Esej

Młodzi Polacy nie robią rewolucji

  • autor
  • Wojciech Engelking
rysunekAndrzej Wieteszka
Od kiedy pamiętam, byłem przedmiotem namysłu publicystów zainteresowanych, co wyrośnie z tych, którzy wychowali się w wolnej Polsce. Pryzmat, przez który na nas patrzyli, był polityczny.

Na początku lutego 2017 roku, w sposób dla mnie samego odrobinę nieoczekiwany, znalazłem się w Londynie. Nie mając nic szczególnego do roboty, snułem się po ulicach. Nie kusiły mnie puby ani restauracje, ani też muzea, które zwiedziłem podczas poprzednich pobytów w Anglii: zawędrowałem tylko do jednego.

Było to Muzeum Wiktorii i Alberta na Cromwell Road. Odbywała się w nim wystawa „You Say You Want a Revolution? Records and Rebels 1966–1970” zorganizowana z okazji półwiecza, jakie upłynęło od roku 1967 – centralnego dla swingin’ sixties, czyli epoki, kiedy Londyn był stolicą Zachodu. Zabrał ten tytuł Paryżowi, a Carnaby Street zajęła miejsce Saint Germain jako pępka świata. W Londynie narodziła się minispódniczka, długie włosy i dziwaczne, niekiedy nieco niechlujne stroje, powszechne użycie narkotyków, fascynacja hinduską duchowością i buddyzmem (tak przynajmniej rzecz opisuje Mario Vargas Llosa w Szelmostwach niegrzecznej dziewczynki ) 1

Wystawę zorganizowała marka odzieżowa Levi’s wraz z producentem słuchawek Sennheiser, których parę muzealnicy wręczali gościom przy wejściu. Te były szczególne, bo same zmieniały muzykę w zależności od tego, w którym miejscu wystawy się stanęło – a to Stonesi, a to Beatlesi, a to David Bowie.

Oprócz klasycznego rocka w muzeum Wiktorii i Alberta znalazło się tamtego dnia wszystko, co powinno się znaleźć na wystawie o roku 1967 odbywającej się pół wieku później: obraz Hamiltona Swingeing London, transparenty z antywojennych demonstracji, czerwona kurtka austriackiego grenadiera, którą Mick Jagger kupił w butiku I Was Lord Kitchener’s Valet na Portobello Road. Najcenniejszym eksponatem było jednak to, czego nie zorganizowali muzealnicy, lecz zjawiło się na Cromwell Road samo: goście.

Nie byli jednak na tej wystawie jedynymi gośćmi. Między nimi znajdowali się ci, którzy w lutym 2017 roku mieli tyle samo lat, co oni w lutym 1967. Gdyby te kobiety i ci mężczyźni, którzy przebywali już bardziej na tamtym świecie niż na tym, zerknęli na młodszych zwiedzających, odnaleźliby w nich samych siebie z czasów młodości. Też przecież nosili levisy, a gdy z sennheiserów poleciało Light My Fire, ktoś je zanucił pod nosem. I czasem, faktycznie, patrzyli – ale młodzi nie patrzyli na nich.

Tamtego dnia przyszedł mi do głowy pewien fragment, również napisany na wyspie, na której się znajdywałem, tyle że nie w Londynie, a w Szkocji: dwudziesty ósmy paragraf Esejów z dziedziny moralności, polityki i literatury Davida Hume’a. Edynburczyk rozważa w nim, co by się stało, gdyby w jednej chwili, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wymarli wszyscy przedstawiciele całego pokolenia (mniejsza o to, czy starszego, czy młodszego). Dochodzi do wniosku, że świat zmieniłby się nie do poznania, jego kołem zamachowym są bowiem relacje między generacjami. Określona formacja jest taka, jaka jest, gdyż ustawia się w relacji do innej, przeciwko której (lub w zgodzie z którą) kształtuje swoje tradycje, instytucje, prawa.

Ze słuchawek sączyło się The Man Who Sold The World Bowiego.

rysunek Andrzej Wieteszka

Według Hume’a świat obraca się dlatego, że pokolenia po sobie następują: młodzi zgadzają się ze starymi lub się z nimi nie zgadzają, potem sami stają się starzy i przychodzą nowi. Tylko w filozoficznej szaradzie jest możliwe pomyślenie generacji, która nijak przez starych nie będzie zainfekowana.

The Man Who Sold The World się skończyło, jakiś chłopak błysnął iPhone’em przy sukience à la Twiggy, ochroniarz zwrócił mu uwagę, że tu się zdjęć nie robi – odpowiedział, że to nie zdjęcie, tylko snap, a ja zrozumiałem, że David Hume się mylił.

 


to zaś, że był w błędzie, ma niebagatelne znaczenie dla polityki i tego, jak młodzi na nią patrzą. Mógłbym ten sposób opisać, a przynajmniej wskazać, jak ja go widzę – gdyby nie to, że użyłem słowa, którego nieostrość mnie denerwuje.

Mam oczywiście na myśli słowo „młodzi”. Żaden leksykon nie wskazuje wieku, w którym dokładnie młodość się kończy; na użytek tego eseju stwierdzę więc, że dzieje się to w momencie, w którym można pomyśleć o sobie sprzed dekady jako o człowieku będącym bliżej nas aktualnych niż dziecka. Jeżeli tak postawię sprawę, muszę dodać, że ja wedle owej definicji nie jestem już młody – i dlatego moje myślenie o dzisiejszych młodych, zwłaszcza w kategoriach politycznych, jest skrzywione tym, jak myślę o samym sobie i własnej generacji. Rzecz to o tyle istotna, że przez długi czas pojmowałem samego siebie właśnie jako jej członka, nie umiejąc wyzwolić się ze sposobu interpretowania świata obśmianego przez Witolda Gombrowicza w Testamencie. Pisarz pyta w nim, „dlaczego sięgamy do wielkich, historycznych ogólników i mówimy: «my, pokolenie» (…)?”, by od razu odpowiedzieć: „Dlatego, że mówi się to tak smacznie, jakby się jadło cukierek”. Jadłem ten cukierek dosyć długo, a to dlatego, że długo mi go ktoś podawał, zachęcając: „Skosztuj!”.

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się
  1. Fragment z Szelmostw niegrzecznej dziewczynki Maria Vargasa Llosy podaję w przekładzie Marzeny Chrobak, Lat sześćdziesiątych Jenny Diski – Macieja Płazy, Porażki myślenia Alaina Finkielkrauta – Maryny Ochab, Głosów 1913 Hermanna Brocha – Witolda Wirpszy, Dziejów Polibiusza – Seweryna Hammera, Opowieści o dwóch reakcjach Marka Lilli – Michała Warchali 

FreshMail.pl