Sponsorem tekstu są Młyny Rothera w Bydgoszczy, organizator Bydgoskich Dni Projektowych, których piąta edycja odbędzie się między 9 a 11 października.
Anna Galewska: „Na skraju” to hasło piątych Bydgoskich Dni Projektowych. Czym dla Ciebie jest skraj i co z niego widać?
Tarasa Gembik: Skraj to wszystkie miejsca graniczne lub pograniczne, styki różnego rodzaju kultur, społeczności, grup, dzięki którym powstają nowe koncepcje, propozycje lub narracje. Możemy je odrzucać, ale moim zdaniem często prowadzi to do nierówności w przestrzeni publicznej czy w przestrzeni symbolicznej, gdy mówimy na przykład o tym, co dzisiaj ma miejsce w debacie na temat osób migranckich, także z Ukrainy. Ale o skraju można myśleć również w materialnym i symbolicznym wymiarze – to skraj stołu, czyli przedłużenie czegoś, coś, do czego można dokładać kolejne elementy, warstwy, poszerzać sferę swojego doświadczenia, historie czy poznawać nowe smaki w kuchni.
Czyli skraj wyznacza pole widzenia, to, czego doświadczamy. A jak rozumienie skraju będzie się przekładało na program Bydgoskich Dni Projektowych?
Program tegorocznego festiwalu jest współtworzony przez zespół kuratorski, więc współpracuję z Bogną Świątkowską, Marta Franką Magalską i Milą Burchart. Wnoszę perspektywę opartą na moim dotychczasowym doświadczeniu i mojej praktyce. Na przykład od jakiegoś czasu towarzyszy mi pytanie, jak zaprojektować bliskość? Jak w projektowaniu uwzględnić kruchość ciała, jak odpowiedzieć na potrzeby osób z niepełnosprawnościami, osób z inną mechaniką poruszania się lub inną fizycznością? Jak możemy myśleć o przestrzeni, nie tylko w kategoriach dostępu, ale także w kategoriach politycznych? Czyli na przykład, gdy projektujemy instytucję kultury, to kogo włączamy, a kogo wyłączamy już na starcie?
Myślę, że właśnie ze skraju łatwiej zobaczyć reguły rządzące organizacją przestrzeni publicznej, których osoby znajdujące się w centrum często nawet nie zauważają. To, czy można gdzieś wejść, usiąść, odpocząć albo poczuć się swobodnie, zależy przecież od wielu decyzji projektowych. Podczas festiwalu przyjrzymy się tym decyzjom razem z osobami, których codzienne doświadczenie przestrzeni jest inne niż to, które zwykle przyjmuje się za punkt wyjścia.
Rozumiem, że wychodzisz od projektowania spotkań, idei, relacji międzyludzkich, włączania osób marginalizowanych. Design, w pierwszym skojarzeniu, to piękne, dobrze zaprojektowane i często drogie rzeczy. Ty mówisz o takim projektowaniu, które skupia się na relacjach, sferze niematerialnej. W jaki sposób chcesz projektować bliskość?
Po pierwsze, trzeba wysłuchać osób, które same zmagają się z niepełnosprawnością fizyczną, bo to one są ekspertami i wiedzą, co tak naprawdę jest im potrzebne. Jest mnóstwo ekspertów i ekspertek, którzy mogą wypowiadać się na ten temat, ale rzadko uwzględnia się głosy bezpośrednich odbiorców, odbiorczyń działań projektowych czy tworzonej przestrzeni, architektury.
Podstawowym narzędziem jest więc oddanie im głosu. Myślę, że bliskości nie da się zaprojektować za kogoś. Można jednak tworzyć warunki, w których ludzie mają szansę się spotkać, usłyszeć i poczuć, że naprawdę mają wpływ na wspólną przestrzeń.
Od czego więc zacząć projektowanie bliskości?
Właśnie od słuchania osób, których ta przestrzeń dotyczy. Osoby z niepełnosprawnościami najlepiej wiedzą, jakie bariery napotykają na co dzień i czego potrzebują. A jednak w rozmowach o architekturze czy dostępności ich doświadczenie wciąż bywa pomijane. Podobnie jest z osobami w kryzysie bezdomności: częściej rozmawia się o nich niż z nimi.
Bliskości nie da się zaprojektować za kogoś. Można jednak tworzyć warunki, w których ludzie mają szansę się spotkać, usłyszeć i poczuć, że naprawdę mają wpływ na wspólną przestrzeń.
Do festiwalowych rozmów zaprosiliśmy między innymi Anię Żórawską z Fundacji Kultury Bez Barier, psycholożkę i edukatorkę Renatę Orłowską, księdza Sławomira Bara z Bydgoszczy i wiele innych osób. Ksiądz Sławomir przekształcił kaplicę w ogrzewalnię dla osób w kryzysie bezdomności, co spotkało się z oburzeniem części wiernych. Interesuje mnie właśnie ten moment: kiedy przestrzeń, którą uważamy za wspólną, rzeczywiście otwiera się na tych, dla których dotąd nie było w niej miejsca. Co trzeba wtedy zmienić w samej przestrzeni, ale też w naszych przyzwyczajeniach i w sposobie, w jaki odnosimy się do siebie? Dla mnie projektowanie bliskości oznacza również gotowość do podejmowania ryzyka.
Czyli proponujesz, by zatrzymać się na pierwszym etapie procesu projektowania, zrobić rozpoznanie i skupić się na potrzebach przyszłych użytkowników przestrzeni.
Tak, ale chciałbym, żeby słuchanie nie kończyło się po etapie rozpoznania. Ostatnie badanie, które przeprowadziłem, dotyczyło niechcianej troski: sytuacji, w której ktoś chce pomóc, ale z góry zakłada, czego druga osoba potrzebuje. Odpowiedzią na nią jest dla mnie troska dialogiczna. Jej podstawą jest umiejętność słuchania i traktowania po partnersku osób, które są wykluczone lub znajdują się na społecznym marginesie.
Przeczytaj też: Frida Kahlo – z ikony w gadżet
To oznacza również gotowość do zmiany własnego pomysłu w trakcie pracy, kiedy okazuje się, że nie odpowiada on na ich potrzeby. Żeby to się mogło zadziać, potrzebny jest jednak czas, a obecnie żyjemy w czasach projektozy i grantozy, więc wymaga się od nas szybkiego działania i mierzalnych wskaźników. A to sprawia, że do projektów wybierane są osoby mobilne, kontaktowe i mające większy kapitał społeczny oraz takie, które są w jakiś sposób zauważalne, rozpoznawalne, do których łatwiej dotrzeć i które potrafią odnaleźć się w języku instytucji. Jeśli jednak skupimy się tylko na nich, pomijamy dużą grupę, jeszcze bardziej przez to wykluczoną. Dlatego trzeba pytać także o tych, których nie ma przy stole – co sprawia, że nie mogą albo nie chcą przy nim usiąść. I czy jesteśmy gotowi zmienić sposób pracy, żeby zrobić dla nich miejsce.
Masz już doświadczenie w organizowaniu projektów dla osób marginalizowanych. Myślę tu chociażby o Antykryzysowym Klubie, czyli oddolnej inicjatywie włączającej osoby w kryzysie bezdomności do sfery publicznej poprzez angażowanie ich w życie kulturalne Warszawy. Jak udało ci się przekonać do tego działania Muzeum Sztuki Nowoczesnej, pod którego auspicjami działa klub?
Było wiele rozmów i oswajania z myślą, że muzeum może pełnić także taką funkcję. Od pięciu lat spotykamy się w Antykryzysowym Klubie w każdy wtorek. Traktuję tę pracę jako część swojej praktyki zawodowej i odpowiedzialności instytucji kultury za to, kto może w niej być obecny. Ale masz rację, że o projekty tego typu trzeba zabiegać i pokazywać, dlaczego są potrzebne. To jest też praca nad zmianą myślenia i poszerzaniem wyobraźni.
Projektowanie bliskości oznacza również gotowość do podejmowania ryzyka.
Antykryzysowy Klub nie powstał dzięki jednej rozmowie czy jednej decyzji. Zaufanie buduje się poprzez obecność, poprzez to, że spotykamy się co tydzień, jemy razem i rozmawiamy. To samo dotyczy relacji z instytucją. Potrzebowaliśmy czasu, żeby pokazać, że takie spotkanie może być częścią jej codziennego życia, a nie wydarzeniem, które odbywa się raz i znika z programu.
Można byłoby powiedzieć, że osoby w kryzysie bezdomności potrzebują zupy, a ty im dajesz sztukę nowoczesną.
W Antykryzysowym Klubie mamy też wspólny posiłek. Potrzeby materialne są bardzo konkretne i nie można ich pomijać. Ale dlaczego mielibyśmy zakładać, że osoba, która potrzebuje zupy, nie potrzebuje już kontaktu ze sztuką, rozmowy czy miejsca, w którym może po prostu spędzić czas z innymi? Takie myślenie sprowadza człowieka do jednego wymiaru. Na dodatek często powstrzymuje wiele osób przed organizowaniem wspaniałych, radykalnych albo po prostu ciekawych projektów na rzecz innych. Zamyka je na eksperymentowanie z tym, co do tej pory było nie do pomyślenia, a co za tym idzie – było niewykonalne. Zanika przez to coś, co jest podstawą sztuki, czyli eksperyment, możliwość wyobrażenia sobie innego sposobu bycia razem. Myślę, że instytucja sztuki powinna dawać na to przestrzeń także osobom, których zwykle nie wyobrażamy sobie jako jej publiczności.
A sztuka ma to do siebie, że lubi łamać konwenanse.
Sztuka i kultura nie ratują życia, nie karmią, nie zapewniają domu. I chociaż, tak jak wspomniałem, w Antykryzysowym Klubie zaczynamy każde spotkanie od wspólnego posiłku, to nie on jest najważniejszy. Sztuka i kultura przywracają prawo do marzenia, do krytycznego myślenia, do dyskusji, do wypowiedzenia się i do bycia wysłuchanym. Innymi słowy: przywracają godność człowiekowi, któremu tę godność odbiera życie na ulicy.
Sztuka i kultura przywracają prawo do marzenia, do krytycznego myślenia, do dyskusji, do wypowiedzenia się i do bycia wysłuchanym. Innymi słowy: przywracają godność człowiekowi, któremu tę godność odbiera życie na ulicy.
I nagle okazuje się, że te czynniki są bardzo ważne, gdy myślimy o procesie wychodzenia z bezdomności. Bo to właśnie miękkie, społeczne kompetencje znikają jako pierwsze, gdy tracisz dach nad głową. Chodzi więc o to, żeby przywracać ludziom prawo do miejsca – nie tylko do łazienki w tej instytucji, ale także do ciepła, do rozmowy, do bycia zauważonym.
Jeśli codzienność jest podporządkowana szukaniu jedzenia, schronienia i bezpieczeństwa, coraz trudniej znaleźć miejsce na budowanie relacji i myślenie o przyszłości. Dlatego zależy mi, żeby osoby przychodzące do muzeum czuły, że mają prawo tam być. Czasem od takiego doświadczenia zaczyna się możliwość wyobrażenia sobie czegoś więcej.
Wróćmy do Bydgoskich Dni Projektowych – od czego zaczęliście tworzyć program tegorocznej edycji?
Od danych o publiczności, które udostępniły nam Młyny Rothera, organizator festiwalu. Sprawdzaliśmy, kto na co dzień odwiedza to miejsce, ile jest wydarzeń dla dzieci, a ile dla dorosłych. Pytaliśmy też, kogo w tych danych nie widać i do kogo obecna oferta może nie docierać. Z tego zaczęła się rozmowa o warsztatach i tematach, które chcemy podjąć podczas festiwalu. Ale również o formie – czy na przykład panel, w którym kilka osób mówi ze sceny, a reszta siedzi i słucha, zawsze jest najlepszym sposobem na spotkanie.
Co w takim razie chcecie zrobić inaczej?
Badania uczestnictwa w kulturze skłaniają do zastanowienia się nad przestrzenią i formatami wydarzeń. Narodowe Centrum Kultury pokazuje, że najczęściej uczestniczymy w wydarzeniach razem z bliskimi lub znajomymi, ważna jest dla nas także ciekawość i możliwość przeżycia czegoś nowego. Z kolei badanie Warszawskiego Obserwatorium Kultury przypomina, że aktywność kulturalna nie zawsze oznacza wizytę w instytucji – zauważmy, że 37 procent badanych mieszkanek i mieszkańców Warszawy nie odwiedziło w ciągu roku żadnej z uwzględnionych w badaniu instytucji kultury. Te badania nie mówią o tym, że debaty zanikają, ale że ich forma nie jest dość atrakcyjna. To dla mnie zachęta, żeby zapytać, jak organizować rozmowę, w której więcej osób może poczuć się swobodnie, jak stworzyć przestrzeń, w której można zabrać głos. Czasem znaczenie ma temat, a czasem to, czy można usiąść inaczej, poruszyć się.
Przyznam, ja jestem osobą, którą nie do końca lubi przyjść na debatę i siedzieć na widowni na bardzo niewygodnych krzesłach. Czuję wtedy, że moje ciało jest skrępowane, nie mogę założyć nogi na nogę, bo ktoś obok będzie niezadowolony. Często się kręcę, trudno mi wytrzymać w jednej pozycji.
Jakie zmiany wprowadzicie w organizacji debat podczas Bydgoskich Dni Projektowych?
Nie rezygnujemy z organizowania dyskusji, ale chcemy urządzić wnętrze tak, aby mogły się w nim odnaleźć osoby z różnymi potrzebami. Rozmowy można słuchać na leżąco, stojąco lub siedząco. Projekt wnętrz, w których odbędzie się festiwal, oddamy studentom Politechniki Bydgoskiej. To oni zaaranżują bardziej przyjazną przestrzeń dla uczestników dyskusji jeszcze przed rozpoczęciem festiwalu.
Co jeszcze znalazło się w programie tegorocznej edycji?
W czasie Bydgoskich Dni Projektowych będziemy mówić między innymi o doświadczeniu prekarności, niestabilności zatrudnienia i wyzwaniach, jakie niesie praca projektowa. Zajrzymy też do figlarni.

Czym są figlarnie?
Termin ten pochodzi z książki Figlarnie. Przestrzenie radykalnej prywatności Mai Mozgi-Góreckiej. Będziemy się przyglądać miejscom zaprojektowanym jako azyl: domom letnim, ogrodom, gabinetom, czyli właśnie figlarniom. To obiekty, które mają do opowiedzenia nieznane lub długo nieujawniane historie. I chociaż skupiamy się na architekturze, to patrzymy na nią przez pryzmat interakcji międzyludzkich – jak przestrzeń wpływa na relacje, jak ułatwia lub utrudnia pewne zachowania.
Planujemy też warsztaty z projektowania spekulatywnego i warsztaty o projektowaniu bliskości, które mogą pomóc dzieciom z zaburzeniami integracji sensorycznej. Zastanowimy się, jak pracować z szumem, światłem oraz organizacją przestrzeni do życia i zabawy.
Przeczytaj też: Czy powinniśmy żyć w gęstych miastach?
A w jaki sposób na festiwalu pojawi się lokalny, bydgoski kontekst?
Organizujemy spacery miejskie, w tym wieczorny spacer pt. Miasta równoległe. Chcemy przyjrzeć się temu, jak Bydgoszcz zmienia się po zmroku: kto wtedy korzysta z miasta, gdzie można się zatrzymać, a które miejsca stają się trudniej dostępne. Nocą spotykają się w nim różne rytmy życia: osób wracających z pracy, pracujących na nocnej zmianie, osób w kryzysie bezdomności czy z doświadczeniem migracji. Interesuje mnie, czy wszyscy mogą czuć się w tej przestrzeni równie swobodnie i bezpiecznie. Jest też drugi, bardzo szczególny dla Bydgoszczy wątek, która bywa nazywana polską stolicą NATO, ponieważ działa tu kilka struktur Sojuszu. Chcemy zapytać, co ta obecność znaczy dla osób, które mieszkają w Bydgoszczy na co dzień. Czy siedziba NATO daje poczucie bezpieczeństwa, czy raczej przypomina o możliwości wojny? Nie chcemy zakładać odpowiedzi, zanim nie udzielą jej mieszkańcy. Festiwal jest dla nas okazją, żeby przyjrzeć się różnym warstwom miasta, historii i temu, jak ludzie opowiadają i co myślą dziś o Bydgoszczy.
Na zakończenie naszej rozmowy chcę zapytać o Ukrainę, z której niedawno wróciłeś. Co zobaczyłeś na miejscu? O jakich tematach dyskutuje się najczęściej?
Wojna działa na dwóch poziomach. Poziom pierwszy jest widoczny w mediach – to relacje na żywo z frontu, informacje o aktualnych zniszczeniach i walkach. Widzimy skutki bombardowania i rozpad miast. Ale to, co zobaczyłem na miejscu, dotyczy drugiego, bardziej niewidocznego poziomu wojny. Wojna oddziałuje na relacje międzyludzkie, sposób przeżywania codzienności, emocje, a także na nastrój miasta. Do mojego miasta, Kamienia Koszyrskiego na zachodzie Ukrainy, pojechałem pierwszy raz po pięciu latach nieobecności.
Czy coś cię tam zaskoczyło?
Pierwszy obraz, który ze mną został, to kobiety w czarnych chustkach, noszonych po śmierci synów, córek, mężów i innych członków i członkiń rodzin. Mój brat także zginął na wojnie. Pojechałem więc do swojej rodziny i zobaczyłem, jak bardzo się zmieniliśmy. Jesteśmy razem, ale nie możemy już wrócić do tego, co było wcześniej.
Myślę, że łatwiej będzie odbudować zniszczone budynki i drogi niż życie między ludźmi. Wojna jest w codziennych rozmowach, w miejscach pamięci poświęconych osobom zaginionym. Jest też w tym, o czym trudno nam ze sobą rozmawiać. Wróciłem stamtąd z pytaniem, jak odbudowywać relacje po takiej stracie i jak być blisko.
Masz na myśli powrót do normalnych relacji międzyludzkich, do radości, spokoju i pewności, że nie spadnie kolejna bomba, że nie zginie kolejny syn czy brat?
Tak, to jest największe wyzwanie. I nie mam na nie odpowiedzi.
Pełny program piątej edycji festiwalu dostępny jest na stronie Bydgoskich Dni Projektowych.
TARAS GEMBIK – inicjator projektów kulturalnych i społecznych. Jego praktyka rozwija się na styku sztuki współczesnej, pracy społecznej i poezji. Jest współzałożycielem kolektywu BLYZKIST, inicjatywy GALAS, pracujących z osobami z doświadczeniem migracyjnym i uchodźczym, a także współtwórcą Antykryzysowego Klubu w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, Centrum Społeczności Romskiej w Warszawie i Solidarnego Domu Kultury „Słonecznik”. Związany z Zachętą – Narodową Galerią Sztuki, gdzie jako kurator współtworzył program publiczny i wystawienniczy instytucji.
