Twój dostęp nie jest aktywny. Skorzystaj z oferty i zapewnij sobie dostęp do wszystkich treści.


Czytaj i słuchaj bez ograniczeń. Zaloguj się lub skorzystaj z naszej oferty

Studium

Rosja. Era manipulacji

Marek Skupiński
Od niemal dekady trwa cicha wojna na dezinformację między Rosją a Zachodem. Na razie ją przegrywamy.
POSŁUCHAJ

Nie tak dawno spędziłem trzy tygodnie w Stanach Zjednoczonych. Przyglądając się mojej ojczyźnie z dystansem osoby, która od wielu lat mieszka i pracuje w Europie Środkowej, zdałem sobie sprawę, na jak nielicznych problemach są skoncentrowane media amerykańskie.

Obecnie jednym z nich jest kwestia rosyjskiego wpływu na wybory prezydenckie w 2016 roku. Wszystkie stacje telewizyjne, w tym wspierająca Donalda Trumpa Fox News, prześcigają się w rozpowszechnianiu informacji (potwierdzonych lub nie) na temat kontaktów, jakie miały miejsce między obecnym prezydentem USA a Władimirem Putinem, i śledztwa, które w tej sprawie prowadzi Departament Sprawiedliwości pod kierownictwem byłego szefa FBI Roberta Muellera. W wyniku prac zespołu Muellera już dwie blisko związane z Trumpem osoby – Paul Manafort i Rick Gates – usłyszały zarzuty, między innymi o spiskowanie przeciwko Stanom Zjednoczonym i działanie w charakterze niezarejestrowanego agenta obcego wywiadu. W połowie lutego 2018 roku Departament Sprawiedliwości ujawnił kolejne spektakularne fakty dotyczące Russiangate: świat obiegły sensacyjne informacje wynikające z trzydziestosiedmiostronicowego aktu oskarżenia wobec trzynastu Rosjan i trzech firm (Internet Research Agency, Concord Management i Concord Catering) wydanego przez specjalną ławę przysięgłych powołaną przez Muellera.

Dostęp online

Zapewnij sobie dostęp online do wszystkich tekstów, nagrań audio i wersji na czytniki.

Skorzystaj z oferty

Oskarżonym osobom zarzuca się uczestnictwo w spisku mającym na celu oszukanie Stanów Zjednoczonych, części z nich postawiono także zarzut kradzieży tożsamości oraz oszustwa telekomunikacyjnego (w tym rozpowszechnianie fake newsów mających osłabić pozycję Hilary Clinton) i finansowego na szeroką skalę. Spekulacje na temat roli, jaką Rosja odegrała w amerykańskich wyborach, zwiększyło dodatkowo niedawne przyznanie się Michaela Flynna, byłego doradcy Trumpa ds. bezpieczeństwa, do składania fałszywych zeznań przed FBI. Amerykanom wydaje się więc nieustannie towarzyszyć atmosfera skandalu, lecz również pewnej bezsilności wobec zjawisk dezinformacji i postprawdy. Jak komentują eksperci, mimo skali oskarżeń najprawdopodobniej nie dojdzie do procesu w sprawie trzynastu Rosjan.

Lucas jako jeden z niewielu ostrzegał Zachód w 2008 roku, aby nie wierzył bezkrytycznie w przekaz rosyjskiej narracji.

Przybyszom z tak zwanej Nowej Europy, do których po wielu latach mieszkania w Polsce i ja się zaliczam, zdawać by się mogło, że społeczeństwo amerykańskie, które dotąd szczyciło się swoim demokratycznym ustrojem i odpornością na zmanipulowane przekazy obcych państw, poradzi sobie bez problemu z rozeznaniem, co jest prawdą, a co fałszem. Zwłaszcza w zeznaniach polityków dotyczących przebiegu kampanii prezydenckiej. Niestety, nic bardziej mylnego. Podobnie jak inne społeczeństwa zachodnie, Amerykanie nie radzą sobie z manipulacją. Są nie tylko podatni na obce wpływy, lecz również niemal całkowicie nie zdają sobie sprawy ze skali i głębi problemu. Nawet wtedy, gdy monotonna amerykańska telewizja powtarza jak mantrę, że Rosja ingerowała w wybory.

Co więcej, w szeregach amerykańskich elit politycznych i intelektualnych nie brakuje osób, które odrzucają założenie, że za polityką zagraniczną Rosji mogą stać złe intencje. Osoby te, popularnie określane mianem użytecznych idiotów, nie przyjmują również do wiadomości informacji o zmanipulowanym przekazie, jaki włodarze Kremla wysyłają szeroko w świat. Są zwolennikami tezy, że Rosja prowadzi politykę niczym nieróżniącą się od polityki państw zachodnich, co z kolei sugeruje, że odmienne postrzeganie jej działań jest wynikiem rusofobii.

–––––––––––––––––––

* W tym historycznym momencie dokładamy wszelkich starań, aby pomóc Wam zorientować się w tej złożonej sytuacji. Sięgamy w tym celu do naszego archiwum – materiały wokół Ukrainy udostępniamy za darmo.

–––––––––––––––––––

Problem rosyjskiego wpływu na życie i procesy polityczne państw w Europie jest jeszcze bardziej widoczny niż w USA. Świadczy o tym zarówno niemieckie „rozumienie Rosji”, jak i reakcje opinii publicznej na kolejne informacje o wsparciu Moskwy dla antyestablishmentowych partii z obu krańców spektrum politycznego sporu w wielu państwach Unii Europejskiej. Ze względu na swoją wagę i znaczenie dla przyszłości zachodniego modelu demokracji liberalnej temat ten stał się przedmiotem szeregu konferencji i publikacji, jak choćby najnowszej książki ukraińskiego analityka Antona Szechowcowa zatytułowanej Russia and the Western Far Right. Tango Noir (Rosja i zachodnia skrajna prawica).

Debata na temat rosyjskich wpływów na Zachodzie sięga dalej, niż wskazują na to przekazy medialne w Stanach Zjednoczonych, organizowane w Europie konferencje czy wydawane książki. Jej punktem wyjścia nie jest ani rok 2016, ani nawet wydarzenia, jakie miały miejsce w Ukrainie zimą w latach 2013–2014 i trwająca do dziś na terenie tego państwa tak zwana wojna hybrydowa. Sygnały ostrzegawcze na temat niepożądanych efektów rosyjskich wpływów na procesy polityczne innych państw były formułowane przez analityków – na przykład Andrew Wilsona – znaczenie wcześniej, z rosnącym nasileniem od 2008 roku, czyli od wojny rosyjsko-gruzińskiej. Wówczas były one jednak wielokrotnie odrzucane jako przejawy histerii i antyrosyjskich uprzedzeń. Reakcje te były i nadal pozostają największym błędem Zachodu w interpretowaniu dzisiejszej polityki Kremla.


ustalenia konferencji bezpieczeństwa w Monachium w 2009 roku zainicjowały nowe otwarcie w stosunkach między Rosją a Stanami Zjednoczonymi. W marcu następnego roku ówczesny prezydent USA Barack Obama i jego rosyjski odpowiednik Dmitrij Miedwiediew zakończyli negocjacje dotyczące traktatu o redukcji broni jądrowej w obu krajach. Wydarzenie to, ochrzczone resetem, uznano za wielki sukces w procesie zbliżenia dwóch dawnych rywali. „Droga jeszcze daleka i problemów kilka przed nami – komentował na łamach „New York Timesa” amerykański ekspert do spraw kontroli zbrojeń Steven Pifer. – Ale z obserwacji wydarzeń ostatnich sześciu miesięcy wydaje się, że wszystko idzie w dobrą stronę, a te inicjatywy działają na korzyść naszych wspólnych relacji”. Reset był główną propozycją dotyczącą kierunków polityki zagranicznej sformułowaną podczas kampanii prezydenckiej przez Baracka Obamę.

rysunek Marek Skupiński

Z dzisiejszej perspektywy widać jasno, że założenia polityki administracji Obamy były formułowane bez uwzględnienia przesłanek, jakich kilka miesięcy przed wyborami w USA dostarczyła światu wojna rosyjsko-gruzińska. Ten kilkudniowy konflikt, zakończony przejęciem przez Rosję kontroli nad Osetią Południową i Abchazją, był przez niektórych obserwatorów postrzegany jako akt zemsty Kremla za działania ówczesnego przywódcy Gruzji Micheila Saakaszwilego, mające zapewnić krajowi wejście do NATO. Choć dziś to może brzmieć nieco naiwnie, w 2008 roku społeczność międzynarodowa była całkowicie zaskoczona wybuchem wojny. Europejscy i amerykańscy politycy od razu podjęli działania mające na celu rozładowanie konfliktu. Wielu jednoznacznie opowiedziało się po stronie Gruzji. Zaczęto również głośno mówić, że działania przeciwko temu państwu były pierwszą od upadku Związku Radzieckiego militarną ingerencją, jakiej dokonała Rosja poza swoimi granicami.

144 tweety dziennie – jest duże podejrzenie, że taki użytkownik Twittera jest botem

Odpowiadając na zarzuty, Kreml przekonywał międzynarodową opinię publiczną, że interwencja była konieczna, twierdząc, że to Gruzja sprowokowała atak ofensywą na „rosyjskie siły pokojowe”, które – nielegalnie, o czym oczywiście nie mówiono – przebywały w Osetii Południowej. Dzięki negocjacjom ówczesnego prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego 16 sierpnia Rosjanie i Gruzini podpisali jednak traktat pokojowy. Zakładał on, że obie armie wycofają się na pozycje sprzed konfliktu. Warunku tego nie wypełnili Rosjanie, co umknęło uwadze wielu obserwatorów na Zachodzie. W Stanach Zjednoczonych kontynuowano kampanię prezydencką, w której Obama ścierał się z zaprzyjaźnionym z Saakaszwilim Johnem McCainem, a media światowe miały poczucie, że mogą powrócić do innych palących spraw. Szczególnie istotny wydawał się wówczas dający pierwsze symptomy światowy kryzys finansowy. Krótkowzroczność, jak wiadomo, jest zmorą współczesnego świata.

Błyskawiczne rozwiązanie konfliktu w Gruzji nie zaćmiło jednak pola widzenia wszystkich obserwatorów. Byli bowiem i tacy, którzy już w momencie jego eskalacji alarmowali o niepokojących przesłankach polityki Rosji i wskazywali na stosowanie przez nią taktyk manipulacji informacjami w działaniach ukierunkowanych na osiąganie celów strategicznych. Wśród nich najbardziej wyrazisty był Edward Lucas, wieloletni redaktor tygodnika „The Economist” oraz autor wydanej zaledwie kilka miesięcy wcześniej książki pod znamiennym tytułem Nowa zimna wojna. Rosja Putina. Zagrożenie dla Zachodu (w języku polskim publikacja ukazała się dopiero w 2015 roku). Lucas jako jeden z niewielu ostrzegał Zachód w 2008 roku, aby nie wierzył bezkrytycznie w przekaz rosyjskiej narracji. Był on chyba jedynym wówczas uznanym komentatorem na Zachodzie, który wskazywał, że to, co robi Rosja, jest „wojną informacyjną; i że nie to, co się dzieje na fizycznych granicach, wyłoni zwycięzcę tego konfliktu. Rosja pokazuje Gruzję jako agresora, bezkompromisowy i nieprzewidywalny kraj”. Lucas podkreślał, że w kwestii stosunku do Rosji „Zachód jest podzielony, a jego uwaga rozproszona”, wskazując równocześnie, że Gruzja miała niewielką szansę na znalezienie w Europie sojuszników, którzy by chętnie przeciwstawili się rosyjskiej agresji. Dlatego też, jak dalej argumentował, „sprzymierzeńcami Gruzji stały się w większości niewielkie pokomunistyczne państwa, takie jak Litwa, podczas gdy po drugiej stronie była zdecydowana przewaga takich krajów jak Niemcy, które cenią sobie relacje z Rosją (…) ponad wszystko inne”.


w 2010 roku, zaledwie dwa miesiące po tym, jak Obama i Miedwiediew ogłosili umowę o ograniczeniu broni jądrowej, amerykańskie FBI oznajmiło, że dziesięciu rosyjskich szpiegów, tak zwanych nielegałów, zostało zidentyfikowanych i aresztowanych na terenie Stanów Zjednoczonych. Nagłośniona 28 czerwca historia była jak żywcem wzięta z książki szpiegowskiej o czasach zimnej wojny. FBI skontrolowało domy pozornie zwykłych rodzin mieszkających na przedmieściach dużych amerykańskich miast – Waszyngtonu, Nowego Jorku, Bostonu i Seattle. Zidentyfikowani przez służby szpiedzy, którzy działali pod amerykańsko brzmiącymi nazwiskami (Cynthia Murphy, Juan Lazaro, Anna Chapman) zostali odesłani do Rosji i wymienieni na amerykańskich szpiegów przetrzymywanych w Moskwie.

Wiadomości na temat rosyjskiej siatki szpiegowskiej wprowadziły spore zamieszanie w kwestii tego, jak Amerykanie powinni rozumieć działalność Rosji poza granicami kraju. Były też dowodem na to, że Kreml traktuje Zachód podejrzliwie, jeśli nie wręcz wrogo. Dzisiaj wiemy, że nieopatrznością Zachodu było nieodczytanie tego sygnału ostrzegawczego, który został zinterpretowany raczej jako stosowanie przez Kreml przestarzałych technik szpiegowskich. Wypowiadając się w takim duchu, wiele wpływowych osób twierdziło wręcz, że informacje zebrane przez szpiegów były nieistotne. Szczególnie wpływowa okazała się wówczas opinia Olega Kaługina (notabene dawnego agenta KGB, obecnie profesora w Centrum Studiów Kontrwywiadu i Bezpieczeństwa na uniwersytecie w stanie Wirginii), który w wywiadzie dla brytyjskiego „Guardiana” opublikowanym w 2011 roku powiedział: „Moim zdaniem cała ta operacja to marnotrawienie zasobów ludzkich i pieniędzy oraz stawianie Rosji w głupiej sytuacji”.

Oficjele odpowiedzialni za planowanie wojskowe w Rosji patrzą na  informację całkiem odmiennie, w sowieckich niemal kategoriach. W ich rozumieniu informacja jest czymś, czego można użyć w charakterze broni.

Czy jednak gorące powitanie, jakie zgotowano szpiegom po powrocie do ojczyzny, nie powinno było otworzyć oczu Zachodu na to, czym kierują się władze Rosji? Bo jak interpretować fakt, że Anna Chapman, jedna z aresztowanych w Nowym Jorku, została natychmiast wykreowana na rosyjską celebrytkę i jeszcze pod koniec 2010 roku ogłoszono, że stanie na czele młodzieżówki w putinowskiej Jednej Rosji? Gdy zapytałem Edwarda Lucasa o tamte wydarzenia, napisał do mnie:

– Anna Chapman to nie był żart – dodając gorzko – spęd rosyjskich nielegałów w USA powinien był obudzić nas z uśpienia. Ale my wciąż śpimy.


eksperci myślący podobnie jak lucas są zgodni w opinii, że w 2013 roku Zachód był nadal w fazie uśpienia, aż do momentu wybuchu rewolucji godności w Kijowie oraz późniejszego zajęcia przez Rosję Półwyspu Krymskiego i zapoczątkowania toczącej się do dzisiaj wojny na Donbasie. Wśród tych ekspertów znajduje się Molly McKew, liderka opinii poważana, choć kontrowersyjna: przez kilka lat pracowała w Gruzji jako doradczyni Saakaszwilego, później była zatrudniona przez Podesta Group, amerykańską firmę lobbystyczną oskarżaną ostatnio między innymi o współpracę z Paulem Manafortem. Pomimo tych niejasnych powiązań intuicje i przemyślenia McKew na temat Rosji są ostatnio coraz szerzej przedstawiane amerykańskiej opinii publicznej. Poznałem ją w 2017 roku przez wspólnego znajomego z Pragi. W opinii, którą podzieliła się ze mną w korespondencji, była jednoznacznie krytyczna wobec tego, jak Zachód reaguje na działania Kremla:

– W ogóle nie uczymy się na własnych błędach, ponieważ nadal pozwalamy Rosji ustalać warunki.

O ile nie do końca zgadzam się z tak radykalnie sformułowanym przekazem, wskazującym, że tylko Rosja jest czynnym aktorem, a Zachód biernie odbiera jej działania, o tyle podzielam inną obserwację McKew, że poważnym problemem Zachodu jest brak politycznej woli pozwalającej na odpowiednie rozpoznanie rosyjskich wpływów.

– Wielu obserwatorów Rosji wolałoby raczej podebatować, czy doktryna Gierasimowa jest w ogóle doktryną, zamiast po prostu zająć się ujawnianiem wysiłków Kremla dążących do osłabienia naszych państw – twierdzi ekspertka.

Przywołana doktryna Gierasimowa to jeden z wielu punktów odniesienia dla badaczy rosyjskich taktyk dezinformacyjnych. Wiąże się ona z opublikowanym w lutym 2013 roku przez szefa Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej generała Walerija Gierasimowa eseju zatytułowanego Wartość nauki leży w przewidywaniu, który ukazał się na łamach rosyjskiego periodyku „Kurier Wojskowo-Przemysłowy”. Autor podkreślał, że w swoich działaniach rosyjscy stratedzy wojskowi powinni bardziej skupić się na wojnie informacyjnej niż działaniach stricte militarnych. Wielu zachodnich ekspertów postrzega artykuł Gierasimowa jako materiał zawierający definicję rosyjskiej walki informacyjnej i hybrydowych działań wojennych. „W XXI wieku obserwujemy tendencję do zacierania się różnic pomiędzy stanem wojny i pokoju. Wojen się już nie wypowiada, a jak już się zaczną, nie postępują zgodnie ze znanym nam szablonem”, wykłada generał. W dalszej części zaznacza, że przestrzeń informacyjna to miejsce, gdzie Rosja może skutecznie walczyć bez tradycyjnie pojmowanych działań wojennych: „Wzrosła rola pozamilitarnych sposobów osiągania politycznych i strategicznych celów, które w wielu przypadkach znacząco przewyższyły swoją skutecznością siłę broni. (…) Przestrzeń informacyjna otwiera szerokie asymetryczne możliwości dla zredukowania potencjału bojowego przeciwnika”.

Przekazywanie fake newsów (nie tylko przez rosyjskich trolli) stało się tak wszechobecne w mediach społecznościowych, że czasami trudno już rozróżnić, co jest prawdą, a co nie.

Keir Giles, ekspert londyńskiego Chatham House i autor opublikowanego przez NATO Podręcznika na temat rosyjskiej wojny informacyjnej, zauważa, że rosyjska polityka informacyjna wyrażona w doktrynie Gierasimowa ewoluowała w ostatnich dziesięciu, piętnastu latach. W opinii eksperta rosyjscy generałowie sądzą, że działania informacyjne nie muszą być prowadzone jedynie w czasie wojny. „Żeby rozpocząć wrogie działania informacyjne, nie ma potrzeby wypowiadania otwartego konfliktu”, pisze Giles.

Ekspert zwraca również uwagę na znaczącą różnicę w postrzeganiu terminu „informacja” przez przedstawicieli rosyjskich władz i ludzi Zachodu. Na Zachodzie, gdzie społeczeństwa żyjące w państwach demokratycznych postrzegają informację jako dobro publiczne, istnieje tendencja do traktowania jej na równi z wolnością słowa i mediów (wyjątkiem jest tu przekaz propagandowy). Oficjele odpowiedzialni za planowanie wojskowe w Rosji patrzą na  informację całkiem odmiennie, w sowieckich niemal kategoriach. W ich rozumieniu informacja jest czymś, czego można użyć w charakterze broni. Giles argumentuje zatem, że uważają wojnę informacyjną za „umożliwiającą uniknięcie konieczności zbrojnego konfliktu poprzez samodzielne osiągnięcie celów strategicznych”, realną alternatywę wobec armii, zbyt słabej, by brać udział w bezpośrednim konflikcie z krajami NATO. W świecie internetu i mediów społecznościowych okazuje się, że jest to taktyka wysoce skuteczna (i to przy jednoczesnym braku ofiar w ludziach).


– rosyjska dezinformacja i szeroko rozumiane wrogie działania informacyjne to jedno z zagrożeń dla współczesnej Europy – uważa Jakub Janda, dyrektor programu Kremlin Watch w praskim think tanku European Values. Poznałem Jandę w 2016 roku na spotkaniu w Pradze, które współorganizował z czeskim MSW na temat rosyjskiej propagandy. Janda jest koło trzydziestki, uważa się za żołnierza na froncie walki z rosyjską dezinformacją i wpływem.

– Zagrożenie widać już i tu – powiedział mi, gdy zapytałem go, jak poważna jest sytuacja.

Organizacja prowadzona przez Jandę co tydzień publikuje sprawozdania, w których ujawnia rosyjskie działania dezinformacyjne w Europie. Naświetla fake newsy, które najprawdopodobniej pochodzą z Rosji lub promują prokremlowską narrację. Kremlin Watch nagradza też „Czempiona Putina”, czyli osobę, która promuje agresywne zachowania Kremla w Europie. Do grona czempionów zostali już zaliczeni między innymi hollywoodzki aktor Steven Seagal, szkocki polityk Alex Salmond i Julian Assange z WikiLeaks.

Pomimo istniejących dowodów zebranych przez liczne organizacje pokroju stworzonego przez Europejską Służbę Działań Zewnętrznych East StratCom Task Force rosyjscy politycy i dyplomaci zaprzeczają, jakoby byli w jakikolwiek sposób zaangażowani w sprawy Zachodu. Władimir Putin wielokrotnie nazywał formułowane przeciwko swemu krajowi oskarżenia „kłamstwami” lub „antyrosyjską histerią”. „Łatwo jest odwrócić uwagę ludzi i przekierować ją w stronę  tak zwanych rosyjskich hakerów, szpiegów i agentów”, powiedział przed wyborami prezydenckimi w USA w 2016 roku.

rysunek Marek Skupiński

Pytany o cel rosyjskiej dezinformacji Janda potwierdza opinie, którymi podzieliła się ze mną McKew. Jego zdaniem ostatecznym celem zarówno wrogiego wpływu Kremla, jak i działań dezinformacyjnych jest osłabienie woli oponenta do stawiania oporu. Uważa, że póki zachodnie społeczeństwa nie zdobędą się na opór, póty Rosji będzie łatwiej osiągnąć
swoje cele polityczne, zarówno w kraju, jak i poza jego granicami. – Nazywamy to próbą miękkiej zmiany systemowej, która przejawia się we wspieraniu prokremlowskich polityków w ich staraniach do zajęcia stanowisk w administracji publicznej na Zachodzie – podkreśla Janda.

darowizna na rzecz fundacji pismo

Ostatni raport amerykańskiego think tanku CEPA (Center for European Policy Analysis), organizacji z biurem między innymi w Warszawie, definiuje dwa cele rosyjskiej polityki na Zachodzie. Jako pierwszy z nich wskazuje prawo Rosji do strefy buforowej w przestrzeni postsowieckiej, gdzie nadal cieszy się ona wpływem, który może wykorzystywać jako równowagę względem siły państw NATO. Drugim celem jest podważenie „wielostronnego transatlantyckiego porządku bezpieczeństwa opartego na zasadach, które Rosja postrzega jako niesprawiedliwe i niezrównoważone”. Innymi słowy pragnie osłabienia Zachodu, żeby sama mogła stać się (albo przynajmniej wydawać się) silnym państwem. Teza ta pozwala na przyjęcie założenia, że Rosja nie potrafi stać się potęgą, ponieważ ogranicza ją jej system autorytarnego rządzenia. Musi osłabiać inne kraje, tworząc w ten sposób iluzję własnej siły.

Identyfikacja rosyjskiej dezinformacji i wpływu nadal stanowi wielkie wyzwanie. Najbardziej powszechne i najłatwiej rozpoznawalne są klasyczne metody propagandy i fake newsy. Oficjalnie sponsorowane przez Rosję portale, jak Sputnik czy RT (dawniej Russia Today) nie kryją, że prezentują „alternatywną narrację”. Stwarzają wrażenie mainstreamowych mediów, przekonując, że pracujący w nich dziennikarze są tak samo profesjonalni jak ich zachodni koledzy, mają takie same standardy, ale patrzą z innego punktu widzenia. Pomimo że na Zachodzie istnieje obecnie szerokie rozeznanie co do tego, czym są kanały tego typu, ich aktywność i wpływy ciągle rosną. Stacja telewizyjna RT uruchomiła swoją francuskojęzyczną odsłonę z budżetem rzędu 20 milionów euro. Wielu ekspertów wyraża zaniepokojenie, że będzie odgrywać dużą rolę we wzmacnianiu głosów antyeuropejskich we Francji, która już zmaga się ze znacznym poparciem dla skrajnej prawicy, w szczególności wspieranego przez Rosję Frontu Narodowego Marine Le Pen.

rysunek Marek Skupiński

Znaczenie trudniej jest nam rozpoznać mniej oczywiste metody manipulacji. Chodzi tu szczególnie o działania w mediach społecznościowych, które nie zawsze umożliwiają jednoznacznie określić, kto za nimi stoi. Rola, jaką odgrywają rosyjskie trolle, czyli użytkownicy opłacani za promowanie w sieci antyzachodnich teorii spiskowych oraz oficjalnej kremlowskiej narracji, była kilkakrotnie ujawniana przez śledzące takie działania portale internetowe i coraz liczniejsze instytucje typu watchdog. W słynnym już artykule The Agency opublikowanym na łamach „New York Timesa” w 2015 roku Adrian Chen opisał rosyjską „fabrykę trolli”. Mianem tym autor określił działającą w Petersburgu organizację Internet Research Agency, która, jak dowodził, „uczyniła przemysł ze sztuki trollowania”. Sprawa petersburskiej fabryki i jej domniemanego właściciela Jewgienija Prigożyna powróciła na wokandę międzynarodowej debaty w lutym 2018 roku, wraz z podaniem do publicznej wiadomości treści wspomnianego powyżej aktu oskarżenia.

Przekazywanie fake newsów (nie tylko przez rosyjskich trolli) stało się tak wszechobecne w mediach społecznościowych, że czasami trudno już rozróżnić, co jest prawdą, a co nie. Ekosystem mediów społecznościowych stwarza idealną przestrzeń dla wrogo ukierunkowanych kampanii informacyjnych, głównie dlatego, że – jak twierdzi francuski guru PR-u i komunikacji Christophe Ginisty – internet jest przestrzenią do szerzenia nie informacji, lecz emocji. Ilustrując tę tezę w czasie dyskusji panelowej, którą moderowałem w 2017 roku podczas dwunastego forum na temat bezpieczeństwa i polityki zagranicznej w Rydze (The Riga Conference), Ginisty podkreślał:

– Kiedy zamieszczasz coś na Facebooku, Twitterze albo Instagramie, pierwszą oczekiwaną przez ciebie interakcją jest lajk.

Media społecznościowe stały się zatem skutecznym instrumentem w grze na emocjach, którym – jak również argumentował francuski spec od komunikacji – łatwo manipulować i trzymać go pod kontrolą. Fakt ten najlepiej pokazała rosyjska ingerencja w amerykańskie wybory w 2016 roku. Szkoda tylko, że temat ten dopiero teraz jest tak szeroko omawiany przez amerykańskie media, choć już wówczas można było w internecie zauważyć eksploatację negatywnych emocji, które były adresowane szczególnie do kandydatki establishmentu, Hillary Clinton. Zjawisko to opisał niedawno dziennikarz Tom McCarthy, stwierdzając na łamach brytyjskiego „Guardiana”, że „nadrzędnym celem podczas wyborów i obecnie (…) jest powiększanie i eksploatowanie podziałów, atakowanie amerykańskiego społeczeństwa tam, gdzie jest ono najbardziej bezbronne, tzn. wzdłuż linii rasowej, płci, klasowej i religijnej”.

Za nakręcanie negatywnych emocji nie zawsze odpowiada troll siedzący za biurkiem w Petersburgu. Obecnie negatywne informacje coraz częściej rozpowszechniają tak zwane boty, czyli programy, które wykonują czynności w internecie w sposób do złudzenia przypominający ludzkie działania. – Bot to konto w mediach społecznościowych obsługiwane przez autopilota – tłumaczył były rzecznik prasowy ds. Rosji i Ukrainy NATO Ben Nimmo podczas panelu w Rydze. – Publikuje tweety innych użytkowników, podobnie jak robią to normalni ludzie, i śledzi innych użytkowników. Niektóre boty mogą być bardziej wyrafinowane i tworzyć swoje własne wpisy. – Nimmo pracuje obecnie dla utworzonej przez amerykański think tank Atlantic Council internetowej grupy śledczej o nazwie Digital Forensic Research Lab. Jego współpracownicy lubią o sobie mówić, że są „cyfrowymi Sherlockami, którzy – jak podaje ich strona internetowa – bez ustanku tropią światowe kampanie dezinformacyjne, fake newsy, niejawne operacje wojskowe i próby obalenia demokracji”.

Według Nimmo wykorzystywanie botów służy podtrzymywaniu dyskusji, często kontrowersyjnej. Na Twitterze świetnie sprawdzają się hashtagi, których wielokrotne używanie pozwala inicjować nowe trendy. – To tak, jakby używać megafonu – mówił w czasie ryskiego forum Nimmo. – Jedna osoba obsługuje tysiące fałszywych kont, a one mogą wykrzyczeć tę wiadomość jeszcze głośniej. – Nimmo jest przekonany, że zrozumienie przez nas sposobu działania botów może pomóc w osłabieniu ich skuteczności. Dlatego na stronie jego organizacji można znaleźć przewodnik dla użytkowników mediów społecznościowych o tytule Dwanaście sposobów na rozpoznanie bota. Znajdziemy w nim na przykład wskazówki, jak rozpoznać bota po częstotliwości publikowanych tweetów. Napotykając „użytkownika” Twittera, który publikuje przeciętnie 72 tweety dziennie, możemy podejrzewać, że mamy do czynienia z botem. Nasze podejrzenia mogą być jeszcze większe, gdy publikuje ponad 144 tweety dziennie. To samo dotyczy ilości informacji na temat użytkownika, choć tutaj proporcje są odwrotne; im mniej o sobie pisze, a jego wpisy to głównie pozbawione komentarza retweety innych źródeł, tym większe prawdopodobieństwo, że to bot. Przedstawione w przewodniku wskazówki dla wielu wyg Twittera mogą wydawać się niemal oczywiste. Ich wartością jest jednak to, że w przeciwieństwie do intuicji nawet najbardziej wprawnych użytkowników portali społecznościowych są one oparte na analizie danych empirycznych.


wydawałoby się, że tradycyjnie nieufna wobec Rosji Polska będzie naturalnie odporna na jej dezinformację i ingerencję. Faktycznie na polskim rynku funkcjonuje niewiele prorosyjskich ośrodków propagandowych. Najlepiej znana jest polskojęzyczna edycja Sputnika, choć i on nie ma potwierdzonego większego grona odbiorców. Starania, by stworzyć ruch wokół partii politycznej Zmiana, której liderem był Mateusz Piskorski, też raczej nie wyszły. Piskorskiego aresztowano, a jego powiązania z Rosją zostały przecięte.

Fakty te nie oznaczają jednak, że Polska nie jest obiektem rosyjskiego wpływu informacyjnego. Metody, jakie nad Wisłą stosuje Kreml, są po prostu dobrze dostosowane do lokalnych nastrojów, a przez to odmienne niż te, z którymi borykają się inne zachodnie demokracje. Według ustaleń autorów ostatnio opublikowanego raportu The Weaponization of Culture: Kremlin’s traditional agenda and the export of values to Central Europe węgierskiej organizacji Political Capital rosyjskie służby są wyszkolone w dopasowywaniu działań dezinformacyjnych do lokalnego kontekstu, w tym również Polski. Rosyjska aktywność nie musi zatem koniecznie promować nastrojów prorosyjskich; zamiast tego może szukać innych, bardziej efektywnych sposobów na podzielenie danego społeczeństwa.

Z opinią zgadza się polski analityk Adam Lelonek, który przez trzy lata mieszkał we Lwowie. Wskazuje, że każde państwo ma swoją indywidualną skalę podatności, która wynika z jego uwarunkowań historycznych, systemowych, politycznych, światopoglądowych, stereotypów, geopolityki oraz wielu innych. Lelonek jest członkiem zarządu Fundacji Centrum Analiz Propagandy i Dezinformacji (CAPD), stosunkowo nowej organizacji z siedzibą w Warszawie. Centrum Analiz Propagandy i Dezinformacji jest jedną z niewielu polskich organizacji, które zajmują się problemem rosyjskiej dezinformacji w kraju. Dąży do stworzenia skutecznego systemu ostrzegania, aby przeciwdziałać w Polsce zagrożeniom w przestrzeni informacyjnej. Zadanie niełatwe.

– W naszym kraju największym zagrożeniem jest zakorzenianie narracji, czyli subiektywnych wykładni światopoglądowych  – mówił  w grudniu 2017 roku Lelonek, gdy spytałem go, z jakimi zagrożeniami planuje walczyć. – Narracje te następnie są łączone z oddziaływaniami osobowymi, działają tak zwani agenci wpływu czy autorytety moralne.

Kreml nie odnosząc sukcesów w budowaniu prorosyjskich sentymentów w Polsce, usiłuje zwiększyć dotychczasowe waśnie. Podgrzewa spór polsko-ukraiński.

Do szczególnie wrażliwych narracji, które ostatnio były mocno eksploatowane, należy zaliczyć kwestię relacji polsko-ukraińskich. Wynika ona między innymi z niezakończonej dyskusji historycznej wokół zbrodni przeciwko Polakom, jakich dokonali ukraińscy nacjonaliści w latach 40. ubiegłego stulecia na Wołyniu. Marcin Rey, który prowadzi na Facebooku popularny fanpage Rosyjska V kolumna w Polsce, co dało mu przydomek tropiciela rosyjskich wpływów, postrzega obszar tej debaty jako jedną ze stref, gdzie Rosja działa wyjątkowo skutecznie. Według niego Kreml, który nie odnosi sukcesów w budowaniu prorosyjskich i antyzachodnich sentymentów w polskim społeczeństwie, celowo koncentruje się na innych wrażliwych tematach, których wydobycie i pogłębienie może jedynie zwiększyć dotychczasowe waśnie. – Spodziewam się dalszego podgrzewania sporu polsko-ukraińskiego –usłyszałem od Reya, którego poznałem w czasie seminarium o propagandzie i dezinformacji w Pradze w 2016 roku. – Pod pewnymi względami ta narracja zdaje się bardzo dobrze działać. Udało się na przykład doprowadzić do tego, że niektórzy politycy, dostrzegając nastroje wytworzone w dużej mierze przez internetowe i medialne agitacje, zaczęli się do niej dostosowywać – argumentował.

Obawy Reya potwierdza Lelonek: – Klasycznym przykładem negatywnego oddziaływania na relacje polsko-ukraińskie jest budowanie narracji (opartej rzekomo na informacjach służb niemieckich), że obywatele ukraińscy przybywający do Polski do pracy i na studia, tak naprawdę budują  „podziemne struktury wojskowe” i masowo przemycają do Polski broń.
Treści tego typu pojawiają się w polskim internecie już od dłuższego czasu, o czym świadczą tweety takich botów, jak @CasualsAG i @DorotaGawor, powielające wypowiedzi kontrowersyjnego publicysty Stanisława Michalkiewicza, którego chętnie cytuje również Janusz Korwin-Mikke.

Projekty Reya i Lelonka to prywatne inicjatywy, przez wielu postrzegane jako kontrowersyjne (tak było chociażby w przypadku opublikowanego przez Reya stupięćdziesięciostronicowego raportu na temat rosyjskich powiązań działającej w Polsce Fundacji Otwarty Dialog), których autorzy nie otrzymują żadnego wsparcia ze strony państwa. Pytany, co robią polskie instytucje, aby budować opór wobec rosyjskich wpływów, Rey nie szczędził słów krytyki: – Nie znam takich działań. Gdyby były jakiekolwiek wymierne działania, wiedziałaby o nich większość obywateli. Obserwuję coś przeciwnego. A mianowicie: narracje Kremla przenikają coraz bardziej do treści promowanych przez główne polskie media, a nawet przez niektórych polskich polityków.


budowanie świadomości społeczeństwa na temat tego, czym jest dezinformacja, jest najlepszym sposobem na przeciwstawianie się negatywnym konsekwencjom działań manipulujących informacjami. Wiedzą o tym teoretycznie wszyscy, a jednak w większości krajów europejskich, w tym również w Polsce, niewiele się robi, by przeciwdziałać tym tendencjom. Część odpowiedzialności za przyszłość Europy w naturalny sposób spoczywa na instytucjach Unii Europejskiej. Stąd też zapewne w strukturze Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych została utworzona wspomniana już grupa odpowiedzialna za zwalczanie rosyjskiej dezinformacji o nazwie East StratCom Task Force. Założona w 2015 roku, do tej pory nie otrzymała jeszcze właściwego wsparcia, o czym przekonywali mnie jakiś czas temu w Brukseli rozmaici eksperci. Ich słowa potwierdza opublikowany na portalu Politico artykuł Jamesa Panichiego EU splits in Russian media war: „Jedna z osób z East StratCom wskazuje, że członkowie grupy muszą być ostrożni w swoich działaniach (…). Eksperci otrzymali polecenie, by unikać antagonizowania rządów UE, które chcą wyciszyć napięcia z Rosją”. Podczas kuluarowych rozmów z ekspertami z East StratCom usłyszałem podobne głosy. Ich autorzy prosili jednak o anonimowość, podkreślając, że największą barierą dla działań East StratCom jest brak woli politycznej na poziomie wysokich urzędów europejskich. Rey zgadza się z tą oceną, twierdząc:

– Intencje UE są doskonałe, ale pozbawione odpowiednich środków. Europejska Służba Działań Zewnętrznych być może ma budżet rzędu jednego miliona euro, podczas gdy Rosja na wojnę informacyjną wydaje miliardy. – Zdaniem tropiciela rosyjskiej V kolumny w Polsce jest to dysproporcja „jak jeden do kilku tysięcy”.

Opracowana w 2017 roku z inicjatywy Jandy z European Values Deklaracja Praska, podpisana przez grono ekspertów zajmujących się problemem propagandy i dezinformacji, nakreśliła siedem kroków, które UE powinna podjąć, żeby poważnie podejść do zbalansowania rosyjskiego wpływu na procesy polityczne w Europie. Kroki te uwzględniają między innymi większe nakłady na East StratCom i konieczność uznania zagrożenia pochodzącego z Rosji przez polityków europejskich za realne. Jako jeden z sygnatariuszy petycji kilkakrotnie zwracałem się do pracowników Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych z prośbą o komentarz do tego artykułu. Niestety, nigdy nie otrzymałem odpowiedzi.

Pomimo niesprzyjającego kontekstu eksperci East StratCom wykonują godną podziwu pracę w zakresie zwalczania dezinformacji. Są aktywni w mediach społecznościowych, gdzie prowadzą słynne już konto na Twitterze @EUvsDisinfo oraz regularnie publikują biuletyn „Przegląd Dezinformacji”, gdzie eksperci z całej Europy (w tym Polski) ujawniają liczne fake newsy. Na swojej stronie zamieszczają mnóstwo informacji, w tym pogłębione studia przypadków i aktualną listę polecanych lektur. Niestety, budżet pozwala im jedynie na publikację w języku angielskim i rosyjskim, przez co tracą niebagatelną okazję dotarcia do obywateli w całej Europie. Pewną inspiracją może być ukraińska inicjatywa o nazwie StopFake. Projekt powstał w 2014 roku z inicjatywy Kijowsko-Mohylańskiej Szkoły Dziennikarskiej. Jego cel stanowi identyfikacja fake newsów upublicznianych przez rosyjską propagandę. StopFake jest obecnie partnerem wielu instytucji w całej Europie i publikuje w jedenastu językach, w tym polskim.

Skoro istnieje tyle form przeciwdziałania, to dlaczego rosyjska kampania dezinformacyjna jest wciąż tak skuteczna? Dezinformacja i fake newsy to bez wątpienia więcej niż tylko rosyjska taktyka. To również nasza reakcja (lub jej brak) na informacje, którymi nieustannie zasypują nas media (tradycyjne, internetowe i społecznościowe). I choć jest pewne, że nigdy nie uchronimy się całkowicie od negatywnych wpływów zmanipulowanego przekazu, jak również emocji, które nami kierują, to doza krytycznego myślenia z pewnością nie zaszkodzi.

Newsletter

Pismo na bieżąco

Nie przegap najnowszego numeru Pisma i dodatkowych treści, jakie co miesiąc publikujemy online. Zapisz się na newsletter. Poinformujemy Cię o najnowszym numerze, podcastach i dodatkowych treściach w serwisie.

* pola obowiązkowe

SUBMIT

SPRAWDŹ SWOJĄ SKRZYNKĘ E-MAIL I POTWIERDŹ ZAPIS NA NEWSLETTER.

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OTRZYMASZ NAJNOWSZE WYDANIE NASZEGO NEWSLETTERA.

Twoja rezygnacja z newslettera została zapisana.

WYŁĄCZNIE DLA OSÓB Z AKTYWNYM DOSTĘPEM ONLINE.

Zaloguj

ABY SIĘ ZAPISAĆ MUSISZ MIEĆ WYKUPIONY DOSTĘP ONLINE.

Sprawdź ofertę

-

-

-

  • -
ZAPISZ
USTAW PRĘDKOŚĆ ODTWARZANIA
0,75X
1,00X
1,25X
1,50X
00:00
50:00