Kapitalizm ustawił mężczyznę w pozycji podporządkowanej rynkowi pracy i przełożonym, ale dał mu przestrzeń domową, w której wciąż dominował. Emil Zola w Germinalu pokazuje scenę posiłku ubogiej rodziny górniczej w latach sześćdziesiątych XIX wieku. Największą porcję, z największym kawałkiem mięsa, otrzymuje ojciec – Maheu, to on ma prawo nabrać sobie jedzenie pierwszy, matka bije po rękach młodsze dzieci, które nie potrafią opanować głodu i nie czekając na ojca, sięgają do misek. W czasie kąpieli jest odwrotnie – wszyscy myją się w jednej wannie i raz nabranej wodzie, ojciec kąpie się ostatni. Jego uprzywilejowana pozycja polega jednak na tym, że wszystkie inne osoby mają opuścić pomieszczenie, zostaje tylko Maheu i jego żona, która obmywa ciało męża, symbolicznie i zupełnie też realnie potwierdzając jego pozycję. To ona też sprząta po kąpieli, wylewa wodę, szoruje balię.
Masz przed sobą otwarty tekst, który udostępniamy w ramach promocji „Pisma”. Odkryj pozostałe treści z magazynu, także w wersji audio. Wykup prenumeratę lub dostęp online.
Rewolucja, która wydarzyła się w naszej części Europy po 1945 roku, wywołała kosmetyczne zmiany w przydziale ról kobiecych i męskich w przestrzeni publicznej i podtrzymała patriarchalny porządek w przestrzeni prywatnej. Tylko na kilka lat kobiety poszły do pracy na męskich stanowiskach – stalinizm kładł nacisk na widoczne i łatwo policzalne równouprawnienie w pracy zawodowej. Poza krótkimi eksperymentami, polegającymi na przykład na zakładaniu sześciodniowych żłobków (odpowiadających sześciodniowemu tygodniowi pracy), nie zaproponował jednak niczego, co mogłoby ułatwić pracę reprodukcyjną w przestrzeni domowej, nie przekierował też obowiązków domowych na mężczyzn.
Rewolucja, która wydarzyła się w naszej części Europy po 1945 roku, wywołała kosmetyczne zmiany w przydziale ról kobiecych i męskich w przestrzeni publicznej i podtrzymała patriarchalny porządek w przestrzeni prywatnej.
W 1956 roku raczkujące równouprawnienie zawodowe zostało zatrzymane przez rządy Gomułki – polski komunizm zawarł kompromis ze społeczeństwem i tradycyjnie dokonał się on na ciele kobiety: tym razem na jej ciele zawodowym, wysłał bowiem większość z nich do domów, skasował żłobki sześciodniowe, zrzucił w dół drabiny wynagrodzeń, odbierając prawo do wykonywania najlepiej płatnych zawodów, zarezerwowanych dla mężczyzn. Jak pisze Małgorzata Fidelis, część kobiet straciła pracę, bo uznano, że wykonywane przez nie obowiązki narażają ich zdolności reprodukcyjne, a te czczono ponad wszystko. Część kobiet przesunięto na gorzej płatne i mniej prestiżowe stanowiska – z pracy na przodku w kopalni do administracji lub słabo płatnej pracy przy taśmie fabrycznej. Lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte kusiły obietnicą przesunięcia pracy domowej na urządzenia – pralkę, lodówkę, odkurzacz, śniono o domowych robotach. Jednak operatorem owych sprzętów wciąż miała być kobieta, do niej należały obsługa kuchni, sprzątanie, pranie, zakupy. Wojciech Śmieja w książce o kryzysie męskości Po męstwie notuje, że kobiety w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych zaczęły wypowiadać tę umowę społeczną – na skalę indywidualną, która jednak przełożyła się na kroczący kryzys rodziny. Skazane na dwa etaty – zawodowy i domowy – pozbawione wsparcia partnera decydowały się na rozwód. Z dzisiejszej perspektywy szalejącej konsumpcji zapomina się, ile czasu zajmowało zrobienie zakupów, ile osób gnieździło się w jednym mieszkaniu, jakich wolt dokonywano, by zaspokoić podstawowe potrzeby.
Przeczytaj też: Niewidoczna praca, którą wykonujemy na co dzień. Fragment książki „To tylko w jej głowie” Misty Pratt
W reportażu z lat siedemdziesiątych zatytułowanym Portret rodziny Z. we wnętrzu Hanna Krall opisuje skomplikowaną strukturę życia trzypokoleniowej rodziny inteligenckiej mieszkającej w dwóch pokojach z ciemną kuchnią w dużym mieście. I choć tutaj to Pan Z. zdobywa na mieście schab szynkowy, to jednak zięć oraz syn państwa Z. spożywają śniadanie, siedząc na składanych dziecięcych krzesełkach, które wsuwają do kuchni, kiedy jeden z nich wyniesie z niej swoje łóżko polowe. Zięć państwa Z. ma krzesełko wyższe, bo już skończył studia i pracuje, syn – niższe, bo ciągle jest studentem. Kiedy wszyscy domownicy wracają po południu, babcia wchodzi na swój tapczan i już z niego nie wstaje, by nie zajmować za dużo miejsca. Pani Z., nauczycielka, czeka, aż wszyscy położą się spać, po czym udaje się do łazienki: „w łazience, która jest niezwykle funkcjonalna, układa na pralce, kupionej dwadzieścia lat temu, ale działającej bez zarzutu, książki, sama siada na sedesie, przysuwa do siebie pojemnik na brudną bieliznę, który ma idealną do sedesu wysokość, rozkłada na nim zeszyty i spokojnie zabiera się do sprawdzania wypracowań” – pisze Krall, a liczba użytych tu przymiotników jest wprost proporcjonalna do skali ironii autorki.
U Krall praca w łazience jest oskarżeniem systemu komunistycznego o zakłamanie i wykorzystywanie obywateli, harujących i niezdolnych do zaspokojenia minimum potrzeb: pani Z., siedząc na sedesie, poprawia wypracowania na temat „Rzetelna praca, wiedza i aktywność społeczna miarą wartości człowieka w Polsce Ludowej” – nie tylko zatem jej miara okazuje się odwrotna, ale i wszystkich członków rodziny borykających się z kolejnymi niewygodami: ojciec nie może zjeść rano śniadania, bo syn śpi w kuchni, babcia nie może się podnieść, dopóki z mieszkania nie wyjdą wszystkie osoby – cała ta skomplikowana choreografia ma pokazywać stopień skrępowania życia, jego podporządkowania warunkom systemu. Mama – pani Z. – oraz babcia, która w młodości brała udział w powstaniu, a potem uczyła języków, nie mają tu imion, choć Krall podaje imiona wszystkich pozostałych domowników. Tożsamość matki i babci nie wykracza jednak poza ich role rodzinne, są one niejako stworzone przez sieć relacji, w przeciwieństwie do pozostałych osób. Ten układ podporządkowania, pracę na dwa etaty Krall podaje właściwie mimochodem: „podgrzewa wczorajszy obiad, robi nowy na jutro”, wspomina w tle, bo na plan pierwszy wysuwa się rozmowa o tym, co rzeczywistość socjalistyczna zafundowała im w ciągu dnia.
Przeczytaj też: Ukryte koszty pracy emocjonalnej
Kapitalizm nie zmienił tej podwójności etatu – rozciągnął go tylko na większej skali wynagrodzenia kobiet, choć konsekwentnie utrzymał je poniżej wynagrodzenia wypłacanego mężczyznom na tych samych stanowiskach. Zwiększył liczbę dostępnych usług w obsłudze dzieci – ale nie dał żadnej alternatywy w wypadku choroby czy konieczności pracy wieczorem, wycenił też wysoko większość z nich. Utrzymał przekonanie, że zawodowa praca kobiety jest jej zajęciem drugorzędnym, rodzajem dopełnienia domowej kasy albo folgowaniem jej ego. Nie pojawiały się ambicja, spełnienie, potrzeba budowania więzi poza rodziną, rozwój zawodowy, pragnienie zajmowania wysokich stanowisk – takie w dyskursie okołorodzinnym były generowane najwyraźniej przez inne chromosomy.
Pamiętam uczucie przyduszania, kiedy z małym Jeżem czytałam książkę Tupcio Chrupcio. Przedszkolak na medal, z bestsellerowej wtedy serii autorstwa Elizy Piotrowskiej. Jeż lubił Tupcia, siedzieliśmy nad tym godzinami, kiedy był chory i nie mógł iść do przedszkola. Tupcio to myszka, podobnie jak postaci z kreskówek Disneya ma tylko koszulkę, żadnych cech płciowych. Jego tata wychodzi do biura z aktówką, nosi spodnie od garnituru – za to matka, o! matka to zupełnie inna historia! Matka bowiem ma spódnicę do ziemi i bluzkę wiązaną pod szyją, z kołnierzem wyprutym z Downtown Abbey. Mama odstawia Tupcia do przedszkola, bo sama musi iść do pracy – istnieje wyraźny ciąg przyczynowo-skutkowy, Tupcio mógłby się dalej grzać w jej cieple, gdyby nie musiała pracować. Mama jednak musi, przeprasza synka, bo mają za mało pieniędzy. Pierwszego dnia przynosi mu zaś prezent na przeprosiny – worek cukierków. Mój syn domagał się ode mnie wyjaśnień, bo nigdy nie przeprosiłam go za chodzenie do pracy. Po dłuższej przerwie powroty do przedszkolnego życia były trudne, a Eliza Piotrowska swoim patriarchalnym wyobrażeniem pani Chrupciowej jako matki-męczennicy życia zawodowego nie ułatwiała nam życia.
Kapitalizm utrzymał przekonanie, że zawodowa praca kobiety jest jej zajęciem drugorzędnym, rodzajem dopełnienia domowej kasy albo folgowaniem jej ego. Nie pojawiały się ambicja, spełnienie, potrzeba budowania więzi poza rodziną, rozwój zawodowy, pragnienie zajmowania wysokich stanowisk – takie w dyskursie okołorodzinnym były generowane najwyraźniej przez inne chromosomy.
Na plan pierwszy wysuwa się przecież opieka nad dziećmi, troska o dom i troska o męża – mama Tupcia prasuje, gotuje, odkurza, tata wychodzi do pracy i czasem odbiera syna z przedszkola. Tupcio Chrupcio nie opowiada wcale o świecie z czasów jaskini w Lascaux, bo ten układ hierarchiczny wyraźnie widać w amerykańskich badaniach z początku pandemii: kobiety częściej przechodziły wyłącznie na pracę zdalną, one częściej rozkładały swój komputer w pomieszczeniu, w którym znajdowały się też dzieci – a mężczyźni wybierali pomieszczenie osobne. Jak podają autorzy tych badań, mężczyźni pracujący zdalnie z domu nie wykonywali większej liczby obowiązków, w przeciwieństwie do kobiet, na których barki – jeśli pracowały zdalnie – spadały wszystkie zadania opiekuńcze i porządkowe, a związana z nimi liczba prac wzrosła, skoro wszyscy domownicy przebywali stale w domu i nie korzystali z żywienia na zewnątrz. Szybko okazało się też, już w drugiej turze badań w 2021 roku, że jedna na trzy Amerykanki z wyższym wykształceniem musiała prosić o redukcję godzin pracy (a zatem liczyć się ze zmniejszonym wynagrodzeniem i mniejszą szansą na awans albo też wzrostem prawdopodobieństwa rozwiązania umowy o pracę), podczas gdy podobnego losu doświadczył tylko jeden na dziesięciu badanych mężczyzn.
Gdyby Pani Z. z reportażu Hanny Krall była matką czasu covidu, pracowałaby z salonu z aneksem kuchennym, oddawszy mężowi sypialnię i pozwoliwszy mu się w tym pomieszczeniu zamknąć na klucz.

Fragment pochodzi z książki Mięśnie mam od miłości. O macierzyństwie Pauliny Małochleb, która 16 marca 2026 roku ukaże się nakładem wydawnictwa Karakter. Książkę można zamówić na stronie wydawnictwa.