Twój dostęp nie jest aktywny. Skorzystaj z oferty i zapewnij sobie dostęp do wszystkich treści.


Czytaj i słuchaj bez ograniczeń. Zaloguj się lub skorzystaj z naszej oferty

Esej

Azja Centralna trzydzieści lat po

Niepodległość Kazachstanu, Kirgistanu, Tadżykistanu, Turkmenistanu i Uzbekistanu jest iluzoryczna. Większość z nich nadal nie może się obejść bez Rosji, a dodatkowo uzależniły się od Chin.
rysunek PAWEŁ PATYK

Pod koniec maja w podtaszkenckiej miejscowości Kibraj buldożery zaorały prawie dziewięć hektarów dojrzewających truskawek. Miejscowi chłopi, do których należały plony, próbowali protestować, ale władze kazały im podpisać oświadczenia, że dobrowolnie zgadzają się na rekompensatę w wysokości 20 milionów sumów (7200 złotych) od hektara. Wcześniej – jak sami twierdzą – obiecywano im, że rząd wypłaci po 50 milionów za hektar obsadzonego pola, a po 24 miliony od takiego, z którego owoce już zebrano. Spółdzielnia rolnicza, do której należała ziemia dzierżawiona rolnikom, musiała oddać państwu nie tylko te pola truskawek, ale całą działkę wielkości ponad 20 hektarów. Wszystko dlatego, że to właśnie Kibraj rządzący upatrzyli sobie jako miejsce nowej lokalizacji kompleksu reprezentacyjnego Istiklal oraz otaczającego go parku Nowy Uzbekistan.

–––––––––––––––––––

* W tym historycznym momencie dokładamy wszelkich starań, aby pomóc Wam zorientować się w tej złożonej sytuacji. Sięgamy w tym celu do naszego archiwum – materiały wokół Ukrainy udostępniamy za darmo.

–––––––––––––––––––

Istiklal po uzbecku oznacza „niepodległość”. Wszystkie pięć poradzieckich republik Azji Środkowej będzie świętować jej trzydziestolecie w tym roku, bo wszystkie ogłosiły niepodległość po puczu Janajewa (19–21 sierpnia 1991 roku), nieudanej próbie przejęcia władzy w Związku Radzieckim przez twardogłowych przeciwników reform Michaiła Gorbaczowa. Pierwsi sekretarze wszystkich republik regionu mieli ambiwalentny stosunek do zamachu stanu. Większość z nich nabrała wody w usta i dopiero po klęsce puczystów, kiedy stało się jasne, że ZSRR się rozpada i trwanie w nim nie ma sensu, zdecydowała się na publiczne wystąpienia.

Krótko potem lokalne parlamenty zaczęły tak zwaną paradę niepodległości. Jako pierwszy w regionie deklarację ogłosił Kirgistan (wtedy jeszcze: Kirgizja), już 31 sierpnia. Nazajutrz zrobił to Uzbekistan, 9 września Tadżykistan, 27 października Turkmenistan (wówczas: Turkmenia), a jako ostatni, nie tylko w Azji Środkowej, ale i w całym ZSRR, niepodległość ogłosił Kazachstan – 16 grudnia 1991 roku.

Mapa Azji centralnej.

Wolny i kwitnący kraj

Decyzję o budowie kompleksu Istiklal prezydent Uzbekistanu Szawkat Mirzijojew ogłosił w grudniu ubiegłego roku. Początkowo miał stanąć na miejscu parku w samym centrum stolicy, naprzeciwko posowieckiego Centralnego Domu Handlowego, jednak plany budowy, przewidujące konieczność zniszczenia jednego z bardziej zielonych zakątków Taszkentu, wywołały taki sprzeciw społeczny, że ostatecznie zmieniono lokalizację. Padło właśnie na położony na przedmieściach Kibraj.

Zanim pojawiły się buldożery, miasteczko odwiedził prezydent, który zasadził pierwsze drzewa parku, jaki w przyszłości otoczy kompleks Istiklal. Jak poinformowały służby prasowe Mirzijojewa, widziana z lotu ptaka roślinność będzie się układać w pięć konarów jednego, ogromnego drzewa, symbolizujących pięć głównych kierunków rozwoju Uzbekistanu. Jakie miałyby to być kierunki? Tego władze już nie zdradziły. Prezydent wygłosił przemówienie. „W tym roku obchodzimy trzydziestolecie niepodległości, ale nasza państwowość ma trzy tysiące lat – mówił. – Tu stanie kompleks, który pokaże tę wielką historię. Każdy, kto tu przyjdzie, młodzież, goście z zagranicy, wszyscy będą mogli się z nią zapoznać”.

Budowa kompleksu Istiklal to niejedyny projekt uczczenia trzech dekad niepodległości. Sama rocznica przypada na 1 września, ale obchody trwają w zasadzie przez cały 2021 rok. Już w styczniu nowa naziemna linia stołecznego metra została nazwana „Trzydzieści lat niepodległości Uzbekistanu”. W planach jest jeszcze konferencja międzynarodowa omawiająca osiągnięcia republiki, wydanie księgi pamiątkowej oraz pomniejszych albumów poświęconych reformom przeprowadzonym w poszczególnych sferach gospodarki. Całym obchodom towarzyszy hasło: „Żyjemy w nowym Uzbekistanie – wolnym i kwitnącym kraju!”.

To dość śmiały slogan, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że w Uzbekistanie nigdy nie odbyły się wybory, których wynik nie byłby z góry przesądzony. Według standardów Banku Światowego 37 procent mieszkańców kraju żyje w biedzie, czyli za mniej niż 5,5 dolara dziennie. Choć władze nie podają oficjalnych statystyk z tego zakresu, szacuje się, że kilka milionów Uzbeków pracuje za granicą – głównie w Rosji, a także w sąsiednim Kazachstanie. Wiosną, w porze wzrostu jedwabników, wielu rodzinom z regionów, w których produkuje się jedwab, wciskane są larwy tych owadów do odkarmienia (zjadają one ogromne ilości liści morwy, których zebranie to morderczy dzień pracy dla przynajmniej jednego członka rodziny). A jesienią, w czasie zbiorów bawełny, na pola przymusowo wysyłani są studenci, nauczyciele i inni pracownicy budżetówki, a czasem nawet dzieci.

Prezydent Uzbekistanu wybudował sobie ogromny pałac w górach. Żeby zapewnić mu spokój, na okolicznym terytorium ustanowiono rezerwat przyrody i strefę zakazu lotów.

O to, jak się czuje w tym „wolnym i kwitnącym kraju”, zapytałam uzbecką fotografkę Umidę Ahmedową. Jest jedną z nielicznych postaci tamtejszego życia publicznego, która śmiało mówi, co myśli. Ust nie zamknęły jej szykany, jakim została poddana za poprzedniego prezydenta, Islama Karimowa, który zaczął rządzić Uzbekistanem, gdy ten był jeszcze republiką radziecką, i nie oddał władzy aż do śmierci w 2016 roku.

W 2010 roku Umida miała proces. Oskarżono ją o oczernianie własnego kraju. Jej znane i cenione na całym świecie fotografie i filmy dokumentalne opowiadające o życiu zwykłych Uzbeków i Uzbeczek, celnie punktujące różne krzywdy społeczne, zostały uznane za nieprawomyślne. Psuły wizerunek Uzbekistanu jako państwa nowoczesnego, zasobnego i otwartego na świat. Po groteskowej rozprawie fotografka została uznana winną, ale nie trafiła do aresztu. Władze najwidoczniej uznały, że wsadzenie jej za kratki może tylko zrobić z niej męczennicę, o los której będą dopytywać zachodni politycy podczas wizyt w Taszkencie.

– Za ZSRR mówiono na mnie antysowietczik – zaczęła Umida. – Nie byłam może bardzo aktywną oponentką władzy radzieckiej, ale nigdy jej nie lubiłam, a pierwszego sekretarza Uzbeckiej Partii Komunistycznej nie szanowałam. Oczywiście wtedy było wiele niesprawiedliwości, ale potem zrobiło się jeszcze gorzej – przyznała. Współczesny Uzbekistan nazywa chanatem, nawiązując do przeszłości tych ziem, ale przede wszystkim do autorytarnej natury dzisiejszych rządów. – Strach, który zasiał Islam Karimow, żyje w każdym Uzbeku, we mnie także.

Za Karimowa więzienia pękały w szwach, a tortury były zwyczajną procedurą wydobywania zeznań od aresztantów. Więziono nie tylko opozycyjnych polityków, ale i dziennikarzy, a nawet zwykłych ludzi, którzy choćby w najmniejszy sposób uchybili władzy, na przykład odmawiając zapłacenia haraczu na rzecz mafii powiązanej z rządzącym klanem.

Następca Karimowa, Mirzijojew, ogłosił program reform i liberalizacji. Uwolnił kilku znanych więźniów politycznych odbywających wieloletnie wyroki, wpuścił do Uzbekistanu paru zachodnich dziennikarzy i złagodził napięte stosunki z sąsiadami. Ale korupcji nie zlikwidował. Zmienił się tylko główny beneficjent systemu. Teraz to już nie rodzina Karimowa, a jego własna czerpie krociowe zyski z państwowego majątku.

Niedawno media ujawniły, że Mirzijojew wybudował sobie ogromny pałac w górach, na południowym wschodzie Uzbekistanu. Specjalnie po to, żeby zapewnić mu spokój, na okolicznym terytorium ustanowiono rezerwat przyrody. Obowiązuje też strefa zakazu lotów. Oficjalnie ma to być własność kolei państwowych, ośrodek wczasowy, w którym – jak wyjaśniły służby prezydenta – „od lat wypoczywają prości kolejarze”, ale dziennikarze Radia Ozodlik (uzbeckiej sekcji Radia Wolna Europa) zebrali niezbite dowody na to, że z budowli korzystają wyłącznie prezydent i jego bliscy. Sprawa szybko przebrzmiała, bo gigantyczne majątki rządzących oraz pomieszanie budżetów państwowych i prywatnych wśród przedstawicieli elit politycznych nikogo nie dziwią. – Kiedyś członkowie władz też mieli lepiej niż ogół społeczeństwa, ale to ukrywali. Wstyd im było pokazać, jak dobrze żyją. Dziś robią to otwarcie – skomentowała Umida.

Dostęp online
Zapewnij sobie dostęp online do wszystkich tekstów, nagrań audio i wersji na czytniki. Skorzystaj z oferty

Słowa fotografki pasują zresztą do opisu całego regionu. Ostentacja w konsumpcji u tych nielicznych, którzy mają, i przepaść, jaka dzieli ich od mas tych, którzy nie mają, są wstrząsające. Nigdzie nie widziałam tylu luksusowych samochodów, co na ulicach kazachskich Ałmatów, tylu willi przypominających pałace, co na północnych przedmieściach tadżyckiego Duszanbe, gdzie ludzie z obozu władzy budują swoje domy.

Drzewa na pustyni

Po Uzbekistanie obchody z największą pompą zaplanowano w Turkmenistanie. Władze tego kraju do faktów mają stosunek dość niefrasobliwy, więc niepodległość od trzech lat świętuje się tam, nie jak u sąsiadów, w dniu ogłoszenia deklaracji (czyli 27 października), a miesiąc wcześniej. Parlament, kiedy zmienił datę, specjalnie nawet nie tłumaczył tej decyzji. Ale turkmeńscy komentatorzy z zagranicy odważają się na snucie podejrzeń, że dokonał tego, by uroczystości zbiegły się z zakończeniem urządzanych w Aszchabadzie halowych mistrzostw sportów walki.

W tym roku na trzydziestolecie ma zostać oddanych do użytku trzydzieści obiektów (skojarzenia z tysiącem szkół na tysiąclecie Polski nieprzypadkowe). Kilka już działa, między innymi przepompownia gazu przy złożu Małaj, trzydziestokilometrowy (a jakże!) odcinek kolei od przygranicznej Akiny do Andchoju w Afganistanie oraz linia wysokiego napięcia do samej granicy afgańskiej. W planach jest otwarcie lotniska w miejscowości Kerki, także przy granicy z Afganistanem (to kierunek, przez który Aszchabad chce otworzyć kraj na Pakistan i dalej Indie, by wyjść z klinczu między Chinami a Rosją), kilku stadionów, hoteli i banków w stolicy, centrum kongresowego, a także dwóch sal koncertowych w kształcie gigantycznych jurt, mieszczących po trzy tysiące słuchaczy każda. W stepowo-pustynnym Turkmenistanie zostanie też zasadzonych trzydzieści milionów nowych drzew. A samego 27 września planowana jest ogromna parada wojskowa.

Kraj od lat boryka się z poważnym kryzysem gospodarczym, który pandemia, formalnie w nim nieobecna, jeszcze pogłębiła. W sklepach brakuje żywności, nie działa podstawowa opieka medyczna. Turkmenistan jest jednym z nielicznych państw na świecie, w którym nawet szczepienia przeciw COVID-19 są częściowo odpłatne.
To też jedyny kraj regionu, któremu po rozpadzie ZSRR udało się w dużym stopniu uniezależnić od rosyjskiego starszego brata. Aszchabad bardzo szybko ogłosił neutralność, nie wstąpił do organizowanego przez Moskwę sojuszu wojskowego nazwanego Układem o Bezpieczeństwie Zbiorowym. Ale uwolniwszy się od Rosji, wpadł w inne sidła. Praktycznie jedynym jego źródłem dochodu jest sprzedaż gazu. Kiedyś, za ZSRR i w czasach bezpośrednio po jego upadku, prawie cała produkcja tego surowca szła na północ, do Rosji, ale od 2009 roku, kiedy powstał wybudowany za chińskie pieniądze rurociąg na wschód, Turkmenistan uzależnił się od Pekinu, bo to jemu sprzedaje ponad 90 procent swojego gazu.

Szczęśliwe życie Tadżyków

Nadal zależny – praktycznie we wszystkim, od Rosji albo od Chin – jest Tadżykistan, choć rozmach, z jakim świętuje trzydzieści lat niepodległości, sugeruje co innego. Już w styczniu prezydent Emomali Rahmon, który notabene jest najdłużej sprawującą urząd głową państwa w regionie (w listopadzie stuknie mu dwadzieścia dziewięć lat u władzy, a więc tylko rok mniej, niż liczy sobie niepodległy Tadżykistan), przedstawił narodowi symbol trzydziestolecia niepodległości.

To okrągła plakietka przypominająca trochę radzieckie odznaki turystyczne. Pośrodku wielka trzydziestka w kolorach flagi narodowej: zielonym, białym i czerwonym. Nad nią ośnieżone szczyty na tle błękitnego nieba (to odwołanie do faktycznie niesamowitej tadżyckiej przyrody), które jak wyjaśnił Rahmon, mają symbolizować spokój ducha i szczęśliwe życie Tadżyków, niżej zielone lasy i pola uprawne, a na dole trzy strategiczne cele republiki. Wielki węzeł trójpasmowej autostrady, bo z drogami w Tadżykistanie jest kiepsko, jedyny dłuższy odcinek wielopasmówki prowadzi z miasta Kulab, z którego pochodzi prezydent i cała rządząca wraz z nim klika, do stolicy. Tunel, bo w tej górzystej republice jedynie tunele pozwalają na całoroczną komunikację pomiędzy wszystkimi regionami kraju, a do ich budowy Tadżykistanowi brakuje i pieniędzy, i know-how. Wreszcie hydroelektrownia, bo energia to wielka zmora Tadżykistanu. Uzależniony od dostaw rosyjskiego gazu, w odróżnieniu od sąsiadów posiada bardzo ograniczone zasoby własnych paliw kopalnych, na dodatek kosztownych w wydobyciu, bo położonych wysoko i w trudno dostępnym terenie.

Alternatywą jest energia wodna, a spiętrzonych górskich rzek w kraju nie brakuje. Dokończenie rozpoczętej jeszcze za Sojuza budowy hydroelektrowni Rogun stało się wielkim projektem Rahmona, ale latami nie był w stanie go dokończyć ze względu na ogromny koszt inwestycji i spory z Uzbekistanem, którego chwiejna równowaga wodna zostałaby zachwiana na czas wypełniania się zbiornika powstałego w wyniku wzniesienia zapory. Teraz, kiedy stosunki z Mirzijojewem są znacznie cieplejsze niż z jego poprzednikiem, wizja ukończenia elektrowni stała się wreszcie realna.

W całym państwie z okazji trzydziestolecia ma powstać 210 obiektów: szpitali, przychodni lekarskich, szkół. Według oficjalnych komunikatów już 185 z nich oddano do użytku. Rządowy komitet do spraw młodzieży i sportu ogłosił konkurs na najlepszy artykuł pod tytułem Młodzież i trzydzieści lat niepodległości, by „podnieść poziom patriotyzmu i świadomości politycznej”. Ustanowiono również medal trzydziestolecia, który będzie wręczany za zasługi dla obrony państwowości, wsparcie reform gospodarczych oraz przyczynianie się do rozwoju sztuki, kultury i nauki.

W Tadżykistanie mało kto dobrze włada językiem tadżyckim. Ludzie nie są w stanie poprawnie napisać najprostszego oficjalnego dokumentu, a urzędnicy nie potrafią go potem odczytać.

Szczególnie ustanowienie medalu wydaje się gorzką ironią w kraju, gdzie wszelkie przejawy nieskrępowanej twórczości są tępione, a ostatnim niezależnym mediom rząd próbuje dociskać śrubę do tego stopnia, że nikt z moich znajomych tadżyckich dziennikarzy i dziennikarek nie chciał się wypowiedzieć do tego tekstu pod nazwiskiem. „Do prawdziwej niepodległości wciąż nam jeszcze bardzo daleko. To ogromna odpowiedzialność, a nikt tu na nią nie jest gotowy. Władze faworyzują swoich, rządzi dosłownie jeden klan, brak faktycznej wolności słowa. Jeśli wydrukujesz to pod moim nazwiskiem i artykuł jakimś sposobem dotrze do Tadżykistanu, małe szanse, że jeszcze następnego dnia będę pracować w mediach” – napisała mi jedna z indagowanych przeze mnie osób, pracująca w zagranicznej redakcji, co pokazuje, że nawet one obawiają się tadżyckiej cenzury i represji, jakie spotykają tych, którzy zbyt otwarcie krytykują reżim Rahmona. Tadżyckie więzienia pełne są niepokornych dziennikarzy, blogerów i obrońców praw człowieka, którzy mieli czelność otwarcie bronić ofiar systemu.

Inna moja tadżycka znajoma, politolożka, również niechcąca ujawniać nazwiska, napisała: „Wykształcenie jest głównym wskaźnikiem rozwoju państwa. A my do tej pory mamy system odziedziczony po czasach radzieckich. Owszem, przykłada się więcej wagi do nauczania języka tadżyckiego, w szkołach są czytane książki rodzimych pisarzy i poetów. Ale poziom kształcenia bardzo się obniżył. Prawie już nie ma dobrych nauczycieli. Język tadżycki ma teraz status jedynego państwowego, ale mało kto dobrze nim włada. Język potoczny bardzo się różni od literackiego. Ludzie nie są w stanie poprawnie napisać najprostszego oficjalnego dokumentu, a urzędnicy nie potrafią go potem odczytać”.

Tymczasem Tadżykistan mianuje się dziedzicem jednej z najstarszych i najbardziej wysublimowanych kultur literackich na świecie – wielkiej tradycji literatury perskiej. Mimo to rząd poza postawieniem kiczowatych rzeźb dawnym perskim poetom, takim jak Rudaki czy Ferdousi, niewiele zrobił dla podtrzymania kultury słowa. Tadżyccy intelektualiści na przełomie lat 80. i 90. głośno domagali się nauczania miejscowej historii i literatury. Tadżycka SRR była pierwszą republiką regionu, która przyjęła ustawę o własnym języku państwowym (w lipcu 1989 roku). Tymczasem za niepodległości tamtejsi twórcy albo wyjechali za granicę, jak choćby znany na całym świecie reżyser Bachtiar Chudojnazarow, autor między innymi Księżycowego taty, albo zmienili zawód, albo klepią biedę.

Tadżyckie księgarnie sprzedają głównie podręczniki, nieliczne przedruki literatury zachodniej i rosyjskiej, a przede wszystkim dzieła rzekomo napisane przez samego prezydenta, których przecież i tak nikt nie czyta. Kiedy kilkanaście lat temu budowano w Duszanbe wielką Bibliotekę Narodową, w całym kraju ogłoszono obowiązkową zbiórkę tomów do jej księgozbioru. Pozyskane od ludności woluminy tak nieumiejętnie składowano w nieprawidłowo postawionym gmachu, że większość spleśniała w podmokłych piwnicach, zanim w ogóle trafiła na półki.

Nawet takimi atrybutami niezależności jak własna silna armia i stabilne granice reżim nie może się pochwalić. Co kilka miesięcy na granicy tadżycko-kirgiskiej dochodzi do starć o jej przebieg i kluczowy w regionie dostęp do wody. Rządy obu państw dopiero niedawno wypracowały porozumienie, ale czas pokaże, czy będzie przestrzegane. Na dodatek władze Tadżykistanu w 2011 roku zgodziły się oddać Chinom ponad 1200 kilometrów kwadratowych swojego terytorium w Pamirze, co nie spotkało się z zadowoleniem obywateli. Pekin oficjalnie zgodził się w zamian zrezygnować z pozostałych roszczeń terytorialnych wobec Duszanbe, ale w chińskich mediach co i raz pojawiają się teksty tamtejszych analityków (historyków, geografów, politologów) dowodzące, że tak naprawdę cały Pamir należy się Chinom. Mimo usilnych próśb Duszanbe, a nawet Moskwy, rząd chiński nie zakazuje ani nawet nie potępia takich publikacji.

Granic Tadżykistanu bronią rosyjscy pogranicznicy, a pod Duszanbe stacjonuje 201. rosyjska dywizja zmechanizowana, która jest najsprawniejszą jednostką wojskową w kraju. Tadżycy masowo do niej wstępowali (teraz już mniej, odkąd łatwiej w Rosji o pozwolenie na pracę), bo za kilka lat służby można było zdobyć rosyjskie obywatelstwo. Jest ono wyjątkowo pożądane, ponieważ dla wielu tadżyckich mężczyzn jedynym sposobem utrzymania rodziny jest wyjazd do pracy za granicę, najchętniej właśnie do Rosji. Przed pandemią około 40 procent tadżyckiego PKB pokrywały transfery pieniężne wysyłane do rodzin w kraju przez pracujących tam migrantów. Potem wielu z nich straciło pracę lub utknęło w kraju bez możliwości powrotu do Rosji. Najprawdopodobniej właśnie dlatego tadżyckie władze od końca stycznia upierają się, że zwalczyły epidemię COVID-19, ale w Rosji długo nikt im nie wierzył. Moskwa nie tylko nie wpuszczała robotników; także 26 tysięcy tadżyckich studentów nie mogło wrócić na uczelnie. Kiedy wreszcie późną wiosną wznowiono loty z Duszanbe do rosyjskich miast, ceny tak poszybowały w górę, że nierzadko na wyjazd jednego pracownika musiała się składać cała wioska.

Wzmożona praca

Jedynym krajem regionu, którego gospodarka na tyle prężnie się rozwija, by obywatele nie musieli masowo szukać pracy za granicą (jak w przypadku Uzbekistanu, Kirgistanu i Tadżykistanu) lub przymierać głodem (jak w Turkmenistanie, skąd wyjazdy przez zamknięty charakter dyktatury są bardzo utrudnione), jest Kazachstan. Jednak nawet tu 850 tysięcy obywateli żyje poniżej progu ubóstwa. Na dodatek kraj przeszedł przez pandemię nieźle poturbowany. W pierwszej jej fazie rząd zupełnie sobie nie radził z rosnącą liczbą zakażonych. Tamtejszy krytyczny wobec rządu politolog, Dosym Satpajew, powiedział mi: – W aptekach brakowało nawet najbardziej podstawowych lekarstw na przeziębienie, państwo okazało się zupełnie nieprzygotowane na sytuację kryzysową.

Zdaniem Satpajewa pandemia lepiej niż jakakolwiek opozycja – słaba i prześladowana – obnażyła słabości rządu Kasyma-Żomarta Tokajewa, który od dwóch lat stoi na czele republiki. Świadome swojej topniejącej popularności władze nie tylko wzmocniły represje wobec oponentów politycznych, ale postawiły na odnowę wizerunku. Dlatego w związku ze zbliżającym się trzydziestoleciem niepodległości Tokajew oświadczył, że „to nie czas na jakieś liczne i huczne uroczystości. Rocznicę trzeba uczcić wzmożoną pracą”. Wspomniał też o przeprowadzeniu reform, które ułatwią życie mieszkańcom.

Symboliczna oprawa trwających praktycznie cały 2021 rok obchodów nastawiona jest w Kazachstanie na zachęcanie obywateli do akcji wolontariackich i samopomocy, co jak sama podejrzewam, ma pokryć niedostatki państwa i władz lokalnych w spełnianiu ich podstawowych obowiązków. Dobrym przykładem była zainaugurowana wiosną wśród mieszkańców otaczającego stolicę obwodu akmolińskiego akcja okrzyknięta przez prorządowe media „maratonem dobrych uczynków”. W jej ramach ochotnicy odśnieżali na przykład ulice i dostarczali pomoc materialną do najbiedniejszych domów.

Doświadczenia przeszłych pokoleń

Skromniej niż u sąsiadów zapowiada się także święto niepodległości w Kirgistanie. Choć tamtejsza rocznica przypadnie najwcześniej, bo już 31 sierpnia, to rząd dopiero w połowie czerwca zwołał posiedzenie, którego celem było ustalenie przebiegu obchodów. Zadecydował, że w dniu rocznicy odbędzie się specjalny program teatralny oraz koncert z udziałem gwiazd estrady nie tylko z Kirgistanu, lecz także z Uzbekistanu i Kazachstanu.

Władze nie miały głowy, by wcześniej zająć się obchodami rocznicowymi. W październiku ubiegłego roku nastąpiła tam kolejna, trzecia w ciągu niespełna dwóch dekad, niespodziewana zmiana władzy. Najpierw w 2005 roku Kirgizi obalili rządzącego od początku niepodległości prezydenta Askara Akajewa. Pięć lat później z władzą musiał się pożegnać jego następca, Kurmanbek Bakijew. W zeszłym roku, po wyborach parlamentarnych uznanych za sfałszowane nawet przez państwową Centralną Komisję Wyborczą, do dymisji podał się prezydent Sooronbaj Dżeenbekow. Premierem został wypuszczony w czasie protestów z więzienia polityk o temperamencie trybuna ludowego, Sadyr Dżaparow, którego w styczniu wybrano na prezydenta, i zaraz zabrał się za zmienianie konstytucji. Wiosną nowa ustawa zasadnicza została przyjęta w referendum.

Młodą kirgiską inteligencję martwi zapis o Kurułtaju powoływanym przez prezydenta. To jawne odwołanie do starych obyczajów. Był to rodzaj zjazdu przywódców plemiennych.

Do tej pory Kirgistan, choć obok Tadżykistanu najbiedniejszy w regionie, bo tak samo pozbawiony surowców i położony na trudno dostępnym, górzystym terenie, był zdecydowanie najbardziej pluralistycznym państwem regionu. Kirgiskim sądom zdarza się podejmować niesprawiedliwe czy motywowane politycznie wyroki, politycy, nawet ci na najwyższym szczeblu, bywają skorumpowani i zblatowani z podejrzanej proweniencji biznesem, ale przynajmniej w tutejszym parlamencie zasiadają reprezentanci wielu realnie istniejących partii politycznych, którzy toczą ze sobą autentyczne debaty, a nie przytakują rządzącemu od kilkudziesięciu lat prezydentowi.

Młoda i dynamiczna kirgiska inteligencja, wykształcona za granicą albo na założonym w Biszkeku przez Open Society Institute George’a Sorosa Amerykańskim Uniwersytecie w Azji Środkowej, martwi się, że niektóre zapisy nowej konstytucji mogą to zmienić. Prawniczkę Sanję Toktogazijewą szczególnie niepokoi zapis z preambuły. – Mówi ona o kierowaniu się tradycją i doświadczeniem przeszłych pokoleń. To niebezpieczna furtka, która może pozwolić naruszyć priorytet, jaki zawsze w demokratycznym państwie powinno mieć prawo stanowione – uważa. Jej zdaniem odwołania do wartości moralnych i tradycyjnych instytucji społecznych, takich jak rodzina, religia i obyczaje, mogą podkopać rządy prawa i wzmocnić patriarchalną kulturę, która i tak jest zmorą kirgiskiego społeczeństwa, a zwłaszcza kirgiskich kobiet.

Innych krytyków martwi też zapis o tradycyjnym Kurułtaju powoływanym przez prezydenta. To jawne odwołanie do starych kirgiskich obyczajów. Był to rodzaj zjazdu przywódców plemiennych. Dziś takie ciało może umniejszyć znaczenie i tak osłabionego nowymi zapisami parlamentu na rzecz zwołującego Kurułtaj prezydenta.
Na razie jest za wcześnie, by orzec, czy wprowadzając nową konstytucję, Kirgistan dołącza do autorytarnych sąsiadów, ale tamtejsze dość prężne na tle regionu społeczeństwo obywatelskie i media mogą się czuć zaniepokojone. Tym bardziej że Dżaparow, choć doszedł do władzy pod hasłami walki z korupcją, już pokazał, że przychylnych sobie i swoim przyjaciołom skorumpowanych oligarchów traktuje łagodniej, niż wynikałoby to z jego medialnych zapewnień.

Utracone zdobycze Października

Bilans ostatnich trzech dekad w państwach Azji Środkowej wypada dość słabo. Da się zaobserwować prawidłowość: im huczniej planowane obchody, tym mniej powodów do świętowania. Niepodległość państw Azji Centralnej jest iluzoryczna. Po trzydziestu latach od rozpadu ZSRR większość z nich nadal nie może się obejść bez Moskwy, a dodatkowo uzależniła się jeszcze od Pekinu. To Chińczycy inwestują w tamtejszy przemysł wydobywczy, budują infrastrukturę transportową oraz dostarczają nowe technologie.

Niewątpliwym plusem niepodległości, a bardziej jeszcze rozpadu ZSRR, jest możliwość wyjazdów za granicę i lepszy kontakt ze światem. Większość środkowoazjatyckich społeczeństw nie do końca może się jednak cieszyć tą wolnością przemieszczania się, bo ich członkowie często ledwo wiążą koniec z końcem, a gros krajów jest dla nich zwyczajnie za drogie.

U progu niepodległości Kirgizów mamiono, że ich kraj będzie drugą Szwajcarią, prezydent Kazachstanu mówił, że zmieni kraj w drugi Kuwejt, a Tadżykom wmawiano, że siedzą na złocie i wystarczy kilka lat, aby każdy obywatel skorzystał z tych bogactw naturalnych. Oczywiście żadna z tych obietnic się nie ziściła, a jedynymi beneficjentami nowych systemów są ludzie skupieni wokół władzy, krewni i znajomi prezydentów oraz ich poplecznicy.
Wszyscy moi środkowoazjatyccy rozmówcy, których prosiłam o podsumowanie trzydziestu lat niepodległości, pisali o niepewności i niepokoju o przyszłość swoją i swoich dzieci. Wobec takiego braku perspektyw nie dziwi drenaż mózgów, który dotyka wszystkie pięć republik. Każdy, kto ma wystarczająco talentu, samozaparcia i kontaktów, wyjeżdża z kraju albo przynajmniej poważnie rozważa taką możliwość.

Sowieci odebrali społeczeństwom Azji Centralnej ich najcenniejsze zdobycze cywilizacyjne oraz poczucie dumy z własnej kultury i historii.

Przez trzydzieści lat kraje Azji Środkowej nie stały się jednoznacznie lepszymi miejscami do życia, niż były jako radzieckie republiki. Sowieci odebrali tamtejszym społeczeństwom ich najcenniejsze zdobycze cywilizacyjne oraz poczucie dumy z własnej kultury i historii. Ciekawie mówi i pisze o tym kirgiski intelektualista Eleri Bitikczi. W opublikowanym na blogu artykule sprzed kilkunastu lat przyrównał współczesnych Kirgizów do Mankurtów z powieści Dzień dłuższy niż stulecie Czyngiza Ajtmatowa, ludzi, którzy stracili własną tożsamość, przyjmując kulturę najeźdźcy (w domyśle Rosjan, a potem także przecież rosyjskich Sowietów). „Wszystko, co było esencją naszej kirgiskiej kultury, władza radziecka zamieniła w symbol zacofania. Koczownictwo stało się symbolem dzikości, jurta synonimem prymitywu. Wmówiono nam, że nasze wartości, czyste powietrze, nieskalną przyrodę, warto zamienić na kołchozy, fabryki i mieszkania w blokach” – mówił Bitikczi w wykładzie wygłoszonym dla Radia Wolna Europa.

Środkowoazjatyckie społeczeństwa tracą dziś nawet to, co niewątpliwie zyskały dzięki ZSRR. Tak zwane „zdobycze Października”, jak edukacja czy prawa kobiet, w wielu obszarach regionu znajdują się w regresie. Stuprocentowa alfabetyzacja z końca lat 80. XX wieku dziś już nie jest normą. Zdarzają się małżeństwa nieletnich, surowo zakazane w czasach radzieckich. W wielu wiejskich regionach Tadżykistanu i Uzbekistanu w starszych klasach regularnie ubywa dziewczynek, bo te są wydawane przez rodziców za mąż. Wróciła nawet poligamia, nigdzie prawnie nieusankcjonowana, ale na obszarach wiejskich akceptowana społecznie. W Kirgistanie pod pozorem pielęgnowania tradycji przyzwala się na porywanie kobiet w celach matrymonialnych. W Uzbekistanie dofinasowane z państwowego budżetu produkcje filmowe opiewają tradycyjny model rodziny, w którym kobieta dzieli swój czas pomiędzy gotowanie i parzenie herbaty dla męża i teściów a podmiatanie podwórka. Bohaterki tych dzieł z radością rezygnują z kariery zawodowej, najważniejsze jest dla nich założenie rodziny, tak zwane z rosyjska żenskoje sczastie.

W sytuacji, gdy bilans ostatnich trzech dekad jest tak niekorzystny, a lista pozytywów niepodległości znacznie krótsza niż negatywów, zaskakuje wciąż jednak entuzjastyczny stosunek wielu mieszkańców regionu do własnej państwowości. Każdego roku, w kolejne rocznice przyjmowanych przez te państwa (wtedy jeszcze republiki radzieckie) deklaracji niepodległości, Facebook zakwita narodowymi flagami, a moi kirgiscy, uzbeccy czy tadżyccy znajomi życzą sobie wszystkiego dobrego z okazji dnia niepodległości.

Żyć normalnie

W 1991 roku pięć radzieckich republik Azji Środkowej, po raz pierwszy w historii pod takimi nazwami i w takich granicach jak obecnie, stało się uznanymi międzynarodowo niepodległymi bytami i niewątpliwie większość ich obywateli czerpie z tego satysfakcję. Tą satysfakcją grają rządzące państwami regionu elity, które często nie miały innego pomysłu na siebie niż przedzierzgnięcie się z komunistycznych kacyków w nacjonalistycznych przywódców, dla których głównym źródłem legitymizacji jest stworzenie i utrzymanie narodowej państwowości.

Czasem prowadziło to do zabawnych absurdów, jak w przypadku sporu (obecnie byłego) prezydenta Kazachstanu Nursułtana Nazarbajewa z kilkoma dziennikarzami Radia Azattyk, kazachskiego oddziału Radia Wolna Europa, którzy wykazali, że podkreślając swoją rolę w umocnieniu kazachskiej państwowości, potwierdził jedynie obraźliwe dla Kazachów rosyjskie insynuacje, jakoby ich przodkowie nigdy nie żyli we własnym państwie.

W 2005 roku nacjonalista i główny prowokator rosyjskiej sceny politycznej Władimir Żyrinowski, który zresztą wywodzi się z rosyjskojęzycznej mniejszości w Kazachstanie, powiedział w wywiadzie dla radia Echo Moskwy: „Granica z Kazachstanem należy do tych najbardziej bez sensu. O ile granice z krajami bałtyckimi, z Polską czy Finlandią są granicami z historycznymi państwami, o tyle czegoś takiego jak państwo Kazachstan nigdy, w całej historii ludzkości, nie było”. Prokuratura generalna Kazachstanu dopatrzyła się w tej wypowiedzi „znamion wzbudzania wrogości pomiędzy narodami Rosji i Kazachstanu oraz próby skalania narodowej dumy i godności osób narodowości kazachskiej”. Ówczesny prokurator generalny Kazachstanu wysłał do swojego rosyjskiego odpowiednika pismo, namawiając go do wszczęcia postepowania przeciwko Żyrinowskiemu, i sugerując, że polityk dopuścił się przestępstwa. A ministerstwo spraw zagranicznych Kazachstanu ogłosiło go persona non grata.

Skoro Kreml bezpardonowo upomniał się o rzekomo łamane prawa ludności rosyjskojęzycznej na Donbasie i Krymie, dlaczego nie miałby tego samego zrobić w przypadku Kazachstanu?

Ledwie kilka miesięcy później Nazarbajew powiedział podczas wywiadu: „Kazachstan nigdy nie miał granic. W dzisiejszych, określonych granicach nigdy nie było państwowości”. W 2011 roku powtórzył tę myśl, stwierdzając: „Kazachskiego państwa nigdy nie było, bo nie miało wyraźnych granic. My [stosowane zapewne w charakterze pluralis maiestatis – przyp. L.W.], po raz pierwszy wyznaczywszy te granice, doprowadziliśmy to aż do Organizacji Narodów Zjednoczonych chodzi o to, że granice zostały uznane na arenie międzynarodowej – przyp. L.W. Nigdy wcześniej Kazachowie z własnej woli nie budowali swojej stolicy”. Dziennikarze Radia Azattyk zestawili te dwie wypowiedzi prezydenta z fragmentem wywiadu Echa Moskwy z Żyrinowskim, po czym zwrócili się do prokuratury, by oceniła, czy prezydent, mówiąc z grubsza to samo, co tak wyraźnie potępiony Rosjanin, także nie dopuścił się przestępstwa. Prokuratura zwlekała z odpowiedzią, w końcu, złamawszy wszystkie wyznaczone ustawami terminy, wielokrotnie ponaglana przez autorów pisma, wydała oświadczenie, że dziennikarze zestawili ze sobą zdania wyrwane z kontekstu, w rezultacie czego wystąpienie prezydenta Nazarbajewa „zinterpretowali jako zbieżne z wywiadem udzielonym przez Żyrinowskiego”. Zdaniem prokuratury jednak taka zbieżność nie występuje, „nie widzi [ona – przyp. red.] podstaw, by wydawać opinię prawną na temat wspomnianego przemówienia prezydenta Republiki Kazachstanu”.

Kwestia istnienia lub nie kazachskiej państwowości, w zależności od tego, kto ją podnosi, może też mieć znacznie bardziej ponury wydźwięk, co ukazuje, jak krucha jest ogłoszona przed trzydziestu laty niepodległość. Latem 2014 roku na dorocznym spotkaniu z prokremlowską młodzieżą organizowanym nad jeziorem Seliger prezydent Rosji Władimir Putin, chwaląc Nazarbajewa, stwierdził, że jego kazachski kolega dokonał rzeczy wyjątkowej: „Stworzył państwo na obszarze, na którym nigdy państwa nie było”, a później jeszcze powtórzył, że „Kazachowie nigdy nie mieli państwa”.

Kazachów słowa oburzyły. Internet zaroił się od memów ze Złotą Ordą hołdującą mikroskopijne księstewka ruskich kniaziów. Cel był jasny: pokazać Putinowi i rosyjskiej opinii publicznej, że kazachskie doświadczenia z państwowością są znacznie starsze niż te rosyjskie. Działo się to w czasie, gdy rozpętana przez Rosję krwawa wojna na Ukrainie wchodziła w najostrzejszą fazę, słowa Putina odebrano więc jako zawoalowaną groźbę. Skoro Kreml bezpardonowo upomniał się o rzekomo łamane prawa ludności rosyjskojęzycznej na Donbasie i Krymie, dlaczego nie miałby tego samego zrobić w przypadku Kazachstanu, którego populacji stanowi ona blisko dwadzieścia procent? Nazarbajew to pokorny sojusznik Moskwy, ale dlaczego by mu nie przypomnieć, kto rozdaje karty w poradzieckiej przestrzeni?

darowizna na rzecz fundacji pismo

Można zrozumieć, dlaczego Nazarbajew tak bardzo chwalił się wszystkimi atrybutami państwowości: granicami, członkostwem w ONZ czy stolicą. Podobnie zresztą robią jego koledzy z pozostałych państw regionu. Sukcesów na innych polach mają niewiele, a ich dokonania wypadają blado w porównaniu z poprzednią epoką.

Myślę, że bardziej niż zadowolenie z tego, co jest, za składanymi sobie w mediach społecznościowych życzeniami z okazji niepodległości kryje się nadzieja, żeby wreszcie zrobiło się lepiej. Nikt już chyba nie liczy na drugi Kuwejt czy drugą Szwajcarię. Wszyscy chcieliby po prostu Turkmenistanu, Uzbekistanu czy Kirgistanu, z których nie trzeba wyjeżdżać, by cieszyć się podstawowymi wolnościami, gdzie można uczciwie żyć i pracować. A jak się już wyjedzie – nie być przedmiotem niewybrednych żartów o specjalistach od remontów i przekupniach, bo z tymi zawodami kojarzą się dziś na świecie mieszkańcy Azji Centralnej.

Grafika z pływaczkami na basenie odnosząca do spisu treści sierpniowego numeru Pisma.

Esej ukazał się w sierpniowym numerze miesięcznika „Pismo. Magazyn Opinii” (8/2021) pod tytułem Chcieliście Kuwejt, macie chanat.

Newsletter

Pismo na bieżąco

Nie przegap najnowszego numeru Pisma i dodatkowych treści, jakie co miesiąc publikujemy online. Zapisz się na newsletter. Poinformujemy Cię o najnowszym numerze, podcastach i dodatkowych treściach w serwisie.

* pola obowiązkowe

SUBMIT

SPRAWDŹ SWOJĄ SKRZYNKĘ E-MAIL I POTWIERDŹ ZAPIS NA NEWSLETTER.

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OTRZYMASZ NAJNOWSZE WYDANIE NASZEGO NEWSLETTERA.

Twoja rezygnacja z newslettera została zapisana.

WYŁĄCZNIE DLA OSÓB Z AKTYWNYM DOSTĘPEM ONLINE.

Zaloguj

ABY SIĘ ZAPISAĆ MUSISZ MIEĆ WYKUPIONY DOSTĘP ONLINE.

Sprawdź ofertę

-

-

-

  • -
ZAPISZ
USTAW PRĘDKOŚĆ ODTWARZANIA
0,75X
1,00X
1,25X
1,50X
00:00
50:00