Studium

Nikt nie czeka na poranne wydanie

  • autorzy
  • Magdalena Lemańska,
  • Barbara Sowa
Tabloid wygrał w sieci, ale dla poważnego dziennikarstwa i wydawców prasy jest jeszcze nadzieja.
rysunki Ewelina Karpowiak

Gdyby chcieć wystawić nagrobek wszystkim polskim tytułom prasowym, które zakończyły swój żywot w ciągu ostatnich trzech dekad, to warszawskie Stare Powązki miałyby nie jedną, a kilka Alei Zasłużonych. W erze spadku zaufania do dziennikarzy i prasy – tak drukowanej, jak i jej internetowych emanacji – ta metafora jest jednak niezbyt trafiona. Większości zamkniętych gazet nikt zasłużonymi by nie nazwał. Skoro padły, to znaczy, że mało kto je czytał. Niewielu też za nimi zapłacze. 

W 1993 roku w Polsce istniały 124 dzienniki i około trzech tysięcy czasopism. W zeszłym roku w bazie Związku Kontroli i Dystrybucji Prasy (ZKDP) wszystkich zarejestrowanych tytułów prasowych było zaledwie 197. Nawet biorąc pod uwagę, że ostatnie dane są zaniżone, bo wiele magazynów w rejestrach ZKDP nie znajdziecie (nie ma tam na przykład „Pisma”, ale też „Vogue’a”), a na rynku wciąż pojawiają się nowe tytuły, ten dramatyczny spadek robi wrażenie. 

Prasa będzie jak książka czy kino – dla wybrednego czytelnika o bardziej wyrafinowanych potrzebach, takiego, który chce mieć pogłębioną wiedzę. Masy będą czytać cyfrowo.

Mark Thompson, szef The New York Times Company, przewiduje koniec papierowej wersji „The New York Timesa” w ciągu najbliższych dziewięciu lat. Ale środowisko trochę mu nie dowierza, bo akurat ten wydawca doskonale poradził sobie w świecie nowych mediów – 3,4 miliona użytkowników czyta gazetę w formie cyfrowej. Biznesowo tytuł też radzi sobie nadzwyczaj dobrze jak na trudne czasy dla mediów drukowanych. W 2017 roku koncern osiągnął 1,7 miliarda dolarów przychodów, z czego sześćdziesiąt procent pochodziło z opłat za treścionline. O sukcesie, choć na mniejszą, europejską skalę, może też mówić wydawca brytyjskiego „The Guardian”, który ma dziewięćset tysięcy stałych czytelników różnych wersji (cyfrowej i papierowej) swojego tytułu. Dobrowolne datki na jego otwartą (bez konieczności podawania hasła) stronę www stanowią już dwanaście procent wszystkich przychodów (wydawca nie podaje, ile wyniosły na koniec 2018 roku, ale rok wcześniej trzysta tysięcy internautów przelało łącznie siedem milionów funtów, przy czym połowa darczyńców pochodziła z USA). Tyle o krajach anglosaskich, które są rynkiem większym i bogatszym, także w tradycje czytelnicze. Skupmy się jednak na Polsce.

Bartosz Hojka, prezes Agory, która wydaje między innymi „Gazetę Wyborczą”, twierdzi, że do całkowitej rezygnacji z druku droga jeszcze daleka. Kiedy drukowanie gazet przestanie się opłacać? – Na pewno nie w ciągu najbliższych pięciu lat, czyli nie w perspektywie, w jakiej konstruujemy swoje strategie – mówi Hojka. Przyznaje jednak, że w tym roku grupa będzie się ścierać z „negatywnymi trendami na rynku prasy”.Wpłynęło to między innymi na decyzję o wygaszeniu działalności drukarni w Pile i Tychach, co pozbawi pracy ponad sto pięćdziesiąt osób. 

– Trwa ciężki czas dla wydawnictw, ale za sobą mamy okres czarnowidztwa, kiedy głoszono, że prasa to w przyszłości już tylko wydania tabletowe. Mamy chociażby przykład amerykańskiego „Newsweeka”, który postanowił ukazywać się tylko na tablecie, a później, po kilku latach, musiał tę papierową wersję przywrócić. Byłbym więc ostrożny z głoszeniem, że prasa ginie i za chwilę jej nie będzie – mówi Krzysztof Kulesz, dyrektor działu inwestowania w media nietelewizyjne w Publicis Media. – Na pewno zmienia się jednak jej charakter. Prasa może i będzie się rozwijać w określonych segmentach, ale nie należy się spodziewać takich sprzedaży jak przed laty.

Większość ekspertów jest zgodna, że prasa będzie jak książka czy kino – dla wybrednego czytelnika o bardziej wyrafinowanych potrzebach, takiego, który chce mieć pogłębioną wiedzę. Masy będą czytać cyfrowo. 

 


„papier jest do dupy”– mawiał bez ogródek jeden z redaktorów „Dziennika Polska–Europa–Świat” (po fuzji z „Gazetą Prawną” wydawanego jako „Dziennik Gazeta Prawna”). „Do dupy” dlatego, że – jak tłumaczył – żywot papierowego wydania gazety trwa jeden dzień, następnego dnia zaś ląduje ona w toalecie – nie po to, żeby ktoś mógł sobie w odosobnieniu przeczytać na spokojnie parę tekstów w ramach nadrabiania zaległości, ale w celach znacznie bardziej przyziemnych. Tym brutalnym tekstem redaktor próbował zmotywować podległych mu dziennikarzy gazety do pisania równolegle do internetu. To był przełom 2008 i 2009 roku, kiedy na świecie rozszalał się kryzys finansowy, a wydawcom gazet grunt zaczął palić się pod nogami. Wykrwawionym wojną cenową dziennikom spadała sprzedaż. Wiosną 2006 roku pojawił się na rynku nowy konkurent dla „Gazety Wyborczej” i „Rzeczpospolitej” w postaci wspomnianego „Dziennika”, który …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Czytaj także

FreshMail.pl