Portret

Jacinda Ardern: Bawi mnie łatka „anty-Trumpa”

  • autor
  • Toby Manhire
Po najgorszym ataku terrorystycznym w dziejach Nowej Zelandii premier Jacinda Ardern opowiada o jego następstwach, o znalezieniu się na świeczniku i o tym, jak kraj dochodzi do siebie.
rysunek Arkadiusz Hapka

Coś ci pokażę – mówi Jacinda Ardern. Siedzimy na sofach w jej gabinecie na dziewiątym piętrze Ula, okrągłego budynku w Wellington, gdzie mieści się Urząd Rady Ministrów Nowej Zelandii. Minęło zaledwie dziesięć dni od ataku terrorystycznego w Christchurch, w wyniku którego pięćdziesiąt osób zginęło podczas modlitw w meczetach [kilka tygodni później jedna osoba zmarła w szpitalu w wyniku odniesionych obrażeń – przyp. red.]. Na zewnątrz flagi opuszczone są do połowy masztu. Przy szklanych drzwiach stoi dwóch policjantów; każdy trzyma karabin półautomatyczny. Tu, na dziewiątym piętrze, promienie słońca przebijają się przez panoramiczne okno. W oddali można dostrzec port. Chłopiec w wieku przedszkolnym, synek któregoś z pracowników, jeździ w poczekalni na rowerku.

Zapytałem Ardern o jej pierwszą reakcję na wiadomość o ataku. Dodałem też, że od samego początku kładła wyraźny nacisk na wspólnotę i solidarność. Zwięźle i twardo przedstawiła wydarzenia po swojemu. Sprawiało to wrażenie, jakby kierowała się przemyślaną strategią. Czy rzeczywiście tak było?

– Raczej nie – odpowiada Ardern. – Niewiele decyzji podjęłam wówczas z rozmysłem. Kierowałam się intuicją. Wydaje mi się, że to naturalne w przypadku takich wydarzeń. Nikt nie ma czasu, żeby usiąść i planować. Człowiek po prostu robi to, co wydaje mu się słuszne.

Podchodzi do biurka i z szuflady wyjmuje kartkę formatu A4, kilkakrotnie złożoną na pół. Widnieje na niej wydrukowany porządek spotkania organizowanego przez Ardern w Auckland wieczorem w przeddzień ataku. Na odwrocie znajdują się notatki sporządzone zaokrąglonym pismem pani premier. Z każdym wierszem coraz więcej pośpiechu. Słowa stają się mniej czytelne. Kilka fragmentów podkreślono jasnopomarańczowym kolorem.

„Jedna osoba zatrzymana, mogą być inni sprwcy”.

„Akt niesłchanej przemocy. Nie ma na to przyzwolenia w NZ”.

„Oni to też my”.

 – To moje notatki na pierwszą konferencję prasową – tłumaczy Ardern. – Nocowałam w hotelu. Miałam mało czasu, żeby się przygotować.

Kiedy zadzwonił telefon, Ardern jechała minivanem w towarzystwie burmistrza New Plymouth, niewielkiego miasta na zachodnim brzegu Wyspy Północnej. Wcześniej tamtego ranka, w piątek 15 marca, pani premier nieoczekiwanie zjawiła się w miejscowej szkole, by spotkać się z uczniami i uczennicami biorącymi udział w globalnym strajku klimatycznym. „Słyszymy wasz głos. Wiemy, że musimy działać”, powiedziała im. Potem pojechała odwiedzić nową szkołę, miała też w planach otwarcie festiwalu muzycznego.

 – Informacje były bardzo wyrywkowe, nie dawały pełnego obrazu – wspomina. – Nikt nie potrafił nawet potwierdzić liczby ofiar. Przy takich wydarzeniach, chociaż mogę się tylko domyślać, bo nigdy wcześniej niczego podobnego nie przeżyłam, nie ma czasu na zastanawianie się, jakiego języka należy użyć.

 – Wiedziałam dokładnie, co chcę powiedzieć – dodaje. – Stało się to dla mnie oczywiste natychmiast, kiedy tylko usłyszałam, że celem ataku padł meczet. Nie szukałam jednak konkretnych słów. Myślałam jedynie o emocjach, o przesłaniu, które uważałam za potrzebne w tamtym momencie.

Ardern wielokrotnie podkreślała, że wydarzenia z 15 marca to nie jest jej historia, lecz ofiar, ich rodzin, rannych, społeczności muzułmańskiej i Christchurch. A najważniejsze słowa padły z ust siedemdziesięciojednoletniego Hajiego-Daouda Nabiego, który na moment …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Artykuł ukazał się 6 kwietnia 2019 roku na theguardian.com. Copyright Guardian News & Media Ltd 2019. Portret Jacindy Ardern ukazał się w lipcowym numerze miesięcznika "Pismo. Magazyn opinii" (07/2019) pod tytułem Jacinda Ardern:Kieruję się intuicją.

FreshMail.pl