleceniobiorców, ponieważ wpuszczenie dodatkowych potencjalnych pracowników nic ich nie kosztuje. Powoduje to na przykład, że na Upworku zaledwie 7 procent zarejestrowanych freelancerów zdobywa w ogóle jakiekolwiek zlecenie – reszta zarejestrowanych wysyła oferty nadaremnie. Zdobywanie zleceń graficznych wymaga więc od Niny wręcz kosmicznej kreatywności i mnóstwa czasu. Alternatywą jest zgadzanie się na głodowe stawki proponowane przez niektórych klientów – ale wtedy trzeba pracować długie godziny, żeby pod koniec miesiąca nie być pod kreską.

Kolejnym problemem okazały się zachowania klientów, świadomych tego, że mają na Ninę bat w postaci negatywnych recenzji. Grożenie złymi recenzjami powoduje, że Nina praktycznie zawsze musi być dostępna – a to do drobnych „ostatnich” poprawek, a to do przygotowania projektu przed umówionym terminem wykonania. Samo dbanie o profil, w tym pozytywne recenzje, wymaga od Niny poświęcania olbrzymiej ilości czasu. Zapytana, jak udało jej się zgromadzić tyle pozytywnych opinii, odpowiada: – Wiesz, ilu ja klientów musiałam błagać o opinie? (…) Upominam się i robię się taka nieznośna. Piszę na LinkedInie, piszę na Facebooku.

Klienci często nadużywają swojej pozycji, aby wymuszać wykonywanie dodatkowej, nieodpłatnej pracy w zamian za dobre recenzje, co oczywiście wydłuża czas pracy Niny i powoduje, że ma nad nim jeszcze mniejszą kontrolę. W raporcie Does It Pay to Work? Unpaid Labour in the Platform Economy (Czy praca popłaca? Nieodpłatna praca w gospodarce platformowej; 2022) na podstawie naszych badań, w których poprosiliśmy freelancerów o raportowanie czynności wykonywanych w ramach swojego dnia pracy na platformach, oceniliśmy, że podejmują się oni różnego rodzaju niepłatnych zadań praktycznie codziennie.

Platformy nie ograniczają liczby chętnych zleceniobiorców, ponieważ wpuszczenie dodatkowych potencjalnych pracowników nic ich nie kosztuje. Powoduje to na przykład, że na Upworku zaledwie 7 procent zarejestrowanych freelancerów zdobywa w ogóle jakiekolwiek zlecenie.

Nina podsumowuje swoją autonomię czasu pracy następująco: – Jesteśmy ze znajomymi na pizzy albo w kinie, a ja siedzę cały czas na telefonie, czekam na mail, odpowiadam, bo nienawidzę, gdy ktoś czeka na moją odpowiedź. (…) Mimo że czekam dwa tygodnie na cholerną wiadomość od klienta, to gdy dostanę odpowiedź, muszę odpisać od razu (…). Więc nie, nie potrafię się kompletnie wyluzować. Nawet gdy mam mało roboty, to odświeżam cały czas strony internetowe, odświeżam cały czas mail, jestem na posterunku. Jak to moja koleżanka kiedyś nazwała, cały czas na stendbaju. No nie, nie ma dla mnie takiego rozgraniczenia pomiędzy (…) pracą, szukaniem pracy a czasem wolnym.

Partnerzy flotowi: beneficjenci funkcjonowania platform

Choć platformy miały spowodować uwolnienie nieoptymalnie wykorzystywanych środków produkcji, to nadpodaż pracowników powoduje, że nierzadko muszą oni angażować prywatne środki, aby móc pracować. Niektóre platformy wręcz wymagają od pracowników nakładów finansowych za umożliwienie kontaktu z klientami – freelancerzy po prostu muszą zapłacić za możliwość wysłania oferty do klienta.

Na Upworku, żeby zgłosić się do wykonania zadania, muszą zakupić tokeny o nazwie Connects, wykorzystywane do kontaktowania się ze zleceniodawcami. Platformy organizują pracę tak, aby przerzucać na swoich kontrahentów koszty związane z materialnym utrzymywaniem możliwości świadczenia usług.

Dobrym przykładem tego problemu jest historia Michała, dostawcy jedzenia w średniej wielkości polskim mieście. Podobnie jak Andrzej, Michał trafił na Glovo po stracie pracy. Ponieważ dystanse w jego lokalizacji są dość duże, Michał nie jeździł rowerem. Zdecydował się wynająć auto od znajomego, co stało się dla niego regularnym zobowiązaniem finansowym. Gdy przyszło do podpisania umowy z partnerem Glovo, Michał zorientował się, że jego umowa jest dziwacznie skonstruowana.

– Miałem z partnerem dwie umowy. Pierwsza o świadczenie usług, że będę jeździł w Glovo, a druga to była umowa najmu samochodu. To było tak dziwnie zapisane, że niby użyczam samochodu dla Glovo. – Taki „łańcuszek najmów” pozwalał jednak Michałowi na nieco wyższe zarobki.

Choć platformy miały spowodować uwolnienie nieoptymalnie wykorzystywanych środków produkcji, to nadpodaż pracowników powoduje, że nierzadko muszą oni angażować prywatne środki, aby móc pracować.

Początkowo zarabiał bardzo dobrze, po kilku tygodniach jednak platforma wywróciła stawki do góry nogami. Wchodząc do danego miasta, Glovo oferuje wysokie wynagrodzenia i gwarantowane kwoty za dostępność na platformie, nawet gdy nie ma zleceń. Po zgromadzeniu odpowiedniej liczby dostawców gwarancja zamówień zostaje jednak usunięta, a stawki lecą w dół. – Już nie ma stawek gwarantowanych, czyli czekasz. Możesz sobie czekać dwie, trzy godziny i nic za to nie dostaniesz. Początkowo były wyższe stawki za zamówienia, żeby to wyrównać, i cały czas szło ładnie zarobić. Ale potem to usunęli, stawki poszły w dół i wszystko przestało się spinać. – Michał wciąż musiał ponosić koszty najmu, przez co praca zaczęła mu się ledwo opłacać.

Całkowity krach nastąpił wraz z awarią auta. Sytuacja wymagała od Michała kolejnych nakładów finansowych. – Zdarzył mi się problem z hamulcami. Odstawiłem samochód i przez dwa, trzy dni musiałem pracować pieszo. Raz dostałem trudne zamówienie, zgłosiłem na support prośbę, żeby przekierować je do innego kuriera, bo mam awarię samochodu i musiałbym jechać autobusem. I znowu nieskomunikowanie, nikt mi nie odpisał, dostałem jeszcze opieprz z centrali za to.

Michał, żeby wybrnąć z sytuacji, wykonać swoje zmiany i nie stracić możliwości pracy na Glovo, pożyczył kolejny samochód. To pozwoliło mu przetrwać do momentu, aż naprawa wynajmowanego auta dobiegła końca.

Ostatecznie Michał zrezygnował z pracy kuriera platformowego. Wyszedł z tego doświadczenia finansowo poturbowany. Obietnica zarobku rozpłynęła się w dziwnej piramidzie finansowej, w której pracownik dosłownie subsydiuje swojego pracodawcę – Michał płaci, platforma zarabia, klienci mają tańsze usługi.

Partnerzy flotowi: unikalne zjawisko polskiej gospodarki platformowej

Zarówno historia Andrzeja, jak i Michała zahacza o kolejny, tym razem charakterystyczny dla Polski aspekt gospodarki platformowej. Obaj kurierzy nie podpisali umowy bezpośrednio z Glovo, lecz świadczyli pracę przez partnera flotowego. Istnienie partnerów flotowych jest unikalnym zjawiskiem polskiej gospodarki platformowej. Glovo twierdzi na przykład, że 90 procent kurierów współpracuje z nim przez partnera flotowego. Uber reklamuje konkretnych partnerów na swojej stronie internetowej.

Badania Dominiki Polkowskiej i Bartosza Miki wskazują, że ich istnienie należy przypisać lukom prawnym w systemie zabezpieczenia społecznego, barierom biurokratycznym związanym z prowadzeniem działalności gospodarczej oraz chęci utrudnienia nadzoru organom kontroli przez platformy.

Partnerzy flotowi są cichymi beneficjentami funkcjonowania platform, pobierając za swoje usługi prowizje wynoszące kilkadziesiąt złotych tygodniowo. Pomagają kurierom w ogarnianiu umów i kwestii rozliczeniowych, mogą świadczyć dla nich dodatkowe usługi, na przykład wynajmują im samochody lub skutery. Popularność pojazdów określonych marek na platformach (na przykład Toyoty Prius czy wcześniej Škody Fabii na Uberze) bierze się z umów leasingowych podpisywanych przez partnerów. Świadczą oni niekiedy bardziej rozwinięte usługi. Niektórzy pomagają w legalizacji pracy, działając de facto jak agencje pośrednictwa pracy organizujące migrację do Polski.

W skrajnych przypadkach partnerzy flotowi stają się dodatkowymi aktorami w omijaniu regulacji. Piotr Szostak opisał na łamach „Gazety Wyborczej”, w jaki sposób organizacja pozarządowa, działająca pod długą nazwą Fundacja na rzecz Wspierania Obywatelskich Działań Prospołecznych Incolumis Civis imienia Wilhelma von Strossenrhauera (który był zresztą fikcyjną postacią), działała jak partner flotowy, a dzięki przepisom dotyczącym NGO omijała konieczność płacenia podatków. Wcześniej wykryto przypadki, w których szkoły wyższe organizowały wizy studenckie dla migrantów z Azji, których celem było wpuszczenie ich do Polski, aby podjęli pracę na platformach. Organizowanie przez platformy półlegalnej migracji jest zjawiskiem globalnym.

Funkcjonowanie partnerów flotowych w obrębie gospodarki platformowej umożliwia też jeszcze innego rodzaju nadużycia. Niedawno przez Polskę przewinęła się fala reportaży dotyczących przypadków molestowania seksualnego i gwałtów dokonywanych przez pracowników platform przewozowych. Takie sytuacje są możliwe i pozostają niewykryte z tego względu, że w przeciwieństwie do tradycyjnych usług taksówkarskich ani platforma, ani klient nie wiedzą, kto ostatecznie siada za kółkiem.

Uber, czyli życie na łasce aplikacji

O tym, jak mogą wyglądać „partnerskie relacje” pomiędzy zleceniobiorcą a zleceniodawcą, przekonał się Wojtek, doświadczony kurier Uber Eats. Wojtek próbował wywrzeć nacisk na Ubera w celu poprawienia warunków pracy. Swoją motywację tłumaczy następująco: – Pomyślałem, że ludzie, którzy pracują na tej aplikacji, to są normalnie niewolnicy. Nie mają żadnych praw, nie mają żadnych ubezpieczeń, odzieży ochronnej, niczego.

Wojtek, doświadczony kurier Uber Eats: – Pomyślałem, że ludzie, którzy pracują na tej aplikacji, to są normalnie niewolnicy. Nie mają żadnych praw, nie mają żadnych ubezpieczeń, odzieży ochronnej, niczego.

Wojtek rozpoczął kampanię w mediach społecznościowych, odzew był jednak słaby. Tłumaczy to kilkoma czynnikami. Po pierwsze, platforma celowo stosuje politykę mającą zwiększać rotację pracowników. Nowi kurierzy mają wyższe stawki, które są potem stopniowo obniżane. To powoduje, że na platformie ciągle jest napływ świeżej krwi, a bardziej doświadczeni pracownicy – zorientowani lepiej w aplikacji, potrafiący lepiej zarabiać i skłonni do zorganizowania jakiejś wspólnej akcji – po prostu muszą rezygnować z pracy ze względów finansowych. Wojtek, który jest bardzo przywiązany do zawodu kuriera rowerowego, stanowi wyjątek – większość jego kolegów po fachu szybko opuszcza branżę.

Choć nie ma na to konkretnych dowodów, Wojtek przypuszcza, że platforma celowo rekrutuje pracowników zróżnicowanych etnicznie. Mówi: – Gdy zrobiło się dużo Hindusów na aplikacji, to zaraz zniknęli. Za to pojawiło się od groma ludzi z Kaukazu, Kazachstanu, Uzbekistanu. W pewnym momencie całe grupy w social mediach mówiły po rosyjsku. A potem ci ludzie też zniknęli i wrócili Hindusi.

Sytuację tę Wojtek intepretuje jako strategię mającą utrudnić budowanie więzi między pracownikami i ich samoorganizację – gdyby na platformie pojawiła się duża grupa migrantów pochodzących z jednego miejsca, mogliby skuteczniej wymieniać się informacjami, a w skrajnym przypadku – postanowić się zrzeszać. Żonglując migrantami o różnym pochodzeniu, platforma zmniejsza takie ryzyko.

Wreszcie Uber może po prostu stosować sankcje wobec pracowników, wyłączając im dostęp do platformy. Po mikrym odzewie po apelu o zorganizowanie się w jakąś bardziej formalną grupę koledzy Wojtka „nie chcą się angażować, bo się boją, że im zablokują aplikację w związku z tym, że się postawią”.

Nie są to nieuzasadnione obawy. Takie przypadki miały miejsce na przykład, gdy pracownicy Glovo w Gdańsku i Białymstoku nieoficjalnie zastrajkowali przeciwko obniżaniu stawek, nie logując się lub odrzucając zlecenia na platformie. Legalny strajk był w ich przypadku niemożliwy ze względu na charakter ich umów oraz surowe w Polsce prawo strajkowe, które wymaga istnienia nie tylko związku zawodowego w przedsiębiorstwie, ale i wcześniejszego przejścia skomplikowanej procedury rokowań i mediacji. Taki nieoficjalny strajk platforma natychmiast zakończyła, po prostu blokując strajkującym dostęp do aplikacji.

Wojtek uważa, że pracownicy pozostają na łasce aplikacji, nie mogąc wpływać na platformę.

– Żeby wystąpić do Ubera z jakimiś żądaniami, propozycjami, trzeba to zrobić formalnie. Tak to sobie wyobrażam. Musi być podpisane przez kogoś. Nie mówię, że ma być sto tysięcy podpisów. Z drugiej strony, gdy zrobię petycję online, to mi się Uber zaśmieje w twarz: Jaka petycja? Do kogo? Do prywatnego podmiotu?

Przeczytaj też: Rafał Woś. Cała nadzieja w związkach

Wojtek ma rację. Doświadczenia z Włoch, Hiszpanii i krajów nordyckich pokazują, że właściwie jedynym sposobem wysuwania roszczeń wobec platform jest zrzeszenie się pracowników w związek zawodowy, co w Polsce jest trudne ze względu na bariery prawne, takie jak wykorzystywanie niestabilnych form zatrudnienia i restrykcyjne regulacje dotyczące działania związków zawodowych, strategie platform zwiększające rotację w sektorze oraz obecność dużej liczby migrantów.

Upadek technoutopii

Zamiast doprowadzić do technoutopijnej „demokratyzacji” gospodarki platformy oparły wykorzystywanie szarych stref regulacyjnych między zatrudnieniem standardowym a niestandardowym na innowacyjnych strategiach „ekonomizujących” politykę. Najlepszego przykładu dostarcza tu kampania Ubera przeciwko regulacjom, które w 2015 roku chciał wprowadzić ówczesny burmistrz Nowego Jorku Bill de Blasio. Regulacje miały ograniczyć liczbę kierowców dopuszczanych do pracy na platformie, aby zmniejszyć konkurencję i poprawić stawki.

Przeciwko planowanej ustawie Uber rozpoczął bezprecedensową kampanię, angażując nie tylko lobbystów, ale i konsumentów. Aplikacja Ubera przedstawiała użytkownikom spreparowane informacje dotyczące potencjalnego wzrostu kosztów po wprowadzeniu ustawy. Gdy prace nad przepisami przyspieszyły, Uber zaczął wysyłać do klientów powiadomienia umożliwiające szybkie wysłanie do burmistrza maila z krytyką projektu. Ustawa upadła w 2015 roku.

Przeczytaj też: Polityczna walka z algorytmami

Ograniczenie liczby kierowców na platformach dowozowych udało się przeforsować dopiero w 2018 roku, gdy amerykańską opinią publiczną wstrząsnęła seria samobójstw kierowców taksówek i Ubera. Śledztwa dziennikarskie sugerują, że ich przyczyną były spadające stawki i nieuregulowane warunki pracy spowodowane przez rosnącą na skutek wejścia platform konkurencję w sektorze, prowadzącą kierowców do spirali zadłużenia.

Praca platformowa rozpościera wypaczoną wizję optymistycznej technoutopii, celującej w tworzenie partnerskich relacji między osobami świadczącymi pracę a klientami. Zamiast niej buduje wręcz odwrotny świat – pracownicy sterowani są przez algorytmy, które zaburzają jakąkolwiek symetrię w relacjach między świadczeniobiorcą a platformą, przyzwalając na nadużywanie pozycji i wyzysk ze strony klientów.

Praca platformowa rozpościera wypaczoną wizję optymistycznej technoutopii, celującej w tworzenie partnerskich relacji między osobami świadczącymi pracę a klientami.

Choć gospodarka platformowa stanowi obecnie niewielką część rynku pracy, to platformy – pośredniczące zarówno w usługach świadczonych fizycznie i na miejscu, takie jak Uber czy Glovo, jak i online, takie jak Upwork czy Oferia – stają się coraz częstszym miejscem rozpoczynania kariery. Wynika to z wielu czynników, głównie z łatwości dostępu. Kogo nie stresuje pisanie listów motywacyjnych i chodzenie na rozmowy o pracę?

Platformy nie muszą prowadzić formalnej rekrutacji, ponieważ zawsze są skłonne przyjąć pracowników, co wynika z kolei z tego, że nie ponoszą kosztów związanych z ich przyjmowaniem (a to wpływa na stabilność zarobków). Uścisk dłoni szefa czy szefowej może być oczywiście miły, ale dużo mniej obciążające jest po prostu przeklikanie się przez formularz.

Do tego sposób rekrutacji przypomina bardziej rejestrowanie się w mediach społecznościowych niż wypełnianie kwestionariusza osobowego. Niektóre platformy (między innymi wspomniany już Upwork) bezpośrednio zezwalają na importowanie danych z profili, które wiele osób już ma, takich jak na Google’u czy LinkedInie, lub też gamifikuje proces rejestracji – kolejne opcje działania na platformie są odblokowywane w miarę uzupełniania profilu.

Pochodząca z Francji i działająca w kilku państwach europejskich platforma Malt poprawia widoczność profili freelancerów, którzy umieszczą na nich informacje konkretnego rodzaju – opublikują swoje portfolio, podlinkują do odbytych szkoleń lub namówią klientów pozaplatformowych do napisania im opinii.

Jak popularność platform wpłynie na nasz rynek pracy? Już od lat 90. badacze ostrzegają, że dominujące w Polsce indywidualne podejście do pracy i skupienie na karierze, które można przypisać późnej transformacji ustrojowej, utrudnia nam poprawę warunków pracy i płacy na szeroką skalę. Trudno będzie się temu przeciwstawić – tradycyjne metody negocjowania poprawy warunków zakładają wspólne działanie z innymi pracownikami. Polacy często jednak odcinają się od współpracowników, rzadko kiedy się zrzeszają.

Już od lat 90. badacze ostrzegają, że dominujące w Polsce indywidualne podejście do pracy i skupienie na karierze, które można przypisać późnej transformacji ustrojowej, utrudnia nam poprawę warunków pracy i płacy na szeroką skalę.

Z badań Fundacji Centrum Badania Opinii Społecznej (CBOS) z 2021 roku wynika, że wśród pracowników najemnych stopień uzwiązkowienia w Polsce spadł z mniej więcej 50 procent na progu transformacji do około 10,5 procent w 2021 roku, ale jest to zaledwie 5,5 procent Polaków ogółem. Pracownicy zostają pozostawieni sami sobie z szefami, którzy mają nad nami dużą przewagę. Zamiast wspólnie walczyć o poprawienie sytuacji w zakładzie, wybieramy jednostkowe rozwiązania – zaciskanie zębów, nadgodziny, indywidualne targi z szefem o drobne ustępstwa, branie fuch na boku, aby dorobić, a w skrajnym przypadku – ucieczkę i zmianę pracodawcy.

Jak będzie zatem wyglądał rynek pracy, na którym nie tylko nie mamy kontaktu ze współpracownikami, ale także z szefem, bo zarządzają nami bezosobowe algorytmy? Jeszcze gorzej. W pracy będziemy już nie tyle samotni w tłumie, co po prostu sami – skonfrontowani wyłącznie z wielką, nieludzką strukturą, a każda niesprawiedliwość będzie tłumaczona rzekomo neutralnym działaniem algorytmów, uzasadniana niewidocznymi dla nas decyzjami. Innych pracowników, z którymi moglibyśmy walczyć o poprawę sytuacji, już nie będzie lub będziemy ich traktować jako bezpośrednią konkurencję.

Platformy pracy alienują nas, fragmentaryzują wspólnotę i każą traktować siebie wzajemnie jako konkurentów, bo opłaca się to trzymającym władzę platformom.

Czy da się uregulować platformowy Dziki Zachód?

Na poziomie regulacji Polska, po niemrawych próbach uregulowania Ubera zakończonych wejściem w życie w 2021 roku „lex Uber”, która wymaga od pracowników platform zajmujących się przewozem osób posiadania licencji, zrezygnowała z wprowadzania dalszych zmian. Stało się to również pod naciskiem Ambasady Stanów Zjednoczonych, która stanowczo protestowała przeciwko wprowadzaniu jakichkolwiek regulacji.

Rząd czeka na działania Komisji Europejskiej, która w grudniu 2021 roku przedstawiła bardzo ambitny projekt dyrektywy w sprawie poprawy warunków pracy za pośrednictwem platform internetowych. Dokument zakłada wprowadzenie domniemania prawnego zaistnienia stosunku pracy między platformą pracy a osobą wykonującą pracę za jej pośrednictwem, na przykład gdy platforma ustalałaby poziom wynagrodzenia pracownika, nadzorowała i organizowała wykonywanie pracy czy weryfikowała jej jakość.

Platformy pracy alienują nas, fragmentaryzują wspólnotę i każą traktować siebie wzajemnie jako konkurentów, bo opłaca się to trzymającym władzę platformom.

Choć projekt unijnej dyrektywy wydaje się ambitny, niemal pewne jest, że platformy będą próbować obchodzić prawo, jeśli w ogóle wejdzie ono w życie, na przykład budując ciągi podwykonawców i pośredników przypominających obecnych już w Polsce partnerów flotowych. Kreatywne wykorzystywanie nowych technologii w celu wchodzenia w szare przestrzenie regulacyjne, opóźnianie i blokowanie egzekwowania prawa stanowi rdzeń modelu biznesowego platform. Same zaś platformy zdobyły na rynku tak silną pozycję i popularność wśród konsumentów, że politykom trudno stanąć z nimi do konfrontacji – co pokazuje opisany już wcześniej przykład Ubera w Nowym Jorku.

Nie oznacza to jednak, że należy rezygnować z dążeń do uregulowania gospodarki platformowej. Poszukiwanie sposobów na unikanie regulacji jest jedną z metod działania przedsiębiorców w gospodarce kapitalistycznej – i było tak zawsze, ponieważ obchodzenie regulacji daje przedsiębiorstwom przewagę nad przestrzegającymi prawa konkurentami. Oprócz wymagania od platform respektowania standardów pracy warto zastanowić się także nad podstawami ich sukcesu.

Choć trudno w to uwierzyć, potężne międzynarodowe platformy, takie jak Uber czy Deliveroo, mimo gigantycznej skali swoich działań, nigdy nie wygenerowały zysku i ciągle operują na stracie (straty Ubera w 2022 roku są szacowane na dziewięć miliardów dolarów, straty Deliveroo w 2021 roku na 356 milionów dolarów). Finansują się z rynków kapitałowych, a pozyskiwane fundusze są wykorzystywane na pokrywanie debetu i dalszy rozwój.

9 mld dolarów   

na tyle szacowane są straty Ubera w 2022 roku.

Niektórzy z badaczy gospodarki platformowej sugerują, że aby zapobiec negatywnemu wpływowi platform na nasze społeczeństwo, trzeba wprowadzić dodatkowe regulacje rynków kapitałowych, utrudniające takim przedsiębiorstwom ciągłe udawanie, że są start-upami. Choć brzmi to paradoksalnie, rynki dostarczają tym firmom gotówki właśnie dlatego, że obiecują one stworzenie biznesów skutecznie omijających regulacje.

Pomysły na uregulowanie tego platformowego Dzikiego Zachodu wciąż pączkują, próbując nadążyć za prędko zmieniającym się modelem funkcjonowania firm opartych na nowych technologiach. Problemem nie są jednak stojące u podwalin platform założenia gospodarki współdzielenia, która miała zdemokratyzować kapitalizm. Problemem jest to, że ideały te zostały pokonane przez kapitalizm. I nie jest to zupełnie nowa historia.


Imiona pracowników zostały zmienione w celu zapewnienia anonimowości. Cytaty pochodzą z wywiadów przeprowadzonych w ramach projektu badawczego, który otrzymał finansowanie z European Research Council (ERC) w ramach programu badań i innowacji Unii Europejskiej Horyzont 2020 (Nr umowy grantowej 833577). Kierowniczką projektu jest prof. Valeria Pulignano (Centre for Sociological Research, KU Leuven). Niektóre z cytatów zostały lekko zmodyfikowane, aby poprawić ich płynność.

Esej jest częścią cyklu Techno(R)ewolucje.



Więcej na ten temat możesz posłuchać 11 czerwca o godz. 17:00 na antenie chiliizet Warszawa 101,5 FM, Katowice 93,6 FM, Kraków 93,7 FM, Hel 107,8 FM oraz na www.chillizet.pl.

Newsletter

Pismo na bieżąco

Nie przegap najnowszego numeru Pisma i dodatkowych treści, jakie co miesiąc publikujemy online. Zapisz się na newsletter. Poinformujemy Cię o najnowszym numerze, podcastach i dodatkowych treściach w serwisie.

* pola obowiązkowe

SUBMIT

SPRAWDŹ SWOJĄ SKRZYNKĘ E-MAIL I POTWIERDŹ ZAPIS NA NEWSLETTER.

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OTRZYMASZ NAJNOWSZE WYDANIE NASZEGO NEWSLETTERA.

Twoja rezygnacja z newslettera została zapisana.

WYŁĄCZNIE DLA OSÓB Z AKTYWNYM DOSTĘPEM ONLINE.

Zaloguj

ABY SIĘ ZAPISAĆ MUSISZ MIEĆ WYKUPIONY DOSTĘP ONLINE.

Sprawdź ofertę

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OSOBA OTRZYMA DOSTĘP DO MATERIAŁU PISMA.

Newsletter

Pismo na bieżąco

Nie przegap najnowszego numeru Pisma i dodatkowych treści, jakie co miesiąc publikujemy online. Zapisz się na newsletter. Poinformujemy Cię o najnowszym numerze, podcastach i dodatkowych treściach w serwisie.

* pola obowiązkowe

SUBMIT

SPRAWDŹ SWOJĄ SKRZYNKĘ E-MAIL I POTWIERDŹ ZAPIS NA NEWSLETTER.

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OTRZYMASZ NAJNOWSZE WYDANIE NASZEGO NEWSLETTERA.

Twoja rezygnacja z newslettera została zapisana.

WYŁĄCZNIE DLA OSÓB Z AKTYWNYM DOSTĘPEM ONLINE.

Zaloguj

ABY SIĘ ZAPISAĆ MUSISZ MIEĆ WYKUPIONY DOSTĘP ONLINE.

Sprawdź ofertę

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OSOBA OTRZYMA DOSTĘP DO MATERIAŁU PISMA.

-

-

-

  • -
ZAPISZ
USTAW PRĘDKOŚĆ ODTWARZANIA
0,75X
1,00X
1,25X
1,50X
00:00
50:00