Apteczka

Marcin Czajkowski. Apteczka z wysoką zawartością druku

Kompulsywnie kupuję więcej prasy i książek, niż jestem w stanie przeczytać. Niedoczytane, nadczytane i podczytywane tygodniki, miesięczniki i kwartalniki gnieżdżą się w rozmaitych, mniej lub bardziej oczywistych miejscach. Zwykle zdobywają przyczółek w postaci półki pod lustrem w przedpokoju, następnie przez parę dni przegrupowują się na stole w pokoju dziennym. („Na pewno przeczytam” – obiecuję sobie z niezachwianą pewnością). Gdy już uśpią moją czujność, znienacka przystępują do ataku, podbijając biurko, parapet i rozmaite półki, na których pysznią się przez kolejne tygodnie, miesiące i kwartały. Rozpychają gazetownik i blokują szuflady. Wypychają kieszenie kurtek i dociążają plecak. („Te już na pewno przeczytam”). Co bezczelniejsze zaczynają przenikać do pokoju dziecięcego. 

To kropla, która przelewa czarę: wyciągam hałdy papieru ze wszystkich kątów i wycinam z nich co ciekawsze artykuły, aż strony formują nowe stosy, upychane następne po rozmaitych, mniej lub bardziej oczywistych miejscach. („Wszak to best of the best, to crème de la crème, same ciekawe i pilne teksty, nie ma mowy, bym nie przeczytał”). Część z tych wyciętych artykułów rzeczywiście czytam, często w środkach komunikacji miejskiej, gdzie mam w zwyczaju gubić pogniecione strony. Poszczególne zdania i akapity spisuję w notatniku, gdy chcę, by jakaś treść bądź forma zostały ze mną na dłużej. Do tak skondensowanych tekstów zaglądam regularnie i jeśli w czymś miałbym upatrywać mojej podręcznej apteczki, to właśnie w tych paru notesach.

Jeśli mam uczciwie odpowiedzieć na pytanie, jak najczęściej ostatnio czytam, to na głos, a na pytanie, co – to monumentalną sagę o przygodach Wesołego Ryjka.

Trafiają też do nich wyimki z książek, częściej non niż fiction. Z tych pierwszych trudno mi by było wybrać te najważniejsze, bo ich zestaw zmienia się płynnie, w zależności od tematu, który akurat mnie ciekawi lub nad którym pracuję, co w mojej pracy nierzadko jest zbieżne. (Gdy piszę te słowa, na biurku leży Monstruarium Anny Wieczorkiewicz; spod niego wystaje Głód Martína Caparrósa). Przyparty do muru wskazałbym Barbarzyńską Europę Karola Modzelewskiego, książkę niby stricte historyczną, ale napisaną z dużą dozą wyobraźni antropologicznej. Jej lektura pchnęła moje zainteresowania w kierunku innych niż historia nauk humanistycznych i w jakiejś mierze odpowiada za to, że jestem tu, gdzie jestem.

Poezji raczej nie czytuję (tylko mnie nie zdradźcie przed naczelną „Pisma”)*, robiąc wyjątek dla Bolesława Leśmiana, którego twórczość przypomina mi, że reguły językowe istnieją też po to, by od czasu do czasu je łamać. Miałem kiedyś wielką słabość do pisarzy hispanojęzycznych, szczególnie José Carlosa Somozy i Maria Vargasa Llosy; teraz chętniej sięgam po Juliana Barnesa albo Joannę Bator. Bardzo cenię też Stanisława Lema: Solaris uwiodło mnie konceptem doświadczenia obcości tak skrajnej, że nierozpoznawalnej, zaś doktorzy Corcoran i Diagoras – bohaterowie dwóch opowiadań z cyklu o podróżach Ijona Tichego – regularnie nawiedzają moją wyobraźnię. 

Moje praktyki czytelnicze zmieniły się, odkąd w domu zawitał przybysz z obcej planety (twierdzi, że z Merkurego). Jest płci żeńskiej, ma obecnie dwa i pół roku oraz naturę trickstera. Nauczywszy się nawzajem podstaw swoich języków, znaleźliśmy płaszczyznę porozumienia we wspólnej lekturze literatury promerkuriańskiej, dla niepoznaki zwanej po polsku dziecięcą. Jeśli więc mam uczciwie odpowiedzieć na pytanie, jak najczęściej ostatnio czytam, to na głos, a na pytanie, co – to monumentalną sagę o przygodach Wesołego Ryjka.

darowizna na rzecz fundacji pismo

Nie korzystam z czytników e-booków, bo lubię fizyczność książek, to, jak ciążą w ręku, a ich strony szeleszczą i wdzięcznie przyjmują grafit ołówka.

Prawie nie słucham podkastów (tylko mnie nie zdradźcie przed resztą redakcji „Pisma”)**. W moim domu właściwie cały czas sączy się natomiast muzyka. Słucham wielu wykonawców, ale trzy zespoły – Nick Cave & The Bad Seeds, Pink Floyd i Vaya Con Dios – stanowią mój zestaw obowiązkowy. Ich twórczość towarzyszy mi od ćwierćwiecza i nie sądzę, by przez kolejne coś się w tej kwestii zmieniło. Niewiele mniej czasu minęło, odkąd pierwszy raz zobaczyłem Człowieka słonia Davida Lyncha i do dziś jest to dla mnie najważniejszy film.

Postawiłem właśnie cztery tysiące znaków, a zaledwie co szósty poświęciłem innym mediom niż słowo drukowane. To z grubsza proporcje odpowiadające składowi mojej apteczki.

 

* Naczelna, która redagowała apteczkę redaktora Czajkowskiego, w tym miejscu ze smutkiem westchnęła. Dalsze kroki musi przemyśleć.

** Naczelna zasępiła się po raz drugi.

 

FreshMail.pl