Współpraca reklamowa z Festiwalem Filmowym Millennium Docs Against Gravity.
Bawarski reżyser zasłynął fabułami i filmami dokumentalnymi kręconymi na wszystkich kontynentach, włącznie z Antarktydą. W świecie kinematografii znany jest z intensywnych planów filmowych i nietuzinkowego podejścia do kwestii faktów w kinie dokumentalnym. Herzog jest orędownikiem tzw. ekstatycznej prawdy, którą łączy choćby z poezją i którą przeciwstawia przyziemnej „prawdzie księgowych”. W najnowszym filmie opowiada o zoologu, który w Namibii i Angoli próbuje znaleźć największe słonie świata.

Adam Robiński: Powiedział pan kiedyś, że powinniśmy wysłać w kosmos poetów, bo tylko oni są w stanie przywieźć nam stamtąd coś nowego. Czy poświęcając się pracy nad filmem takim jak Sny o słoniach, liczy pan na znalezienie nowych, wartych pokazania obrazów? A może chodzi prostu o fascynującą historię wartą opowiedzenia?
Werner Herzog: To trudne pytanie, bo przy każdym filmie musiałbym udzielić innej odpowiedzi. W tym przypadku najważniejsza była opowieść, co nie znaczy, że nie mamy zdjęć, których nikt nigdy wcześniej nie pokazał. Chodzi mi przede wszystkim o ujęcia słonia kroczącego pod wodą. To niezwykle piękne kadry. Zwykle więc chodzi o połączenie wciągającej historii z efektownymi zdjęciami. Przede wszystkim zajmuję się jednak storytellingiem.
Gdzie powstały wspomniane ujęcia?
W dość płytkim jeziorze, dzięki czemu operator był w stanie brodzić z wodą po ramiona, wyposażony w kamerę trochę bardziej zaawansowaną niż GoPro. Musi pan wyobrazić sobie miotłę, na której końcu zamiast szczotki znajduje się kamera. Słonie, które pasą się w takich płytkich jeziorach, szukają w nich niektórych roślin, a my możemy to podejrzeć. Nie wykazują agresji, bo nie czują się zagrożone. Reszta to kwestia cierpliwości, i pewnie odrobiny odwagi.
Tę scenę nakręciliście w trakcie realizacji filmu? Czy zdjęcia powstały przy innej okazji?
Część z nich istniała już wcześniej, ale co nieco dokręciliśmy. Punktem wyjścia do tej historii było poszukiwanie słoni. Od początku towarzyszyło mi też pytanie, kluczowe z punktu widzenia filmu: czy warto za wszelką cenę realizować swoje marzenia? A może lepiej, by czasem pozostały niezrealizowane, dzięki czemu ich nie tracimy?
Pod koniec filmu, gdy zoolog i odkrywca Steve Boyse, jego bohater, w końcu zdobywa niezbity dowód na istnienie słonia-zjawy, komentuję to zza kadru, że teraz będzie musiał dożyć resztę swoich dni z tym sukcesem. Te rozważania stały się dla mnie jasne, gdy tylko zetknąłem się z materiałem. Gdy spotkałem Steve’a i pracujących z nim tropicieli. Reszta dzieje się na bieżąco, w terenie. Musisz wiedzieć, czego szukasz. I musisz być szybki. W ciągłej gotowości, by zarejestrować to, co dzieje się wokół ciebie. Nawet jeśli czasem te zdarzenia i obrazy nie są oczywiste.
To, że „Steve będzie musiał żyć ze swoim sukcesem”, przypomina inną, powielaną w internetowych memach pana wypowiedź – o pomylonym pingwinie, który z zagadkowych powodów wędruje w głąb antarktycznego interioru. To scena z pańskiego filmu Spotkania na krańcach świata. Dla pana jako filmowca ważne było, by Steve’owi się poszczęściło?
Zupełnie nie. Wziąłbym w ciemno to, że mu się nie udaje, choć pewnie wtedy powstałby trochę inny film niż Sny o słoniach.
Obszerną sylwetkę bawarskiego reżysera przedstawimy w jednym z kolejnych numerów „Pisma”.