Opowiadanie

Wszystkie dzieci, nawet złe

Kiedy się dowiedziałam, że tam są? Kiedy pierwszy raz przyłożyłam ucho do podłogi, spróbowałam podważyć jedną z cienkich listewek, którymi babcia łatała szpary między klepkami? Jaki szmer, szelest, jaki ślad zapachu sprawił, że zaczęłam szukać?

Nie miałam do nich daleko – większość mojego życia rozgrywała się wówczas przy podłodze, na kolanach, na czworakach. Kiedy przychodzili goście, zaczajałam się w przedpokoju na ich buty, wlokłam je gdzieś jak szczeniak, rozkoszując się brzmieniem pierwszego w życiu słowa: „buti, buti”. Spędzałam długie minuty rozciągnięta pod drzwiami łazienki, sprawdzając, czyje kapcie widać przez szparę, po kapciach się orientując – a potem głośno oznajmiając – który z domowników akurat korzysta z przybytku. 

Podczas jednej z wędrówek zaniosło mnie do kuchni, gdzie weszłam czołem w drzwiczki pralki. (Gdy parę lat później usłyszałam, że miałam rozciętą głowę, wyobraziłam ją sobie jako jajko, od którego jednym zamachem noża odcięto czubek). Wrzeszczałam, krew zalewała mi oczy, ale nawet to mnie nie zniechęciło. W szpitalu przyszyto mi odpadnięte pół głowy, równiutko, na okrętkę, a po powrocie do domu dalej niestrudzenie wycierałam sobą kurze. Pełzłam uparcie, odpychając się antypoślizgową podeszwą niemieckiego skarpetokapcia z darów, kolano za kolanem, a jak trzeba, to i na brzuchu, blisko, blisko, bardzo blisko ich świata.

Tak pełznąc, któregoś razu przekroczyłam granicę.

Może to kolorowa szklana kulka potoczyła się pod szafę z cichnącym w kłębie kurzu stukotem. Może guzik od pulowera, biały, z czerwono tłoczonym kotkiem. Może to za nim poczołgałam się między nogami biurka i nieoczekiwanie wkroczyłam w ukośnie padający promień słońca. W unoszącym się ponad podłogą kurzu zamajaczyła fatamorgana – szare blokowiska, ulice oświetlone gazowymi latarniami, zardzewiałe place zabaw. Błona oddzielająca światy ugięła się, napięła i pękła. Zostałam wpuszczona do środka. Nie dziwiłam się, nie zadawałam pytań. Zrobiłam to, co zwykle robią ludzie w takich sytuacjach. Nadałam imię istotom zamieszkującym nowy świat.

 


A może tak naprawdęod imienia się zaczęło? Może zapach pasty do podłóg i wirujące w słońcu drobiny kurzu stanowiły tylko dekorację, nieistotny sztafaż, a na początku jak zwykle było słowo? Dźwięczne słowo, którego znaczenia nie rozumiałam.

rysunek Mary Zaleska

Powaby.

Powaby były częścią Opowieści. Opowieść, wciąż ta sama, stuzwrotkowa, zaczynała się jednego wieczora i ciągnęła następnego, jakBaśnie z tysiąca i jednej nocy. Z pamięci, z książki, raz prozą, raz wierszem, w różnym rytmie, czasem nawet z melodią – płynęła. Pluskały się w niej kijanki („od Janka dla Hanki”, jak zapisał na stronie tytułowej autor), na wzburzonych falach unosiła się zrobiona z połówki orzecha łódka pana …

Chcesz przeczytać do końca? Wykup dostęp online

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Wykup dostęp online