Budzi się w Londynie, dzień spędza w Paryżu, zasypia w samolocie do Nowego Jorku. Na lotnisko dojeżdża służbowym samochodem. Częściej rozmawia po angielsku niż w jakimkolwiek innym języku, nawet jeśli nie urodził się w USA czy Wielkiej Brytanii. Pracuje – albo już niedługo będzie pracować – w międzynarodowych gremiach i korporacjach. Zarządza – albo już niedługo będzie zarządzać – strukturami, które przekraczają granice państw i kontynentów. Same te granice są dla niego płynne i konwencjonalne. Nie przejmuje się nimi. Traktuje je jak przeszkodę, relikt dawnych czasów, który należałoby przezwyciężyć.
Nie jest przywiązany do własnego pochodzenia, tradycji i historii. Państwa narodowe oraz ich rządy traktuje jako zło konieczne i dąży do tego, by w jak najmniejszym stopniu przeszkadzały mu w realizacji interesów i projektów jego organizacji lub korporacji. Punktem odniesienia jest dla niego cały świat. Z żadnym konkretnym miejscem nie odczuwa specjalnej więzi, nie uznaje lokalnych lojalności. Identyfikuje się bardziej z przedstawicielami swojej organizacji lub instytucji niż z sąsiadami – chyba że są to podobni mu mieszkańcy „całego świata”. Spotyka ich czasem, choć raczej rzadziej niż częściej, za murami grodzonych, strzeżonych osiedli.
W przeciwieństwie do dawnej arystokracji, która – przynajmniej częściowo – miała świadomość, że swój przywilej zawdzięcza urodzeniu w określonej warstwie społecznej, on sądzi, że wszystko, co ma, zawdzięcza sobie. Nie czuje wdzięczności wobec poprzednich pokoleń ani odpowiedzialności za przyszłe. Jest przekonany, że świat, w którym żyje, i miejsce, które zajmuje, są mu dane raz na zawsze. Nie zna pojęcia tragizmu. Swoje położenie na drabinie społecznej – oraz kształt tej drabiny – traktuje jak oczywistość. Czuje się ostatnim, najwyższym ogniwem kulturowej ewolucji. I z tej właśnie perspektywy ocenia wszystko inne.
To tylko jedno z możliwych jego wcieleń. Może być bardzo bogaty, ale nie musi. Najistotniejszym aspektem jego tożsamości nie jest stan posiadania, lecz brak przywiązań do systemu wartości, lokalnej tradycji czy języka. A przede wszystkim – do wspólnoty, z której się wywodzi. Żyje na poziomie, który daje mu znaczną autonomię wobec sektora usług publicznych. Korzysta więc raczej z prywatnej służby zdrowia. Mieszka na zamkniętych osiedlach, a nie w blokowiskach. Porusza się raczej własnym samochodem niż środkami transportu publicznego. Dzieci wysyła do prywatnych szkół. Bywa przedstawicielem szeroko rozumianej klasy „analityków symbolicznych”: ludzi zajmujących się przetwarzaniem informacji, nie zaś wytwarzaniem materialnych dóbr. Może być więc zarówno politykiem, jak i finansistą, urzędnikiem na szczeblu międzynarodowym, prawnikiem w wielkiej korporacji, influencerem, pracownikiem naukowym, …
Aby przeczytać ten artykuł, zaloguj się lub skorzystaj z oferty.
Czytaj i słuchaj treści, które poszerzają horyzonty, inspirują do rozmów i refleksji. Wypróbuj „Pismo” przez miesiąc. Możesz zrezygnować w każdej chwili.
Dostęp online
wersja audio i na czytniki,
dostęp do aplikacji i serwisu
14,99 / miesiąc
Prenumerata
co miesiąc papierowe wydanie,
dostęp online do aplikacji i serwisu
24,99 / miesiąc

Esej ukazał się w kwietniowym numerze „Pisma” (4/2026) pod tytułem Upadek człowieka z Davos.