Wersja audio

Rysunek Anna Głąbicka
Jaki jest dziś nasz Eros? Może wystarczy zajrzeć do science fiction du jour. Przeczytałam Co możemy wiedzieć Iana McEwana, książkę opowiadającą o przyszłości, a konkretnie o 2119 roku. Podczytywałam ją w kolejnych środkach transportu, na przykład w samolocie, co jest o tyle interesujące, że u McEwana przyszłość jest takich cudów jak samoloty całkowicie pozbawiona, świat został bowiem dotknięty katastrofą nuklearno-ekologiczną, a Wielka Brytania to teraz archipelag maleńkich wysepek pozalewany wokół morzem. Narrator Tom Metcalfe, historyk literatury, usiłuje odnaleźć wiersz pewnego genialnego poety, współczesnego nam, czytelnikom; wiersz nie zachował się w druku, został tylko raz odczytany przez autora na obiedzie z przyjaciółmi.
Badania historycznoliterackie Toma sprowadzają się do czytania masy internetowych śmieci, które pozostawili po sobie uczestnicy owego obiadu; ale mocniej niż te poszukiwania uderzyła mnie nostalgia, jaką narrator odczuwa za XXI wiekiem. Na pytanie partnerki, co go tam tak pociąga, odpowiada: „Moja lista była długa. Wiszące mosty, orkiestry, imprezy uliczne i tysiące rodzajów muzycznych festiwali; uprawianie ogródków i gotowanie (…), parady gejów, ryzyka, na jakie decydowano się w kwestii AI, poczucie humoru, bezpieczne samoloty, uwielbienie bezsensownych sportów. Sto tysięcy ludzi na meczu piłki nożnej! (…) Rose, czy zdajesz sobie sprawę, jak wspaniałe było wtedy jedzenie?” [przeł. K.L.]. Tom żyje w świecie z konieczności ascetycznym, w którym ludzie jeżdżą na rowerach, jedzą batony proteinowe, internet reglamentuje im Nigeria, niechętnie się rozmnażają i uważają nas, swoich przodków z XXI wieku, za bezmyślnych autorów zniszczenia planety. To przyszłość w świecie, który się sobą rozczarował; w której można tylko wstydliwie tęsknić za głupim, ale jednak złotym wiekiem. „Wreszcie adekwatny opis przyszłości – myślałam sobie. – Wślizguje się na moje intuicje jak obcisła, nieco szorstka rękawiczka”.
I gdybym przypadkiem nie zaczęła porządkować sterty starych książek, zupełnie bym zapomniała, że przecież w przeszłości przyszłość wyglądała zupełnie inaczej! Znalazłam stare wydanie Preludium Fundacji Isaaca Asimova traktującej o matematyku Harim Seldonie. Wymyśla on psychohistorię, naukę przewidującą losy ludzkości. Swoim odkryciem pakuje się w problemy, ale dzięki niemu być może uratuje też cywilizację. Musi tylko uciec przed złymi ludźmi, co też czyni, korzystając z kolejnych niesamowitych środków transportu, a także pomocy pewnego dziennikarza idealisty i przychylności kobiety-robota. Wszystko to dzieje się na Trantorze, a Trantor to „Stolica Pierwszego Imperium Galaktycznego (…) jej powierzchnię lądową wynoszącą 200 milionów kilometrów kwadratowych pokrywały w całości kopuły (z wyjątkiem Pałacu Imperialnego), a pod nimi znajdowało się niekończące się miasto, które sięgało szelfów kontynentalnych” (przeł. Edward Szmigiel). Robi wrażenie, prawda? Samolot, w którym czytałam McEwana, to przy tym mały pikuś.
I wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie, że przyszłość jest skrupulatną depozytariuszką naszych szeroko pojętych erotycznych pragnień. Grecki Eros nie jest oczywiście amorkiem ze strzałą, jest bogiem przyszłości i bogiem tęsknoty. Eros sobie wyobraża; nie tylko kochanka, wszystko. Jest zanurzony w oczekiwaniu. Dlatego science fiction to odbicie Erosa, takiego jakim jest w danym dziejowym momencie. Kiedyś byliśmy otwarci i pełni chęci, gotowi na eksperymenty i kosmiczne podróże. Potem mieliśmy epizod masochistycznych tendencji, podczas których ulgę sprawiało nam karanie się wyobrażeniami postapokaliptycznych rubieży w stylu Mad Maxa albo Cormaca McCarthy’ego. A teraz nie chcemy już niczego, tylko przetrwać, jeść batony proteinowe, grzebać się w przeszłości, tęsknić i żałować, że kiedyś to mieliśmy erekcję, ale teraz przynajmniej żyjemy.
Ale co to za życie. Kiedy Tom opisywał XXI wiek, razem z nim czułam jego nostalgię, chociaż to wszystko, za czym tęsknię, przecież dzieje się dziś. Było to jak ekwiwalent cierpienia zakochanych, którzy są razem, ale wiedzą, że będą musieli się rozstać; jak męka Julii, kiedy budzi się i widzi umierającego Romea. Te mosty, te koncerty, te mecze – to wszystko wypiło już truciznę.
Masz przed sobą otwartą treść, którą udostępniamy w ramach promocji „Pisma”. Odkryj pozostałe treści z magazynu, także w wersji audio. Jeśli nie masz prenumeraty lub dostępu online – zarejestruj się i zamów dostęp.
Cykl Myśli znikąd sponsoruje Instytut Kultury Miejskiej w Gdańsku.