Twój dostęp nie jest aktywny. Skorzystaj z oferty i zapewnij sobie dostęp do wszystkich treści.


Przeczytaj i słuchaj bez ograniczeń. Zaloguj się lub skorzystaj z naszej oferty

Felieton

Po treści

POSŁUCHAJ

Rysunek Anna Głąbicka

Koniec zimy zastał mnie stawiającą pytanie: „Co jest ważniejsze – sens czy forma?”. Równocześnie z tym pytaniem stawiałam popcorn na oparciu krzesła, działo się to bowiem w kinie, do którego wybrałam się na film Wichrowe Wzgórza Emerald Fennell. Seans poprzedziłam dokładną lekturą książki Emily Brontë wraz z pogłębionymi przypisami. Czuję się więc teraz w prawie powiedzieć, że powieściowa historia niespełnionej relacji Cathy i Heathcliffa jest subtelną i wielowarstwową analizą sposobu, w jaki przemoc wypacza relacje międzyludzkie.

Tak, to przemoc jest bohaterką: fizyczna, bo wszyscy tam biją siebie nawzajem, a także dzieci, służących i psy; rasowa, bo Heathcliff ma romską aparycję (kiedy mieszkająca po sąsiedzku Isabella, jeszcze dziewczynka, po raz pierwszy widzi Heathcliffa, krzyczy: „Ojej, jaki straszny! Zamknij go w piwnicy, tatusiu. Wygląda tak samo jak syn wróżbity, który ukradł mi bażanta!”); płciowa, ponieważ kobietom wolno mniej, ale przede wszystkim klasowa, gdyż jedynym zabezpieczeniem przed totalnym upadkiem jest posiadanie. Nic dziwnego, że w takich warunkach to, co rodzi się między kochankami, jest straszliwe i niezdrowe; nic dziwnego, że frustracja wywołana uczuciem sprawia, że reagują w jedyny sposób, jaki znają: przemocą. Cathy kieruje ją w siebie, doprowadzając się do pomieszania zmysłów i śmierci; Heathcliff zaś, po męsku, na zewnątrz – i w zemście doprowadza do ruiny wszystkich wokół, na czele z poślubioną później przez siebie Isabellą.

Innymi słowy socjologia krzyżuje się tu z komentarzem psychologicznym i upotwornia romantyczny mit. Brontë po prostu mówi coś. I na to wchodzi Fennell cała na biało (a raczej na czerwono, bo jej Cathy upodobała sobie ten kolor – rozumiecie: Pasja! Żar! I krew!) i podpala ten splot sensów, żeby na zgliszczach wyłożyć odpustowy kram z fanfikowymi obrazkami do pamiętnego Zmierzchu.

Brak jakiejkolwiek treści w tej feerii formy jest fascynujący. W końcu, jeśli ktoś zaczyna film od sugerującego seks dyszenia, które okazuje się rzężeniem duszącego się wisielca, a potem robi zbliżenie na erekcję denata i zadowolone z widoku dzieci, to automatycznie zakładamy, że coś nam chce wyłożyć – po prostu musi być jakiś powód, prawda? Otóż, najwyraźniej, gdy się jest wyjątkowo dobrym w żonglowaniu pustką, można kazać Heathcliffowi lizać ścianę, będącą odwzorowaniem skóry Cathy wraz z żyłami i pieprzykiem, i robić to po nic. W końcu uziemiony w kinie człowiek, wykończony kankanem ujęć spod znaku „Jestem szalonom artystkom”, z których żadne nie wywołuje rzeczywistych emocji, zazdrości Heathcliffowi, kiedy ten dosiada konia i galopuje sobie w stronę czerwonego zachodu słońca (obraz ma być ironiczny, ale ironia działa wtedy, gdy odbija się od faktycznych treści; może dlatego inny film z Robbie, Barbie, robił to lepiej, bo miał faktycznie coś do powiedzenia, nawet jeśli był to tylko łatwy feminizm).

Odwieczne pytanie – sens czy forma? – jest oczywiście zwodnicze, bo sens płynie czasem z formy, forma z sensu, a granica między nimi zasadniczo nie istnieje. Ale na skali, gdzie 1 to sam sens, a 6 to sama forma, film Fennell poślizgnął się na wszystkich eksponowanych w nim śluzach (ślimak, ślina, surowe jaja) i rąbnął w 7. I dlatego właśnie, żując popcorn, zastanawiałam się, czy żyjemy nie tylko – jak twierdził Jacek Dukaj – w świecie po piśmie, lecz także w świecie po treści. Czy nasza kultura na dobre weszła w fazę znaną nam z zakończeń odcinków seriali Shondy Rhimes, z Grey’s Anatomy (Chirurdzy) na czele, gdzie nagle włączała się muzyka i narratorka recytowała do montażu jakieś przypadkowe zdania typu: „Tak naprawdę… wszyscy… chcemy… być… dla innych”?

Może nie warto płakać po treści? W końcu scenarzysta się nie namęczył, widz myśli, że coś przeżył… Problem w tym, że musiałam odłożyć popcorn, bo zdałam sobie sprawę, że też gram w scenie, którą widzę na ekranie – tej, kiedy Cathy z zapałem się onanizuje, a potem Heathcliff oblizuje jej rękę; Fennell była Cathy, ja byłam Heathcliffem, tylko podobało mi się o wiele mniej. I może tak bardzo mnie to wkurzyło, bo potem przyszła refleksja, że ta scena nie skończy się, gdy wyjdę z kina: moje życie coraz częściej przypomina towarzyszenie uprzywilejowanym postaciom w aktach bezsensownego onanizmu – zarówno artystycznego, jak i politycznego.


Masz przed sobą otwartą treść, którą udostępniamy w ramach promocji „Pisma”. Odkryj pozostałe treści z magazynu, także w wersji audio. Jeśli nie masz prenumeraty lub dostępu online – zarejestruj się i zamów dostęp.

Newsletter

Pismo na bieżąco

Nie przegap najnowszego numeru Pisma i dodatkowych treści, jakie co miesiąc publikujemy online. Zapisz się na newsletter. Poinformujemy Cię o najnowszym numerze, podcastach i dodatkowych treściach w serwisie.

* pola obowiązkowe

SUBMIT

SPRAWDŹ SWOJĄ SKRZYNKĘ E-MAIL I POTWIERDŹ ZAPIS NA NEWSLETTER.

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OTRZYMASZ NAJNOWSZE WYDANIE NASZEGO NEWSLETTERA.

Twoja rezygnacja z newslettera została zapisana.

WYŁĄCZNIE DLA OSÓB Z AKTYWNYM DOSTĘPEM ONLINE.

Zaloguj

ABY SIĘ ZAPISAĆ MUSISZ MIEĆ WYKUPIONY DOSTĘP ONLINE.

Sprawdź ofertę

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OSOBA OTRZYMA DOSTĘP DO MATERIAŁU PISMA.

Newsletter

Pismo na bieżąco

Nie przegap najnowszego numeru Pisma i dodatkowych treści, jakie co miesiąc publikujemy online. Zapisz się na newsletter. Poinformujemy Cię o najnowszym numerze, podcastach i dodatkowych treściach w serwisie.

* pola obowiązkowe

SUBMIT

SPRAWDŹ SWOJĄ SKRZYNKĘ E-MAIL I POTWIERDŹ ZAPIS NA NEWSLETTER.

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OTRZYMASZ NAJNOWSZE WYDANIE NASZEGO NEWSLETTERA.

Twoja rezygnacja z newslettera została zapisana.

WYŁĄCZNIE DLA OSÓB Z AKTYWNYM DOSTĘPEM ONLINE.

Zaloguj

ABY SIĘ ZAPISAĆ MUSISZ MIEĆ WYKUPIONY DOSTĘP ONLINE.

Sprawdź ofertę

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OSOBA OTRZYMA DOSTĘP DO MATERIAŁU PISMA.

-

-

-

  • -
ZAPISZ
USTAW PRĘDKOŚĆ ODTWARZANIA
0,75X
1,00X
1,25X
1,50X
00:00
50:00