Wersja audio
Ten tekst pochodzi z wydania specjalnego „Wokół miłości” (1/2026), którego premiera odbędzie się 17 czerwca. Już teraz możesz zamówić wydanie specjalne w trzech formatach: egzemplarz drukowany, wydanie audio i na czytniki.
Czarne oczy Lauren robią się wilgotne. Marszczy czoło, jakby próbowała podjąć jakąś bardzo ważną decyzję. „Cameron?” – szepcze. „Tak?” – odpowiada Cameron. „Myślę… że cię kocham” – mówi Lauren. Zapada ciężka cisza. Twarz dziewczyny jest pełna napięcia, w końcu niecodziennie wyznaje się komuś miłość. Co powie on? Ale w oczach mężczyzny również pojawiają się łzy. „Ja też cię kocham” – mówi. Lauren uśmiecha się z ulgą. „Naprawdę to powiedzieliśmy?” – pyta. „Tak!” – odpowiada Cameron. „Nie mogę oddychać!” – Śmieje się dziewczyna. – „Czuję się, jakbym wyskakiwała z samolotu. Potwornie się boję. Ale to jest cudowne!”.
Rozmowa tego typu – dwoje zakochanych ludzi po raz pierwszy wyznaje sobie miłość – musiała wydarzyć się w historii ludzkości miliardy razy. Ale to, co się dzieje między Lauren i Cameronem, jest wyjątkowe, bo ta para jeszcze nigdy się nie widziała. Cameron nie wie, czy Lauren jest zgrabna, czy ma duże piersi, czy kontur jej ust jest symetryczny, czy ma kręcone włosy. Lauren nie wie, czy Cameron jest wysoki czy niski, czy ma brodę lub wąsy; nie ma nawet pojęcia, że jest biały (sama jest Afroamerykanką). Kiedy mówią do siebie te słowa, dzieli ich cienka ściana; każde z nich zajmuje specjalną kabinę przeznaczoną do randek na planie pierwszego sezonu amerykańskiego reality show Netflixa pod tytułem Miłość jest ślepa (Love is Blind, dalej LiB).
Jak wyhodować miłość w telewizji
Love is blind miało premierę w 2020 roku i od razu stało się streamingowym fenomenem. Tylko w samym 2025 roku sezony 8. i 9. były oglądane łącznie niemal 400 milionów godzin. Memetyczny sukces programu był tak duży, że infekcja rozprzestrzeniła się na inne kraje – mamy szwedzkie, argentyńskie czy japońskie Love is Blind, a do 12 zainfekowanych krajów właśnie dołączyła Polska. Jeśli ten wszędobylski kontent jakimś cudem jednak was ominął, najlepiej zrozumieć jego istotę, odwołując się do Randki w ciemno – popularnego programu z lat 90., polskiej wersji amerykańskiego formatu The Dating Game (pierwsze odcinki były emitowane w 1965 roku).
Randkę prowadził (tu miejsce na westchnienie nostalgii) uroczy Jacek Kawalec (potem zastąpił go równie uroczy Tomasz Kammel), który zapraszał na krzesełko młodą pannę lub kawalera; osoba ta, zadając trzy pytania, miała sobie wybrać jedno z trojga kandydatów do randkowania. Haczyk był właśnie taki, że ich nie widziała – oddzielał ich specjalny wachlarz. Zmagania te obserwowała na żywo publiczność zgromadzona w studiu oraz widzowie przed odbiornikami telewizyjnymi. Pytania, jak przystało na czasy sprzed reality show, były uczestnikom ujawniane zawczasu, więc mogli spokojnie, z pomocą telewizyjnych redaktorów, przygotować wypowiedź tak, by była efektowna, wystarczająco miałka i poprawna językowo. Tak dobrana para dostawała w nagrodę kilkudniową podróż.
Mimo że w czasie wielu lat (1992–2005) trwania programu skojarzono tylko cztery małżeństwa, ślub nie stanowił celu Randki – była to wyłącznie niewinna, do bólu wyreżyserowana zabawa dla publiczności. Tymczasem telewizja zdążyła się zmienić – gadające głowy są w odwrocie, w natarciu zaś bezustanne głodowe igrzyska. Dlatego pytanie, przed jakim stanął twórca Love is Blind Chris Coelen (autor między innymi reality show The Perfect Match czy The Ultimatum) brzmiało: „Jak w warunkach Randki w ciemno wyhodować prawdziwą, najprawdziwszą – a przy tym uzależniająco oglądalną – miłość?”.
Przepis na telewizyjną hodowlę miłości zakłada przede wszystkim nakłady finansowe, o jakich Jacek Kawalec mógł jedynie marzyć. Zrekrutuj kilkunastu mężczyzn i tyleż kobiet; ludzi, którzy szukają miłości, a przy tym nadają się do telewizji, bo mają tak zwaną osobowość i wygląd. Potem koniecznie odbierz im telefony. To jest być może najważniejsze – Natan Hudson i Hernan Moscoso-Boedo z University of Cincinnati, nieusatysfakcjonowani tradycyjnym tłumaczeniem spadku dzietności na świecie (łączącym niechęć do rozmnażania się głównie z kwestiami ekonomicznymi, brakiem mieszkań i rozwojem zawodowym kobiet), właśnie opublikowali artykuł pokazujący, że największy spadek reprodukcji na danych obszarach był zawsze ściśle skorelowany z pojawieniem się na nich sieci 4G. Kto siedzi na telefonie, nie buduje związków, a już na pewno nie związków na tyle trwałych, żeby ładować się w dzieci.
Kolejny krok stanowi zamknięcie tych grupek – oddzielnie kobiet, oddzielnie mężczyzn – w osobnych przestrzeniach. Dostęp do siebie nawzajem będą mieć wyłącznie za pośrednictwem specjalnych kabin. Wszędzie leżą poduszki, podłogę wyściela puszysty dywan; światła są intymnie przygaszone, a zza ściany dobiega miękki głos potencjalnego oblubieńca bądź oblubienicy.
Niech nie ogląda ich na żywo publiczność – to da im złudzenie prawdziwie intymnego spotkania; oko dobrze ukrytej kamery szybko staje się przezroczyste. Niech rozmawiają ze sobą 10 bardzo długich dni, o wszystkim – nie reżyseruj tych spotkań, choć oczywiście możesz zasugerować kilka dobrych pytań, które zwiększą prawdopodobieństwo dopasowania par („Czy chcesz mieć dzieci?”; „Wolisz koty czy psy?”). I, co najważniejsze, nie daj im zapomnieć, po co tutaj są. Jedna z nas miała kiedyś wątpliwą przyjemność przeczytać książkę Integrative Hypnosis: A Comprehensive Course in Change (Hipnoza integracyjna. Kompleksowy kurs zmiany). Znana hipnotyzerka Melissa Tiers zdradza w niej swój trik, dzięki któremu klienci rzekomo łatwiej zapadają w trans, kiedy już usiądą na specjalnym fotelu hipnotycznym: „Kiedy rozmawiam z klientami, wykonuję gest w stronę mojego oficjalnego fotela do hipnozy za każdym razem, gdy wspominam o transie. W ten sposób subtelnie zakotwiczam w tym fotelu gotowość do wejścia w trans” (przeł. K.L.). Klienci Tiers, słysząc bez przerwy o tym, w jaki to trans wpadną, siedząc w tym fotelu, podświadomie zaczynają traktować to jako oczywisty rezultat zajęcia tam miejsca. Podobnie uczestnicy LiB od początku słyszą, że w kabinach czeka na nich wielka miłość, więc naprawdę zaczynają w to wierzyć i w tamtą stronę już samoczynnie ciągnie ich podświadomie kształtowana poetyka interakcji. W gabinecie Tiers łatwiej poddać się hipnozie, jeśli chwilową senność uznamy, zgodnie z sugestią, za trans; w kabinie, która służy do miłości, łatwiej szybko zinterpretować motyle w brzuchu jako wielką miłość. Po prostu w rybnym kupuje się ryby, a w Love is Blind człowiek się zakochuje.
Uczestnicy od początku słyszą, że w kabinach czeka na nich wielka miłość, więc naprawdę zaczynają w to wierzyć i w tamtą stronę już samoczynnie ciągnie ich podświadomie kształtowana poetyka interakcji.
Na tym, oczywiście, nie koniec. Niech to nie będzie zwykłe randkowanie, niech je zwieńczą prawdziwe oświadczyny; niech zakochani później, wraz z operatorami, wyjadą na wspólne wakacje, gdzie będą, ku uciesze widzów, wstydliwie przyznawać się, czy poszli ze sobą do łóżka i czy było fajnie. Potem niech dostaną telefony z powrotem i pomieszkają razem w specjalnie dla nich wynajętych apartamentach, niech pokłócą się przy nas, niech się zdradzą, niech na oczach kamer odrzuci ich potencjalna teściowa czy szwagier. Niech kupują suknie ślubne i garnitury, niech boją się coraz bardziej, bo przecież zbliża się ślub, a to nie jest próba, proszę państwa, to jest rzecz prawdziwa; prawo będzie traktować gołąbki z LiB jak każdą inną rozwodzącą się parę – w grę wchodzi podział majątku, czasem rozdzielenie ubezpieczeń zdrowotnych i cała masa innych trudności. Niech do ołtarza dobrną najwytrwalsi, a tam publiczność będzie w napięciu czekać, czy aby na pewno powiedzą sobie „tak”.
W ten właśnie sposób hoduje się prawdziwą miłość. I to nawet z sukcesami, bo jak wynika z analiz portali Currys i Starcasm, w porównaniu z innymi programami randkowymi – takimi jak Love Island (Wyspa miłości) czy Married at First Sight (Ślub od pierwszego wejrzenia) – odsetek szczęśliwych i trwałych par wyprodukowanych przez LiB jest radykalnie wyższy. Po 10 sezonach amerykańska edycja ma na koncie 69 zaręczyn, 37 ślubów, w tym 16 zakończonych obopólnym „tak” i 10 par, które wciąż są razem. A Lauren i Cameron niedawno, po długich latach prób, doczekali się synka. Może to właśnie ten mierzalny sukces sprawił, że na casting do polskiej edycji Love is Blind zgłosiło się – jak podaje produkcja – 6 tysięcy osób.
Ferma miłości
To, że miłości nie da się skonstruować w sposób czysto mechaniczny, wiemy od niepamiętnych czasów – wszak, jak głosi mądrość ludowa, serce nie sługa. Psycholog społeczny Arthur Aron ze Stony Brook University dowiódł jednak, że owo dumne, niezależne serce daje się zdumiewająco łatwo nakłonić do gorących uczuć. Badacz ten sporządził słynną listę 36 pytań, które, zadawane sobie wzajemnie przez dwie osoby, podprowadzają je niebezpiecznie blisko miłości. W eksperymencie Arona pary musiały jeszcze patrzeć sobie kilka minut prosto w oczy, żeby dopełnić unii dusz; w Love is Blind mogą za to spędzić ze sobą o wiele więcej czasu. No i po oświadczynach, kiedy już się zobaczą, funduje im się tropikalne wakacje – a przecież wiadomo od dawna, że miłość, jak słoneczniki, lepiej rośnie w słońcu. Innymi słowy: wszystko, nawet stosunki międzyludzkie, da się, przynajmniej do pewnego stopnia, zaaranżować.
Przedsięwzięcie jest więc bardzo romantyczne, ale nosi znamiona procesu przemysłowego. Pierwszy etap programu kręcony jest w dużej hali i kamera pokazuje czasem kabiny z góry – trudno wówczas oprzeć się skojarzeniu z chowem klatkowym, masową produkcją miłości, z której tylko kilka kurczaków wyjdzie żywych i we względnym zdrowiu psychicznym. Porównanie z kurczakami wydaje się w tym sensie trafne, że czas „wylęgu” związku, od pierwszej randki w kabinie do zjawienia się na własnym ślubie, trwa dokładnie tyle, ile chów klatkowy – sześć tygodni.
Tę fermę ogląda masa osób, także tych, których byśmy o to nie posądzali – Kinga Dunin napisała w „Krytyce Politycznej”, jak to z pewnym wstydem wspomniała na kolegium redakcyjnym, że śledzi LiB, i okazało się, że bynajmniej nie jest jedyną fanką tego formatu (Dunin jednak uznaje za stosowne dodać: „Zawsze mam wytłumaczenie – dla socjologii wszystko jest ciekawe”). Część fenomenu LiB da się oczywiście przypisać wkraczającemu już w trzecią dekadę boomowi na reality show, boomowi, który tylko się wzmacnia, w miarę jak kurczy się rozpiętość naszej uwagi. To zawsze są formaty pozbawione długich narracji i porwane na strzępki; fantastycznie też służą za wypełniacze „drugiego ekranu”, na który zerkamy, robiąc przelewy, śledząc Librusa i scrollując Instagram na telefonie. Ale kiedy zastanawiałyśmy się, dlaczego LiB jest oglądany chętniej niż wszystkie inne programy tego typu (czyli takie, w których single łączą się w pary, pary się kłócą, a gdzieś poza kadrem odbywa się jakiś seks), stwierdziłyśmy, że ta popularność wiąże się po części z przynoszącym dziwną ulgę anachronizmem.
Przeczytaj też: Przeciw tyranii romantycznej miłości
Bo jest to przecież zabawa w konserwatywny sen o miłości, ze wszystkimi jej atrybutami: od białej sukni po bukiet lilii. Można śmiało założyć, że gdyby program powstał choćby tylko kilka lat wcześniej, w czasach, gdy wielu celebrytów – od Angeliny Jolie i Brada Pitta po Lenę Dunham i jej chłopaka Jacka Antonoffa – deklarowało czekanie ze ślubem do czasu zalegalizowania małżeństw jednopłciowych, to wśród uczestników musiałyby znaleźć się osoby trans lub niebinarne. Pewnie starano by się jakoś zagospodarować możliwość związków jednopłciowych albo, kto wie, może nawet i poliamorii. Tymczasem LiB pozostaje bezwstydnie i bezwzględnie heteronormatywny, dając statystycznie heteroseksualnemu widzowi możliwość zanurzenia się w swojskich problemach relacyjnych bez poczucia winy i zakłopotania, które towarzyszyłyby takiemu wykluczeniu innych miłości jeszcze przed pierwszą kadencją prezydenta Donalda Trumpa. Jest więc LiB niejako pokłosiem czasów, w których wedle opinii szerokich mas wahadło progresywizmu wychyliło się nieco zbyt daleko, a program plasuje się w prądzie kultury, który pozwala teraz wyrównać rachunki, sankcjonując tradycyjną miłość w najlepszy znany naszym czasom sposób: czyniąc z niej rozrywkowe igrzyska.
Ów skręt konserwatywny jest oczywiście widoczny nie tylko w skupieniu na związkach damsko-męskich, ale i w samym założeniu reality show – to nie żadna planeta singli czy inny Big Brother, w którym można było odnieść sukces, zachowując się głupio i bezczelnie. To program, w którym szuka się miłości na całe życie, a wygrana polega na zawarciu związku małżeńskiego. Nic dziwnego, że wśród amerykańskich uczestników tak często zdarzają się osoby głęboko wierzące – choćby Vic i Christine z sezonu 10., para wręcz idealnie dobrana, ewidentnie się kochająca, którą połączyła w kabinach przede wszystkim właśnie wiara chrześcijańska, a nawet wspólna modlitwa. I jeśli istnieje konserwatywna metafizyka miłości, to opiera się ona niewątpliwie na chrześcijańskim założeniu o możliwości komunii dusz, które tylko z powodów przygodnych i nieco wstydliwych muszą za sobą ciągnąć śmiertelne i uciążliwe ciało. Większość widzów nie kojarzy, jak my, hali kabin z hodowlą kurczaków; w wyobraźni publiki „pody” są raczej wielkimi filtrami, w których odcedza się to, co nieważne, żeby uwolnić to, co bezwzględnie prawdziwe. LiB zakłada metafizyczny dualizm i daje priorytet duszy.
Love is blind niejako pokłosiem czasów, w których wedle opinii szerokich mas wahadło progresywizmu wychyliło się nieco zbyt daleko, a program plasuje się w prądzie kultury, który pozwala teraz wyrównać rachunki, sankcjonując tradycyjną miłość w najlepszy znany naszym czasom sposób: czyniąc z niej rozrywkowe igrzyska.
Można o rozdziale duszy od ciała myśleć w sposób chrześcijański, ale można też widzieć w nim powrót do religii liberalnej, swoistą liberalną reakcję, w ramach której musimy zakładać, że jest jakieś „ja” niezależne od naszego kontekstu. Raz jeszcze wróćmy do czasów sprzed Trumpa, kiedy to nikt nie sądził, że można zabierać finansowanie uniwersytetom mającym w ofercie zajęcia z gender studies albo zajmującym się studiowaniem czarnej historii – to był czas, w którym tożsamość wypłynęła ze środka duszy w szerszy kontekst społeczny. Nie było się już sobą, a przynajmniej nie w Ameryce; było się białym, czarnym, wykluczonym; orientacja seksualna determinowała miejsce w polityce, a polityczne było wszystko. Wielu krytyków takiej perspektywy twierdziło, że jest ona politycznie nieefektywna: „Mimo mnóstwa dobrych intencji, [skoncentrowanie na tożsamości] cofa postęp w kierunku równości” – pisał znany krytyk „wokeizmu” Yasha Mounk w eseju When the New Identity Politics Went Wrong (Kiedy coś poszło nie tak z nową polityką tożsamości) opublikowanym w „The Atlantic” (przeł. K.L). Być może właśnie powrót do starego typu liberalizmu, gdzie każdy jest równorzędną, racjonalną jednostką, a nie sumą swoich wymiarów opresji, przynosi tę samą anachroniczną ulgę osobom nieco bardziej lewicowym od tych, które ulgi szukają w wizjach chrześcijańskich. I być może tylko na gruncie takiego staroliberalnego punktu widzenia sens ma związek Camerona i Lauren, którzy postanowili nie dzielić się ze sobą w kabinach informacjami o kolorze skóry i finansach. (Inna sprawa, że powstałe w ramach LiB pary najczęściej jednak odnajdują „swoich” – ciemnoskóre pary kończą razem, a niefortunny związek Shake’a i Dipti, osób pochodzenia hinduskiego, zawiązał się właśnie na gruncie wspólnoty doświadczeń; z rzadka tylko zdarzają się klasowe mezalianse, jak ten, gdy bogata Megan z sezonu 9. postanawia wejść w związek z o wiele mniej zamożnym Jordanem).
Ten rozdział duszy od ciała i kontekstu, przewrotny dualizm, na którym opiera się cały koncept „ślepej miłości”, jest oczywiście głównie czysto aspiracyjny. Kiedy piękna Kacie z sezonu 9. po raz pierwszy widzi swojego narzeczonego Patricka, niewysokiego Azjatę o średnio atrakcyjnej aparycji, od razu ucieka z programu, ale sama wydaje się swoją reakcją nieco zaskoczona – w końcu naprawdę chciała wierzyć, że potrafi wznieść się ponad wygląd, ponad ciało, na stratosferyczną wysokość komunii czystych dusz. Problem tej konfrontacji z fizycznością był wspaniale pokazany w skeczu satyrycznego programu Saturday Night Live (Sobotnia noc na żywo) z Arianą Grande: oto uszczęśliwiona oświadczynami Ariana, w scenografii skopiowanej z LiB, oczekuje na ujrzenie swojego narzeczonego. Parawany się rozsuwają, a do Ariany biegnie… Grinch. Wielki, zielony, włochaty Grinch, prosto z dzieła Dr. Seussa, bardzo zadowolony. Ariana próbuje robić dobrą minę do złej gry, ale w końcu nie wytrzymuje: „Dlaczego mi nie powiedziałeś, że jesteś…” – jąka się. „Grinchem? – pyta Grinch. – Jakoś nie było okazji”. Ariana rozpaczliwie próbuje się dowiedzieć, czy Grinch przynajmniej posiada penisa; niestety ma tylko rodzaj korkociągu. Ułuda miłości, która nie zważa na piękno albo przynajmniej obecność narządów płciowych, bywa więc efemeryczna.
Zdarza się jednak, że nadzieja widzów na możliwość istnienia miłości bez standardów piękna zostanie rzeczywiście nagrodzona. Jak wtedy, gdy w sezonie 10. przystojny Mike wybiera Emmę, dziewczynę po wielu operacjach usuwania rakowaciejących znamion. Ich miłość ostatecznie nie przetrwa, ale blizny Emmy nie odgrywają w tym żadnej roli; ich spór dotyczy rozbieżnych planów na posiadanie dzieci. No i w kolejnym skeczu okazuje się też, że Ariana w końcu przekonuje się do Grincha i pozostają ze sobą w dość szczęśliwym związku – niestraszny nam korkociąg, gdy mamy komunię dusz.
Język terapii, język miłości
A może nie chodzi tylko o nostalgiczny dualizm, może po prostu jesteśmy spragnieni, tak, miłości, ale też rozmawiania o miłości, czytania o miłości, robienia rolek o miłości na Instagramie? Bo przecież jeśli nie liczyć czytanych cichcem przez kobiety romansów, coraz mniej jest miłości w popkulturze. Z wyjątkiem adaptacji starych dzieł (jak Wichrowe Wzgórza) i zaskakujących hitów typu Heated Rivalry (Gorąca rywalizacja) miłość jest tematem, którego żaden reżyser nie tyka bez uzbrojenia się w ironię, sceptycyzm lub fatalizm. Komedie romantyczne, dawniej naturalne dostarczycielki kluczy interpretacyjnych do przeżywania związków, przechodzą wyjątkowo brutalny regres; a jak słusznie zauważyła w odcinku podcastu Armchair Expert królowa rom-comów, aktorka i producentka Reese Witherspoon, to one pokazywały nam typy idealne i dawały narzędzia do interpretacji płci przeciwnej.
LiB sprytnie zaprzęga też telewizyjną dramę do wypełnienia luki, która powstała po rytuale zalotów, kiedy związki oddzieliły się od tkanki społecznej i przeniosły na pełnego nieafiliowanych atomów ludzkich Tindera. O wiele łatwiej rozumieć miłość, jeśli miłość organicznie wypływa ze wspólnoty, w której żyją kochankowie; można się wzajemnie obgadać ze wspólnymi znajomymi, można głębiej zrozumieć osobę, której trajektoria życiowa jest dla nas jasna i dobrze widoczna. Nie da się więc ukryć, że wraz z rozpadem społecznej spójności i brakiem nowego Notting Hill utraciliśmy naturalność rozumienia reguł miłosnej historii. W świecie, w którym spotykamy się na randkach z ludźmi całkowicie wyabstrahowanymi ze swoich kontekstów, trzeźwa ocena kandydatów i kandydatek staje się o wiele trudniejsza niż w czasach, kiedy randkowaliśmy z dalekimi znajomymi, pracownikami z równoległych działów, kuzynkami naszych ciotek i kolegami naszych braci. Staliśmy się tym samym bardziej bezbronni wobec oszustów, wiecznych piotrusiów panów, narcyzów i megalomanów; nie mamy dobrych strategii na szybkie rozpoznanie psychopatki, histeryczki czy potencjalnie nielojalnej partnerki. Tymczasem tak drastyczne wejście z kamerą w przykładowe zaloty i narzeczeństwo pozwala nam, na szerszym poziomie kulturowym, ustosunkowywać się – jako wyimaginowana wspólnota widzowska – do zachowań danej pary i wypracowywać w ten sposób wspólne kulturowe stanowisko wobec różnych postaw (niektórzy się dziwią, że LiB jest zawsze pełne ludzi po przejściach i z problemami – ale być może wszyscy mamy złe historie, każdy z nas ma za sobą niedobre związki, śmierć najbliższych albo trudne doświadczenia, tyle że w LiB trzeba je potencjalnym partnerom streścić szybciej niż zwykle, w bardziej „konfesjonalnym” krajobrazie; wszystkie traumy widać też nieco wyraźniej na ekranie, można więc zarazem nauczyć się radzenia sobie z własnymi ograniczeniami w kontekście relacji i wystrzegania się najbardziej szkodliwych wzorców).
Przeczytaj też: Love-hate relationship z Tinderem
Proces ten w przypadku LiB wymknął się nieco spod kontroli – liczba komentarzy, jakimi dzielą się widzowie, analizując ekranowe związki, mogłaby zapełnić gigantyczne centrum danych. Mocny przykład internetowej psychoanalizy miał miejsce w ostatnim, 10. sezonie, w którym niejaki Chris, były wojskowy zajmujący się księgowością, po krótkim okresie wahań (Jessica czy Bree?) oświadczył się atrakcyjnej lekarce Jessice. Para wydawała się dobrze dobrana, Jessica promieniała i podczas spotkań z innymi uczestniczkami opowiadała o Chrisie same miłe anegdotki. Pod koniec fazy kohabitacji Chris poprosił jednak partnerkę o rozmowę. „Mieliśmy tak wspaniałe porozumienie, to było prawdziwe, ale… nie wiedziałem, jak wyglądasz – mówi. – A ja umawiam się z dziewczynami, które uprawiają crossfit i takie tam. Dziewczynami, które codziennie chodzą na pilates”. Jessica jest zszokowana; w ogóle się tego nie spodziewała. Trochę próbuje się bronić, że przecież pracuje w szpitalu, jest lekarką, dba o siebie, ale kiedy ma jeszcze, na Boga, uprawiać crossfit? Jednak Chris nie chce jej zmuszać do ćwiczeń, on chce jej powiedzieć, że dziewczyny, które ćwiczą pilates, „…mają inne… inne…”. „Ciała?” – pyta w końcu Jessica. „Tak – potwierdza Chris. – Nie bardzo czuję nasze fizyczne dopasowanie. Nie wiem, czy mnie kręcisz”. Dodaje jeszcze, że dużo myśli o tym, jak by to było, gdyby jednak zdecydował się na zaręczoną już z innym uczestnikiem Bree, której ciało jest opalone i lepiej wyrzeźbione. „Po prostu jestem szczery, mówię, co myślę!” – dopowiada mężczyzna, tłumacząc, że się z tym nie zdradzał, bo było im przecież całkiem fajnie. Jessica patrzy na niego z niedowierzaniem – w końcu wielokrotnie już ze sobą spali, nic nie wskazywało na to, że Chris ma jakieś obiekcje – i po prostu wychodzi, zrywając tym samym zaręczyny. Chris mówi potem w wypowiedzi do kamery, z zaskakująco zadziwioną twarzą: „Jeśli nie podoba się jej to, jak ja się czuję, i nie może ze mną być ze względu na moje odczucia, no to chyba trudno”.
W świecie, w którym spotykamy się na randkach z ludźmi całkowicie wyabstrahowanymi ze swoich kontekstów, trzeźwa ocena kandydatów i kandydatek staje się o wiele trudniejsza niż w czasach, kiedy randkowaliśmy z dalekimi znajomymi, pracownikami z równoległych działów, kuzynkami naszych ciotek i kolegami naszych braci. Staliśmy się tym samym bardziej bezbronni wobec oszustów, wiecznych piotrusiów panów, narcyzów i megalomanów.
Historia Chrisa, który potem jeszcze na przyjęciu próbuje poderwać Bree za plecami zaręczonego z nią kolegi, od razu stała się dla internetowej gawiedzi użytecznym case study w tematach takich jak gaslighting (bo jak inaczej nazwać twierdzenie, że to Jessica de facto jest winna zerwaniu zaręczyn, a on tylko mówił o swoich uczuciach), body shaming (bo przecież mógł zerwać z Jessicą, nie narzekając na jej ciało, zwłaszcza że owe narzekania były rejestrowane przez kamery) i bro-code, czyli kod męskich zachowań koleżeńskich (Chris kilka metrów od swojego kumpla próbuje namówić jego narzeczoną Bree, żeby poszła z nim do hotelu Four Seasons). „Jestem terapeutką par i mało co mną wstrząsa – mówi na Instagramie Amy Lombardi, psychoterapeutka, jedna z setek osób, które skomentowały tę historię. – Ale rozmowa [Chrisa i Jessiki] mną wstrząsnęła (…) pamiętajcie, że zanim naprawdę poznacie tę drugą osobę, może upłynąć wiele czasu. Niestety, osoby z dużymi problemami często potrafią je bardzo dobrze ukryć”. „To (…) pokazało, że nie jestem sama. Bo podobnie zachował się mój eks-mąż” – pisze jakaś kobieta w komentarzu do tego komentarza. „Co za szczekający chihuahua” – pisze o Chrisie użytkowniczka Reddita, a inna dodaje, że „Jest (on) definicją gaslightera”. Nagle rozproszone w sieci kobiety, które zmagały się z poczuciem, że nie są wystarczająco dobre, mogą znaleźć się wzajemnie i utwierdzić w swojej ocenie własnych przypadków, a także przygotować amunicję na przyszłość dla śledzących tę dyskusję dziewczyn. Mężczyźni też mogą wyciągnąć naukę z tych przygód – nie bądź jak Chris! Jeśli będziesz jak Chris, wszyscy rzucą ci się do gardeł, co ma miejsce w odcinku podsumowującym sezon, gdy kilka miesięcy po nagraniu pary spotykają się i opowiadają o nowym wspólnym życiu, ciążach i mieszkaniach – albo piorą dawne brudy. Bądź więc inny, bądź choćby jak Conor, spokojny i stabilny narzeczony Bree, który stoi przy swojej wybrance bez względu na wszystko, a koledze, który go zdradził, po prostu nie ma już nic do powiedzenia.
Mimo że to tylko sposób, na jaki internet zalepia nam pragnienie życia w prawdziwej wspólnocie, czyniąc z TikTokowego ersatzu namiastkę obgadywania chłopa z koleżanką, prowadzi też do nagonek, hejtów i innych komentariackich grzechów. Chris jest oczywiście, przepraszamy za wyrażenie, trochę mendą, ale trudno powiedzieć, czy zasłużył na wszystkie terabajty nieżyczliwych diagnoz. Z okazji wejścia polskiej wersji LiB na ekrany, psycholożka Joanna Flis [rozmowa z nią w „Piśmie” nr 5/2026 – przyp. red.] przestrzegała na swoim profilu: „Taki mały apel do psychospecjalistów, którzy jak ja kochają Love is Blind Polska: Po pierwsze nie stawia się diagnoz osobom, które nie wyraziły na to zgody. Po drugie materiał z programu typu reality show i jego montaż nie stanowi wiarygodnego materiału diagnostycznego – stawianie diagnoz na temat stylu więzi, strategii działania i schematów jest bardzo nieuprawnione (…) Także błagam, wyluzujcie z tym publicznym językiem terapii i diagnozy, którego używacie do opisywania programu telewizyjnego”.
Są to oczywiście płonne przestrogi; język terapii jest, obok miłości, drugim wielkim bohaterem LiB. Nie tylko komentujący go kochają; jest też idiomem, w którym uczestnicy wyrażają swoje uczucia i komunikują siebie innym. W polskim LiB, kiedy Jacek zapomina włączyć zmywarkę, tłumaczy się swojej partnerce Julicie: „Wiesz, że to może być ADHD-owe trochę? Muszę sobie zrobić próby wątrobowe i ferrytynę, a wiem, że ludzie z ADHD mają obniżoną ferrytynę”. W pewnym momencie jego partnerka, wyjątkowo jak na obsadę LiB skryta, nawet odpowiada mu zniecierpliwiona: „Nie jesteśmy na terapii”. Kiedy podczas przyjęcia Jacek próbuje coś doradzić Krzysztofowi, który zdradził zaufanie niejakiej Maliki, spędzając noc z inną, mówi: „Czytałem Starowicza. To jest psycholog, od par. To nie jest tak, że ludzie zdradzają, żeby zdradzić, tylko zazwyczaj to się dzieje przez braki. Nie zrobiłeś tego dlatego, że było między wami dobrze”.
Język terapii jest, obok miłości, drugim wielkim bohaterem LiB. Nie tylko komentujący go kochają; jest też idiomem, w którym uczestnicy wyrażają swoje uczucia i komunikują siebie innym.
Ale język terapii jest nie tylko narzędziem rozumienia relacji; jest też czynnikiem uniformizacyjnym. Jeśli każde doświadczenie międzyludzkie da się opisać jako spotkanie „narcyza” z „borderem” albo ADHD z OCD, z tych związków wycieka prawdziwe ich sedno: głęboka, zindywidualizowana ciekawość drugiej osoby. Nalepki diagnostyczne szufladkują – i pomagają „zracjonalizować” proces randkowy. Jak pisze Mona Chollet w Wymyślić miłość na nowo: „istnieje niebezpieczeństwo, że w relacjach miłosnych coraz częściej będziemy się zachowywali jak konsumenci. (…) na aplikacjach randkowych mnożą się profile przypominające «listę zakupów», gdzie można znaleźć szczegółowy opis tego, jaka ma być lub nie być poszukiwana osoba. (…) taka postawa zmienia drugą osobę w produkt i uniemożliwia otwarcie się na niespodziankę, zaskoczenie i własną przemianę dzięki spotkaniu, oczarowanie i zachwyt osobą w całej jej złożoności” (przeł. Jacek Giszczak).
Z kamerą wśród ludzi
Oczywiście socjalizacyjno-uniformizacyjna rola LiB nie byłaby możliwa, gdyby nie założenie o autentyczności uczestników, założenie, które jest zresztą w dużej mierze zgodne z rzeczywistością. Bo uczestnicy LiB są, a przynajmniej często bywają, autentyczni – a już na pewno byli tacy na samym początku serii, w czasach Lauren i Camerona, zanim okazało się, jak dużą sławę można zyskać dzięki występowi w LiB. W dalszym ciągu jednak jest to jeden z niewielu reality show, który wciąż przyciąga duży procent tak zwanych zwyczajnych ludzi, którzy naprawdę szukają miłości na całe życie. I ta ich autentyczność wciąż stanowiła dla nas, oglądających show, rodzaj swędzącej zagadki, dysonansu poznawczego – jak to możliwe, że można zakochać się pod ostrzałem kamer?
Zwłaszcza że – co przecież widać, gdy siedzimy przed ekranem telewizora – presja narzucona przez program jest szaleńcza i sprawia, że uczestnicy eksperymentują z własnymi uczuciami i zdrowym rozsądkiem. Stres wynikający z poznawania nowej osoby, wyczekiwanego kontaktu fizycznego, kumulacji nowych sytuacji i coraz to nowych napięć – przecież nowa jest nie tylko ta jedna osoba, nowe są też wakacje, otoczenie, mieszkanie, jego rodzina, jej przyjaciele – potęguje jeszcze fakt, że jest na to wszystko mało czasu.
Sophie Gilbert, brytyjska dziennikarka, przygląda się historii reality show i tego, w jakim świetle od początku stawiały kobiety, w swojej książce Girl on Girl. Jak popkultura zwróciła kobiety przeciwko sobie. Pisze w niej: „od samego początku reality show jako gatunek charakteryzowały dwie, niemal chaotycznie sprzeczne tendencje: chęć analizowania ludzi przez pryzmat socjologii oraz, co ważniejsze, konieczność zarobienia pieniędzy”(przeł. Kaja Gucio). I przywołuje słowa jednej z pierwszych tak zwanych camgirls (czyli kobiet, które jeszcze pod koniec lat 90. postanowiły pokazywać swoje życie na kamerkach), która sama określiła to jako „wirtualne ludzkie ZOO”, bo nasze zachowania „są poddawane takiej samej analizie jak zwierzęta w filmach przyrodniczych”. Czym innym był Big Brother, jak nie wiecznym podglądaniem ludzi, opalających się, pijących, nudzących się i uprawiających seks w jacuzzi? Gilbert zwraca uwagę, że format programu był tak nowy, że „uczestnicy – choć zapewne zdawali sobie sprawę, że są obserwowani i dostosowywali zachowanie do tej sytuacji – nie opanowali jeszcze sztuki przemiany w postacie telewizyjne. Ich interakcje wydawały się szczere”. Ale to format, który, no właśnie, pokazał, że każdy może stać się osobowością telewizyjną. Czy 20 lat później można jeszcze wierzyć, że młodzi ludzie, którzy dorastali z Big Brotherem i kolejnymi tego typu reality show, mogą zachowywać się naturalnie, a w dodatku szczerze się zakochać mimo kamer prawie dotykających ich twarzy? Czy najbardziej autentyczną reakcją, na jaką można się zdobyć, jest ta Filipa, uczestnika polskiej edycji LiB, który powtarza z głębokim niedowierzaniem, jakby co chwila budził się w Truman Show: „W co ja się wkopałem?”.
Przeczytaj też: O dobrostanie w pojedynkę
Niemal wychowane na reality show, w których kobiety odsłaniają ciało (Love Island), uprawiają seks w barach (Jersey Shore) czy upokarzają się dla bogatego faceta (Who Wants to Marry a Millionaire), uczestniczki LiB wiedzą, że grają o wysoką stawkę. Jest nią nie tylko biała suknia i ślubny kobierzec, ale też reputacja – to, jak będą wyglądać w kamerze (mamy botoks, rzęsy jak kotary, paznokcie, mini, dekolty i szpilki), i to, jak wypadną w oczach rodziny, przyjaciół, pracodawców. A jednak mimo to, że w LiB cały czas wie się, że jest się obserwowanym, nie da się ukryć, jak wiele z tego, co wydarza się w kabinach i później – w podróży na ślubny kobierzec – jest niezwykle mądre i szczere. Czy będą to słowa Camerona i łzy Lauren, czy rozpacz jednej uczestniczki, że jej ukochany wybrał inną; czy zwierzenia o złamanym sercu, trudnej rodzicielskiej miłości, porzuceniu przez bliskich albo walce o siebie mimo przeciwieństw losu. W tym całym uwikłaniu i poczuciu sztuczności – bo jak coś tak delikatnego, z kategorii sacrum, do której należy przecież tajemnica miłości, można podglądać z popcornem na kanapie – chcemy wierzyć, że w tych igrzyskach miłości wydarzają się małe cuda, historie prawdziwe. Taką niewątpliwie jest historia związku Barnetta i Amber z sezonu 1. LiB – opowieść niczym z Kopciuszka, w której chłopak z dobrego domu decyduje się wziąć za żonę dziewczynę z podejrzanym backgroundem rodzinnym, ale desperacko pragnącą normalnego życia. Kto im nie kibicował? Z ich stories na Instagramie dowiadujemy się, że wciąż są razem, wciąż zakochani i, podobnie jak Cameron i Lauren, doczekali się dziecka.
Być może pytanie: „Czy można zakochać się pod ostrzałem kamer?” jest w naszych czasach źle postawione. Brzmi ono raczej: „Czy można się zakochać bez nich?”. Homo sapiens to gatunek, w którym jednostki nie wierzą sobie samym; dopiero grupa tworzy epistemologiczną moc. Czy jakikolwiek milenials kiedyś wyszedł z randki, nie pragnąc natychmiast zadzwonić do przyjaciółki lub przyjaciela, żeby usankcjonować swój zachwyt albo obrzydzenie? I czy w czasach, kiedy każdy rodzi się z trzecim okiem w postaci aparatu w telefonie, jest jeszcze miejsce na to, co kiedyś nazywaliśmy intymnością? I czy taka intymność, taka pojedynczość doświadczenia nie sprawia właśnie, że staje się ono niedociążone, nieważne? Pewna doza spojrzeń zawsze była potrzebna do autentyczności, autentyczność jest zawsze trybem społecznym; nie jesteśmy wcale bardziej autentyczni, kiedy w samotności dłubiemy sobie w nosie. Może kamery dziś tak naprawdę facylitują pewien poziom autentyczności, już bez nich nieosiągalny?
Oprócz analiz psychologicznych LiB daje nam też szansę na podejrzenie pewnych społecznych trendów – i dzięki temu, że sumiennie obejrzałyśmy wszystkie sezony, możemy powiedzieć, że oprócz miłości tylko jedna rzecz na tym świecie jest pewna, a mianowicie długie trwanie seksizmu. Sam sezon 10., który dał nam wyżej wspomnianego Chrisa, przyniósł też komentarz Jessiki podczas odcinka zwanego Reunion, nagrywanego (niekiedy też emitowanego na żywo) zawsze kilka miesięcy po zakończeniu kręcenia programu. Jessica, wspominając pamiętne słowa byłego partnera o nieadekwatności jej nieskażonego crossfitem ciała, zwróciła uwagę, że padły one już po tym, jak Chris, chłopak ledwo wiążący koniec z końcem, zobaczył piękny dom, w którym ona mieszka, i dowiedział się, ile zarabia. Jeśli Jessica mówi prawdę, Chris, niczym typowy redpillowiec, poczuł się upokorzony samym faktem, że jego wybranka stoi „wyżej” od niego na społecznej drabinie i musiał wyjść z tego braku poczucia męskości z twarzą, najlepiej krytykując jej fizyczność. Inny bohater tego sezonu, Alex – wieczny chłopiec, który nie był w stanie stwierdzić, gdzie obecnie mieszka, co robi i czy jest w związku czy tylko w situationship; który bał się spać z Ashley, bo co prawda nie wiedział, jak działa kobiecy cykl, ale na pewno nie chciał mieć dziecka – ucieleśniał odwieczny koszmar wielu dziewcząt: faceta, który traktuje cię z góry i kłamie, ale to na pewno jest wyłącznie twoja wina, więc powinnaś wreszcie przestać, na litość boską, się go czepiać. Takich mężczyzn przewinęło się przez LiB bardzo wielu, co jest zdumiewające, zważywszy na to, że przecież decydują się na ujawnienie swojej natury pod ostrzałem kamer.
„Love is Blind” daje nam też szansę na podejrzenie pewnych społecznych trendów – i dzięki temu, że sumiennie obejrzałyśmy wszystkie sezony, możemy powiedzieć, że oprócz miłości tylko jedna rzecz na tym świecie jest pewna, a mianowicie długie trwanie seksizmu.
Nagminność seksistowskiego nastawienia zniszczyła wiele telewizyjnych par. Był choćby wspomniany już Shake, wytykający partnerce „niewłaściwą” urodę, czy Dave z 8. sezonu, który nie czuł się komfortowo z inteligentną i empatyczną Lauren. Niektórzy mężczyźni rozumieją, że ich punkt widzenia może być nieco anachroniczny, ale i tak nie potrafią przeskoczyć własnych ograniczeń. W LiB Polska Damian, zapytany o problemy w swoim związku z Martą, nie opowiada o konfliktach, różnicach charakteru czy trudnościach w komunikacji. Zamiast tego mówi koledze: „Ja sobie dobrze radzę finansowo. Ale Marta sobie dużo lepiej radzi finansowo”. Martwi go zwłaszcza fakt, że Marta jest gotowa na zapłacenie za ich wspólne wakacje na Karaibach, bo „To jest takie trochę podcinanie moich jajek, nie?”. Kolega mówi na to: „Nie powinniśmy już tak myśleć w tych czasach, ale jednak… tak jest”. I z tej perspektywy być może język terapeutyczny ma swoje zalety – widocznym trendem w LiB jest to, że z sezonu na sezon uczestnicy coraz bardziej świadomie wyłapują gaslighting, seksizm, body shaming i szybciej widzą tak zwane red flagi. Być może po prostu wszyscy się uczymy – a LiB nam w tym trochę pomaga. Można być ślepym (blind) na wygląd ciała, wiek, rasę czy wagę, ale nauka z LiB płynie taka, że w XXI wieku trudno być ślepym na rasizm, seksizm, mizoginię czy zwykłe chamstwo.
Religia miłości
Istnieje jeszcze jedno możliwe wyjaśnienie popularności reality show o miłości – a jest nim wiara. „W nowej kulturze autonomii seksualnej nie wypada mówić głośno o fantazji o absolutnej miłości” – pisze o Pięćdziesięciu twarzach Greya socjolożka Eva Illouz w książce pod tytułem Hardkorowy romans (przeł. Jacek Konieczny). Ale owa fantazja jest i jest coraz silniejsza. Dalej Illouz cytuje enfant terrible światowej literatury: „W wywiadzie dla francuskiego czasopisma «Le Point» z kwietnia 2013 roku słynny francuski pisarz Michel Houellebecq odniósł się do tezy, że miłość stała się tematem, o którym nie wypada mówić głośno. Dziennikarz zapytał go, czy wciąż wierzy w miłość. Oto, co odpowiedział Houellebecq: «Ludzie w nią wierzą. Ja również w nią wierzę. (…) Więcej, ludzie wierzą w nią bardziej dziś niż w czasach mojego dzieciństwa»”. I może powinniśmy się zgodzić z Houellebekiem. W świecie, w którym nie mamy już nic, bo wspólnota umiera, planeta się ociepla, a całe nasze życie za chwilę ma zostać przeorganizowane przez technologię, chcemy móc sobie na moment wyobrazić, że coś nas może radykalnie zbawić. I kiedy Lauren mówi do Camerona: „To wręcz przerażające, pomyśleć, że wszystko, czego szukam w życiu, może być po drugiej stronie tej ściany”, rozpływamy się nagle w fantazji spełnienia poprzez ukochaną osobę, spełnienia niezależnego od polityki, klimatu, naszego zagubienia; to fantazja wniebowstąpienia i nirwany. Świat nam nie daje wiele, ale być może da nam miłość – a wówczas ta miłość musi zawrzeć w sobie wszystko, bo jest naszą ostatnią nadzieją na remedium, jest naszą ostatnią, głupią, szaloną i rozczarowującą, ale jednak religią.
Jak mówi jedna z uczestniczek LiB Polska: „Nie potrzebuję mamy i taty, bo to wszystko da mi ukochany”.
Esej ukazał się w wydaniu specjalnym „Wokół miłości” (1/2026) pod tytułem Ferma miłości.