
Rysunek Anna Głąbicka
Nie pochwalę się imponującą listą przeczytanych książek, kolekcją ulubionych płyt czy pięknie wydanymi albumami ze sztuką, które leżą na moim stoliku kawowym. Jestem za to filmowym geekiem i od wielu lat maniakalnie oglądam animacje. A tak się szczęśliwie złożyło, że właśnie ich tworzeniem zajmuję się na co dzień. Dlatego moja apteczka przypomina raczej zbiór praktyk, które są dla mnie przydatne w pracy – pozwalają się do niej przygotować lub zapewniają chwilę potrzebnego wytchnienia.
Może zabrzmi to zaskakująco, ale bycie animatorką porównałabym do bycia zawodową sportowczynią. To profesja, która stanowi wyzwanie nie tylko dla umysłu (wymaga ciągłej koncentracji), ale i dla ciała – podczas rysowania spędzam wiele godzin w tej samej pozycji. Dbam więc, by utrzymać ciało w dobrej kondycji. Każdy dzień zaczynam od ćwiczeń oddechowych, medytacji i jogi, której jestem wykwalifikowaną instruktorką. Dopiero wtedy czuję, że jestem gotowa, by usiąść przy biurku i rysować. Z kolei po pracy chodzę na basen i zajęcia z tańców latynoamerykańskich – to z nich czerpię największą radość.
Ruch jest nieodłączną częścią mojej rutyny, a dyscyplina nad ciałem pomaga mi zachować równowagę. Daleko mi jednak do tych, którzy za wszelką cenę będą się zmuszać do aktywności fizycznej. Słucham swojego organizmu i jeśli dostaję sygnał od ciała, że nie jest gotowe na wysiłek, odpuszczam. Ważny jest też czas na regenerację. Gdy wszystko inne zawodzi, na ratunek przychodzi sen. Niekiedy to właśnie on jest wyznacznikiem sukcesu.
Zanim zrozumiałam, że chciałabym pracować jako animatorka, moim największym marzeniem było zostać mangarką. W dzieciństwie zaczytywałam się w najróżniejszych mangach przygodowych i po powrocie ze szkoły od razu siadałam do szkicowania własnych historii. Całe moje kieszonkowe przeznaczałam wtedy na materiały do rysowania. Byłam jednak beznadziejna w poprawianiu szkiców tuszem (w Japonii tradycyjnie używa się do tego stalówki, a mnie ta technika kompletnie przerosła). Z tego powodu w wieku 12 lat przeżyłam swój pierwszy, wielki kryzys, czułam, że moje marzenia legły w gruzach.
W tym samym czasie panowało w kraju ogromne poruszenie związane z premierą Księżniczki Mononoke – najnowszej animacji Hayao Miyazakiego, zapowiadanej zresztą jako ostatni film w jego karierze. Oglądałam wtedy w telewizji dokument, który pokazywał od kulis pracę animatorów w studiu. I pomyślałam, że oni przecież nie muszą nic poprawiać, a w dodatku ich rysunki ożywają później na ekranie!
Podczas studiów przekonałam się jednak, że praca przy animacjach to nie tylko rysowanie. Wszystko zaczyna się od researchu. Na początku trzeba wyczuć styl danego reżysera. W tym celu najlepiej prześledzić całą jego dotychczasową twórczość. Kolejnym etapem jest zrozumienie samej historii. Jeśli akurat pracuję nad storyboardami, moja praca sprowadza się do uważnej lektury scenariusza. Gdy opisuje on świat całkowicie wyobrażony, należy ustalić jego podłoże i poznać inspiracje, jakie stały za jego stworzeniem. Czuję się wtedy, jakbym odkrywała nieznane dotąd terytoria albo rozwiązywała jakąś skomplikowaną zagadkę.
W przypadku samej animacji, gdy korzysta się już z gotowych storyboardów, trzeba je bardzo dokładnie przeanalizować – zrozumieć, z czyjej perspektywy opowiadana jest historia, jaki powinna mieć nastrój i jak najlepiej ukazać emocje bohaterów. Nieodłącznym elementem tego procesu są też konsultacje z reżyserem. Dzięki temu, gdy za bardzo skupiam się na konkretnych scenach lub dopieszczam detale, udaje mi się nie stracić z oczu całości.
Wszystko, co zostanie naszkicowane, staje się aktorem w scenie. Najważniejsze pytanie, które należy sobie wtedy zadać, to: czy element, który chcemy zawrzeć w danej klatce, ruch lub jego brak pomagają wywołać określoną emocję? Gdy kilkanaście lat temu pracowałam nad Death Billiards (reżyseria: Yuzuru Tachikawa), wraz z animatorem od efektów specjalnych zastanawialiśmy się nad tym, czy powinnam narysować krople potu, które zamiast skapywać w dół, rozpływają się po twarzy na boki. I choć oboje wiedzieliśmy, że nie jest to fizycznie możliwe, w animacji 2D nie ma to najmniejszego znaczenia. Grawitacja jest na naszych usługach. Jeśli tego akurat wymaga scena, musisz działać na jej korzyść, nawet jeśli jest to wbrew zasadom rządzącym prawdziwym światem. Właśnie w tej wolności tkwi dla mnie prawdziwa magia animacji. To ona sprawia, że po tylu latach w zawodzie wciąż nie mogę się nasycić moją pracą.
Legendarny japoński animator, Toshiyuki Inoue, gdy zapytałam go, czy zamierza kiedyś przejść na emeryturę, powiedział, że będzie animować aż do śmierci. Po tej rozmowie uświadomiłam sobie, że mam podobne podejście. Gdy pogorszy mi się wzrok i stanę się powolniejsza, będę pracować przy seriach, w których jest mniej detali – czymś pokroju Hello Kitty. Może poczuję się znów jak juniorka, która dopiero stawia pierwsze kroki w branży, ale przynajmniej będę wolna. Nadal będę wprawiać postaci w ruch, nawet jeśli mnie samej będzie ciężko samodzielnie wstać od biurka.
Rozmawiał i przełożył Mateusz Roesler
Masz przed sobą otwartą treść, którą udostępniamy w ramach promocji „Pisma”. Odkryj pozostałe treści z magazynu, także w wersji audio. Jeśli nie masz prenumeraty lub dostępu online – zarejestruj się i wykup dostęp.
Sponsorem tekstu jest Estrada Poznańska, organizator Międzynarodowego Festiwalu Filmów Animowanych Animator, który odbędzie się w Poznaniu w dniach 4-12 lipca 2026 roku.
