Współpraca reklamowa z Wydawnictwem Filia.
W 2012 roku podjęłam pracę w kwaterze głównej NPR w Waszyngtonie. Moim podstawowym zadaniem było rozbudowanie sieci obserwujących radio na Twitterze. Przez blisko dziesięć lat byłam chemiczką laboratoryjną, a teraz, w wieku trzydziestu pięciu lat „próbowałam być dziennikarką naukową”, o czym pewnego popołudnia poinformował mnie starszy redaktor działu nauki. Zatrudnił mnie, żebym zamieszczała wpisy na Twitterze… przez cały dzień.
Desperacko pragnęłam odnieść sukces. Pracowałam obłąkańczo przez cały dzień, niekiedy po dwanaście godzin na dobę, scrollowałam, komentowałam i pisałam.
W ciągu roku udało mi się zbudować cieszące się umiarkowanym zainteresowaniem konto. Nic imponującego. Zgromadziłam zaledwie dwadzieścia pięć tysięcy obserwujących. Ale po drodze, na szczęście, nauczyłam się relacjonować i pisać. Awansowałam na dziennikarkę zajmującą się tematyką globalnego zdrowia. Wreszcie mogłam się oderwać od karmienia nienasyconej bestii mediów społecznościowych.
Tyle że stało się to za późno. Uzależniłam się. I to mocno. Pamiętam, jak pewnej gorącej, parnej soboty w sierpniu mąż zabrał mnie i naszego owczarka niemieckiego do Zatoki Chesapeake, żebyśmy się schłodzili w wodzie. Przez całe dwie godziny jazdy siedziałam wyciągnięta na dwóch siedzeniach z tyłu i tweetowałam.
Jeżeli ktoś by mnie wtedy zapytał, dlaczego spędzam tyle czasu w mediach społecznościowych, rozwodziłabym się na temat niesamowitej ilości informacji i ciekawych artykułów, które udawało mi się znaleźć, oraz fascynujących dyskusji z innymi naukowcami. Lecz z perspektywy czasu widzę, że aplikacja mnie wciągnęła – i trzymała – z jednego kluczowego powodu: sprawdzania, jak przybywa mi obserwujących.
Każdego dnia nie mogłam się doczekać, by zobaczyć tę cholerną liczbę. Sprawdzałam ją po przebudzeniu i tuż przed zamknięciem oczu do snu. Obserwacja, że wskaźnik rośnie, napełniała mnie nadzieją i ekscytacją. Czułam, że robię w życiu postęp – wyraźny, stały. A to nasilało moją motywację, żeby wracać na stronę raz za razem. Lecz czy naprawdę robiłam istotny postęp? A może Twitter kazał mi pracować bardzo ciężko za bardzo mało?
Jeżeli ktoś by mnie wtedy zapytał, dlaczego spędzam tyle czasu w mediach społecznościowych, rozwodziłabym się na temat niesamowitej ilości informacji i ciekawych artykułów, które udawało mi się znaleźć, oraz fascynujących dyskusji z innymi naukowcami. Lecz z perspektywy czasu widzę, że aplikacja mnie wciągnęła – i trzymała – z jednego kluczowego powodu: sprawdzania, jak przybywa mi obserwujących.
Bez względu na to, czy jesteś dzieckiem uczącym się chodzić, czy trzydziestopięcioletnią chemiczką „próbującą być dziennikarką naukową”, każdy lubi widzieć, czuć i robić w życiu postępy. Pragniemy tego wibrującego w nas wrażenia, że oto krok za krokiem zbliżamy się do celu. To dlatego większość z nas lubi robić listy spraw do załatwienia. A dzieciaki uwielbiają karty postępu w szkole. Postęp jest naszą potrzebą podstawową i potężnym motywatorem, który każe nam się zagłębiać, wysilać i pracować w tygodniu oraz w święta.
Media społecznościowe i gry wideo zapewniają nam superwyraźne sposoby na przeżywanie tego fantastycznego doznania. W aplikacjach obserwujemy przyrost polubień. Serduszek. Komentarzy. Zabitych przeciwników. Poziomów. Tyle aspektów życia idzie do góry, do góry, do góry. Równocześnie rośnie poziom dopaminy w układzie motywacyjnym. Zupełnie jak słupek rtęci w Dolinie Śmierci w lipcowy dzień.
Nasze mózgi wyewoluowały do tego, by lubić postęp i do niego dążyć. Jest to ogromnie nagradzające (zapewne dlatego, że postęp pomagał nam utrzymać się przy życiu). W rezultacie wzbudza wydzielanie większej ilości dopaminy. Która oczywiście podpowiada nam: „Ceń to! Zrób jeszcze raz!”.
Część z nas, jak ja, zakochuje się w odczuwaniu słodkiego postępu – a przynajmniej czegoś, co się nim wydaje – i dlatego tak bardzo ulegamy urokowi mediów społecznościowych i gier wideo.
Cam Adair dobrze zna tę miłość. W wieku dwudziestu jeden lat wyszedł z uzależnienia od gier wideo i od dekady pomaga osiągnąć to samo innym młodym dorosłym i nastolatkom. Kieruje założoną przez siebie jedną z największych na świecie społeczności osób uzależnionych od gier wideo. Pragnienie postępu jest „jednym z najważniejszych powodów”, dla których ludzie grają. „Musisz widzieć progres. Musisz otrzymywać feedback”, powiedział.
Adair nazywa ten aspekt gier i mediów społecznościowych „ciągłym mierzalnym wzrostem”. Jak zauważył, obserwujesz go niemal natychmiast po zalogowaniu się do aplikacji. Na początku nie musisz wkładać w to dużo pracy czy wysiłku. Płacisz niewielką „cenę za grę”.
Przeczytaj też: Co tracimy wpatrzeni w social media?
Weźmy na przykład World of Warcraft. Nowi gracze z łatwością przechodzą z pierwszego na drugi poziom, ale już przejście z poziomu pięćdziesiątego dziewiątego na sześćdziesiąty wymaga o wiele więcej pracy, jak wyjaśnił Adair. „Na przejście do drugiego poziomu mogą ci wystarczyć dwie minuty. Za to przejście z poziomu pięćdziesiątego dziewiątego na sześćdziesiąty może zająć dwa miesiące i [twórcy gry] robią to celowo, żebyś wpadał w pętlę »Jak się wysilę, zrobię postęp. Jak się wysilę, zrobię postęp«”. „A przecież w życiu tak nie jest”, dodał. „Postęp jest czymś bardziej abstrakcyjnym”. I trudniejszym do realizacji.
Gdy próbujesz opanować realną życiową umiejętność, na początku często ci się nie udaje – naprawdę często. Musisz ciężko pracować, a czyniony przez ciebie postęp jest powolny. Przykładowo, Adair po odejściu od gier wideo zajął się surfingiem, ponieważ to świetny sposób na poczucie, że robisz postępy. „Ale było mi o wiele trudniej to zauważyć [niż w grze]. Nie dysponuję żadną tabelą wyników, nie dostaję odznak, nie wchodzę na kolejny poziom; po prostu rzadziej upadam na twarz”.
Taki ślimaczy postęp może frustrować dzieci (i dorosłych). Gdy próbujesz nauczyć się surfować – albo mówić po włosku, grać na gitarze, uprawiać pomidory – możesz nawet odnosić wrażenie, że się cofasz w rozwoju, jak wtedy, gdy młody skunks przychodzi w nocy i zżera ci dojrzałe pomidory.
Jeśli jednak wytrwasz, twoje dążenia przyniosą ci to, czego gry i media społecznościowe dać nie mogą: prawdziwe nagrody. Wysiłek zaowocuje przydatną umiejętnością życiową, zajęciem w czasie wolnym, które dodaje energii, zamiast ją wysysać, i przyjaźnią z ludźmi, którzy pomogli ci robić postępy (bo będziesz tych ludzi potrzebować). Wszystkie te „prawdziwe nagrody” pobudzą ośrodki przyjemności, wzbudzą długofalową satysfakcję i uczucie „ach”, wstrzymywane przez gry i media społecznościowe.
Przeczytaj też: O pożytecznych trudnościach i sensie studiowania
To prawda, że niektórzy ludzie zarabiają na kontach w mediach społecznościowych lub mistrzostwie w grze. Lecz jeśli prześledzisz statystyki, dostrzeżesz, że te osoby są sporadycznymi wyjątkami, a nie regułą. Wzbogacenie się lub zdobycie sławy dzięki mediom społecznościowym jest tak rzadkie jak główna wygrana w automacie. Przeważająca większość ludzi nigdy jej nie osiągnie. To jest fantazja. Jak w kasynach: te platformy składają wielkie obietnice, których nie dotrzymują.
Niektórych ludzi, takich jak ja, widok oznak postępu naprawdę motywuje. Możliwość zmierzenia go, po kawałeczku i krok za krokiem, napędza moją motywację (i przydaje sprężystości krokom). Potrzebuję tego codziennie, regularnie. To czyni mnie wyjątkowo wrażliwą na sztuczki i pułapki mediów społecznościowych i wywoływane przez nie złudzenie robienia rzeczywistego postępu i rozwijania się.
Przez jakiś czas wstydziłam się tej swojej potrzeby. Traktowałam ją jako jeden z aspektów „osobowości narażonej na uzależnienia”. Ale ostatnio zaczęłam rozumieć, że takie myślenie jest do bani. Uświadomiłam sobie, że hipermotywacja sukcesem jest wspaniałą umiejętnością – i darem.
Zacznijmy od tego, że ludzie, którzy uwielbiają postęp, lubią się uczyć. Łakniemy i desperacko szukamy aktywności, które pozwolą nam poczuć progres i rozwój. Dysponujemy tą dodatkową energią potrzebną, żeby zajmować się długofalowymi, trudnymi projektami. Takimi, których realizacja wymaga wielu lat, ale które z tygodnia na tydzień pozwalają nam na czynienie maciupeńkich postępów. Potrzebujemy takich aktywności, żeby czuć się w życiu dobrze.
Ponadto uwielbiamy „sprawdzać”, czy robimy progres i się rozwijamy, w długofalowych projektach. Cała sztuka – i frajda – polega na wymyśleniu, jak wykorzystać tę naszą cechę. Na przykład teraz, zamiast zaglądać do mediów społecznościowych w przerwie w pisaniu, idę do ogrodu sprawdzić, jak się miewają moje kalafiory, jarmuż i szpinak. Albo sadzonki ogórków i pomidorów na blacie w kuchni. Ile wykiełkowało?
Czy rosną, jak powinny? Są podgryzane mszyce lub gąsienice? Potrzebują nawozu? Cienia? Mniej wody? Przyglądanie się rozwojowi tych roślin napełnia mnie głęboką i radosną satysfakcją (jakiej Twitter nigdy mi nie zapewniał). I wreszcie rośliny pozwalają mi napełnić brzuch najpyszniejszymi sałatkami, jakie w życiu jadłam.
Wykorzystuję swój głód i zamiłowanie do częstego sprawdzania postępu do realizacji prawdziwej potrzeby podstawowej: uprawiania żywności. Równocześnie zaspokajam szereg innych potrzeb, w tym potrzebę celu, uczenia się i więzi z żywymi organizmami.
Gdy zidentyfikowałam postęp jako podstawową potrzebę ludzi, chciałam pomóc ją zaspokajać także Rosy. Dlatego zaczęłyśmy szukać hobby, które zapewniałyby jej ciągły mierzalny wzrost, jak nazwał to Adair. Uważam, że byłoby idealnie, gdyby każdy miał jedną lub dwie aktywności, którymi może się zająć w ciągu dnia, kiedy mu się nudzi.
Kluczem jest znalezienie długofalowego projektu, który pozwoli tobie i dziecku mierzyć progres w dłuższej perspektywie. Na przykład wielu starszym dzieciom i nastolatkom świetną okazję do dokumentowania postępu dają podnoszenie ciężarów i inne sporty indywidualne (jak bieganie, pływanie, wspinaczka). Możesz zapisywać liczbę powtórzeń, ciężar, czas. Możesz wyraźnie zaobserwować, o ile silniejszy i szybszy się stajesz.
Hobby kreatywne, jak te opisane w Kroku 1, pozwalają dziecku obserwować postęp, gdy obiekty nabierają kształtu. A nauka gry na instrumencie lub nowego języka stwarza niemal nieograniczone możliwości obserwowania, słyszenia i śledzenia postępu.
W wypadku nastolatków praca również daje informację zwrotną, bo młody człowiek może śledzić swoje dochody. Nawet młodsze dzieci mogą zakładać malutkie biznesy i obserwować, jak rosną ich oszczędności. Rosy na przykład wyprowadzała psy w naszej okolicy. Przyglądanie się temu, jak wypełniał się brzuszek jej świnki skarbonki, motywowało ją iprzynosiło jej ogromną satysfakcję.
Ludzie, którzy uwielbiają postęp, lubią się uczyć. Łakniemy i desperacko szukamy aktywności, które pozwolą nam poczuć progres i rozwój. Dysponujemy tą dodatkową energią potrzebną, żeby zajmować się długofalowymi, trudnymi projektami.
Niech twoje dziecko wypróbuje którąś z tych pozwalających śledzić postęp aktywności i sprawdzi, na ile mu się ona podoba. Jeżeli nie zwiąże się z nią głęboko, wypróbujcie inną. Eksperymentowanie jest podstawą w znajdowaniu pasji i trwałych hobby. Zainteresowania dziecka mogą się zmieniać w czasie. Może w tym sezonie podoba mu się podnoszenie ciężarów, ale latem przerzuci się na surfing. A do podnoszenia ciężarów wróci później. Możesz zachęcać dziecko do próbowania wszystkich aktywności i pomagać mu wracać do tych, które lubiło.
Rosy wypróbowała szereg zajęć (np. jujitsu, grę na ukulele i gitarze), aż wreszcie przerzuciła się na pianino, które cudownie zaspokaja jej potrzebę postępu i rozwoju. Zaczęła od gry przez pięć minut dziennie. Potem dziesięć. Piętnaście. Aby pomóc jej mierzyć postęp, podarowaliśmy jej kalendarzyk, w którym mogła zapisywać czas ćwiczeń. O postępie świadczyło również to, że z pierwszej lekcji w książce przeszła do drugiej. A później, gdy urządziła recital, celebrowaliśmy jej progres i rozwijające się umiejętności. Puchła z dumy, kiedy zebrani w pomieszczeniu dorośli klaskali i wiwatowali po tym, jak (prawie) idealnie zagrała dwa utwory.
Te pozwalające na śledzenie postępu aktywności są świetnym sposobem na zapełnienie luk i szczelin w ciągu dnia, które pojawiają się między lekcjami w szkole, posiłkami i zajęciami dodatkowymi. Ja zapełniałam niegdyś takie chwile aktywnością przed ekranem, ale teraz, gdy mam kwadrans między pracą a kolacją, zaglądam do ogrodu. Jeżeli Rosy ma dziesięć minut do wyjścia do szkoły, ćwiczy grę na pianinie.
Zaczynała powoli, ale po kilku miesiącach wszyscy słyszeliśmy, jak wielki był jej progres. Teraz, po prawie roku, gra na pianinie jest jednym z jej ulubionych sposobów na zapełnienie czasu wolnego w weekendy. Powiedziała do mnie któregoś dnia: „Przyjemnie jest grać tę piosenkę”. I przyznam, że słysząc te słowa, poczułam się bardzo dobrze.

Fragment pochodzi z książki Dopaminowe dzieci Michaeleen Doucleff, która w 2026 roku ukazała się nakładem Wydawnictwa Filia. Książkę można zamówić na stronie wydawnictwa.