Twój dostęp nie jest aktywny. Skorzystaj z oferty i zapewnij sobie dostęp do wszystkich treści.


Czytaj i słuchaj bez ograniczeń. Zaloguj się lub skorzystaj z naszej oferty

Reportaż

Tylko w uszach mi dalej piszczy

Tłumy oczekujących na dworcu w Przemyślu. Zdjęcia: Michał Dyjuk.
Od czwartkowej napaści Rosji na Ukrainę przez przejście graniczne w Medyce i dworzec kolejowy w Przemyślu przewijają się coraz liczniejsi uchodźcy. Barbara Sowa była na miejscu. Teraz relacjonuje, co się działo na granicy.

Laptop, dokumenty, bielizna, parę kosmetyków. Zapomniałam zabrać T-shirty, mam tylko swetry – wylicza zawartość swojej liliowej walizki dwudziestodwuletnia Chrystyna, programistka z Tarnopola. Zignorowała listę z najpotrzebniejszymi rzeczami na wypadek wojny, jaka od kilku dni krążyła w sieci. Nie wzięła noża, plastrów opatrunkowych, koca, papieru toaletowego ani konserw. Nie chciała uwierzyć, że w 2022 roku w Europie wybuchnie wojna. 

Decyzję o wyjeździe podjęła po rozmowie z bratem z Kijowa, który z obawy przed wojną przez całą dobę nie wychodził z piwnicy. Jej pracodawca, firma IT z siedzibą w Berlinie, zaoferowała pomoc. – Jestem w uprzywilejowanej sytuacji, mogę pracować zdalnie z dowolnego miejsca. Ale tam została moja rodzina. Chciałabym wrócić do kraju. Chciałabym ich jeszcze zobaczyć – mówi ze łzami w oczach. 

–––––––––––––––––––

* W tym historycznym momencie dokładamy wszelkich starań, aby pomóc Wam zorientować się w tej złożonej sytuacji. Sięgamy w tym celu do naszego archiwum – materiały wokół Ukrainy udostępniamy za darmo.

–––––––––––––––––––

W ciągu pierwszych czterech dni wojny do Polski z Ukrainy przyjechało ponad 200 tysięcy osób. Głównie kobiet, bo władze w Kijowie szybko wprowadziły zakaz opuszczania kraju przez mężczyzn w wieku poborowym. Samochodami, pociągami i na piechotę ciągną do nas córki, siostry, matki, rzadziej babcie. Wszystkie targają ze sobą walizki, torby i plecaki. A w nich pakowany w pośpiechu dobytek. 

– Namawiałam ją, ale nie chciała jechać. Martwiła się, kto będzie pilnował gospodarstwa. Tłumaczyłam, że jest wojna i że jak zbombardują dom, to nie będzie już czego pilnować. Ale była uparta – mówiła Iryna, która na przejściu granicznym w Medyce czekała na swoją siostrę. Ich siedemdziesięcioletnia matka została w Iwnicy, niewielkiej wsi pod Żytomierzem.

Kobiety powinni puścić przodem

Lena z kolei zostawiła we Lwowie rodziców i męża. O zakazie przekraczania granicy przez mężczyzn między osiemnastym a sześćdziesiątym rokiem życia dowiedział się dopiero w kolejce do odprawy. Namówił Lenę, żeby wzięła ich dziecko – kilkunastomiesięczną dziewczynkę – i kontynuowała ucieczkę.

Podróż Leny, choć mieszka zaledwie 85 kilometrów od Medyki, trwała ponad dziesięć godzin. To i tak krótko. Następnego dnia spotkałam osoby, które stały w kolejkach ponad dobę. Lenę wyłowiłam z tłumu kobiet idących pieszo aleją między metalowymi ogrodzeniami. Na jednej ręce niosła córkę. Drugą ciągnęła podręczną walizkę na kółkach, z której co chwilę spadała przewiązana torebka listonoszka. Wyraźnie było widać, że potrzebuje pomocy. Nie tylko z walizką. Przyjechała tu bez konkretnego planu i transportu. – Chłopak siostry da nam schronienie, ale musimy się dostać do Sandomierza – tłumaczyła.

Na większość uciekinierów i uciekinierek z ogarniętego wojną kraju po polskiej stronie czekali bliscy, rodzina lub znajomi. Setki aut z polskimi, czeskimi, niemieckimi czy austriackimi tablicami rejestracyjnymi stały zaparkowane pośrodku zamkniętej przez policję głównej ulicy, na drogach i polach Medyki. Przez szyby widać było czasem zaspane twarze. Jedni drzemali w samochodzie, czekając na telefon. Inni nie mogli usiedzieć w miejscu, nerwowo wyglądając bliskich w tłumie uchodźców. 

– Żona dzwoni i płacze, że zgubiła wózek. Wysiadły z auta, bo nie chciały stać w korku i idą pieszo, ale był taki ścisk, że musiała wziąć córkę na ręce. Wózek został z tyłu. Mówiłem jej, żeby uciekała wcześniej, ale się bała. Zdecydowała się dopiero, gdy rosyjska rakieta uderzyła w oddaloną od jej wioski bazę wojskową w Kalinowie, a ludziom mieszkającym w pobliżu huk wybił szyby z okien – mówi bardzo zdenerwowany Michał. – Czemu to aż tyle trwa? Dlaczego ich tak długo trzymają? Kobiety powinni puścić przodem – dodał. 

Michał od kilku lat prowadzi w Polsce własną firmę, ale nie planował przenosić się tu na stałe. Życie dzielił między dwa państwa. Rozmawialiśmy w piątek rano, dzień po rosyjskim ataku, a już po południu ponownie spotkałam go na dworcu w Przemyślu. Nerwy zniknęły. Żona i córka były całe i zdrowie. Nawet wózek udało się im odzyskać, bo mężczyźni, którzy towarzyszyli kobietom po ukraińskiej stronie, podawali go sobie ponad głowami w kolejce. Płynął z rąk do rąk niczym frontman rockowego zespołu na koncercie. 

Tłum po obu stronach granicy gęstniał z godziny na godzinę. W piątek 25 lutego Straż Graniczna na ośmiu przejściach z Ukrainą odprawiła 47 tysięcy osób, w sobotę już 77 tysięcy. A to dopiero początek, ogarnięty wojną kraj w kolejnych tygodniach może opuścić nawet kilka milionów uchodźców.

Bezkosztowo

Pomoc na przejściu w Medyce, choć z początku słabo skoordynowana, pojawiła się niemal natychmiast. Zdecydowanie gorzej sytuacja wyglądała po ukraińskiej stronie. Dopiero w niedzielę zapadła decyzja o przyjęciu polskiego wsparcia dla osób czekających tam na odprawę.

– Tam jest strasznie. Ludzie się biją, walczą o miejsce w kolejce. Nie można wyjść do toalety, żeby go nie stracić. Staraliśmy się nie pić wody, żeby mieć puste pęcherze. Cały czas się bałam, że mi dziecko stratują, trzeba było je brać na ręce, bo inaczej by się udusiło – opowiadała mi Lena. Kobieta godzinami stała na mrozie, słabły jej ręce, nogi odmawiały posłuszeństwa. Mówiła, że policja ukraińska odcięła wjazd na granicę. Niektórzy porzucali więc auta, żeby ruszyć na piechotę, choć do pokonania mieli kilkanaście kilometrów. Bez pewności, czy kiedykolwiek wrócą po samochód.

Hassan Habib z Barbarą Szczotką w jej mieszkaniu.
Hassan Habib, który uciekł z Ukrainy z żoną, Walentyną, znalazł schronienie w mieszkaniu Barbary Szczotki.

Na twarzy Leny było widać zmęczenie po całej nocy spędzonej w kolejce. Wzięłam jej walizkę i zaprowadziłam do Tatiany. To jedna z tych osób, które przyjechały tu z bezinteresowną pomocą. Miały prowizoryczne kartony z nazwami miast, liczbą miejsc i ukraińskim dopiskiem bezkosztowno

Tatiana przeprowadziła się do Polski ponad rok remu. Pracuje w Kielcach, w firmie produkującej taśmy malarskie. W piątek rano powiedziała swojemu szefowi, że bierze wolne, bo jedzie pod granicę. Nie robił problemów. We trzy poszłyśmy do prowizorycznej kuchni polowej zorganizowanej w ogródku przygranicznego baru. Prowadziła ją grupa młodych Ukraińców. Rozdawali ciepłą herbatę, ciastka, kanapki. Tylko pieluch brakowało, a Lena musiała przewinąć córkę. Na szczęście obok była Biedronka. Kupiłam paczkę, uściskałam Lenę na pożegnanie i zostawiłam pod opieką Tatiany. Sama pojechałam na dworzec główny w Przemyślu, gdzie uchodźcy z Ukrainy przyjeżdżają pociągami. 

Historia zatoczyła koło

Poczekalnia zapełniła się w piątek wieczorem, gdy na stację wjechał opóźniony o siedem godzin pociąg z Kijowa. Na peronie, w przejściu podziemnym i w pięknie odrestaurowanym neobarokowym budynku dworca na pasażerów czekali już wolontariusze. Rozdawali kanapki, ciepłą zupę, wskazywali drogę, pomagali nieść walizki.

Dawno nie widziałam takiego zaangażowania i mobilizacji. W Przemyślu widać było to w skali lokalnej, ale podobny zryw ogarnął całą Polskę. Już w niedzielę władze Przemyśla informowały o magazynach pełnych darów. – Na chwilę obecną posiadamy absolutnie wszystko w dużych ilościach. Nie jesteśmy w stanie przyjmować kolejnych transportów – mówił prezydent miasta Wojciech Bakun. 

Przemyski dworzec kolejowy to jeden z punktów recepcyjnych, czyli miejsc wyznaczonych do pomocy Ukraińcom uciekającym przed wojną. Wolontariusze pomagają w znalezieniu transportu i noclegu. Koordynują też pomoc osób prywatnych. 

– Ludzki odruch. Być może w przyszłości sami będziemy potrzebowali takiej pomocy – tłumaczy Barbara Szczotka, która przyjechała tu z córkami zabrać kogoś pod swój dach. Marcin Schilling, jej narzeczony, odwołuje się do rodzinnej historii: – Mieliśmy dużą posiadłość pod Lwowem. Gdy bandy UPA [Ukraińskiej Armii Powstańczej – przyp. red.] atakowały Polaków, to Ukraińcy z pobliskich wiosek pomogli mojej babci. Spakowali i przywieźli ją wraz z rodziną właśnie do Przemyśla. Na ten sam dworzec, na którym teraz stoimy. Gdyby babcia żyła, pewnie miałaby déjà vu. Historia zatoczyła koło. Tylko dziś kto inny potrzebuje pomocy. 

W piątek wieczorem do ich domu trafił Hassan Habib, dwudziestodwuletni student inżynierii lotnictwa z Pakistanu wraz z żoną Walentyną.

Marzyłem o tym, żeby się wyspać

Dom Barbary i Marcina stoi nieopodal kościoła w Wólce Pełkińskiej, niewielkiej wiosce położonej 45 kilometrów na północ od Przemyśla. Goście z Ukrainy zajęli przestronny pokój tuż przy kuchni. Hassan zdążył się już nawet rozgościć i ugotować obiad. Przywitał nas swoim popisowym daniem, ryżem z kurczakiem na ostro. – Nie lubię gotować, ale to najlepszy sposób, w jaki mogę się odwdzięczyć – tłumaczył.

Zanim na stole wylądował aromatyczny posiłek, którego nie powstydziłaby się żadna pakistańska knajpa, i pyszny kompot z wiśni oraz ciasto od gospodyni, wysłuchaliśmy półtoragodzinnej opowieści Hassana o ich dramatycznej ucieczce z Kijowa. – Obudziłem się nad ranem i poczułem dziwne wibracje. A potem usłyszeliśmy wybuchy. Żona stwierdziła, że to na pewno tylko ćwiczenia armii, bo nieopodal jest baza. Ale ja wiem, jak wyglądają ćwiczenia wojskowych w moim kraju. Detonuje się dużo mniejsze bomby. To było coś znacznie poważniejszego – opowiadał Hassan. Wyjrzał przez okno i zobaczył słupy czarnego dymu w oknach sąsiednich bloków. Zaczęli się w pośpiechu pakować.

Na parkingu czekało auto służbowe, bo Hassan dorywczo pracował jako taksówkarz. Szef kazał jednak oddać samochód. Udało im się za to namówić na wspólną podróż przyjaciela z dziewczyną. Daleko nie dojechali. Niespełna 90 kilometrów za Kijowem ich ucieczkę gwałtownie przerwał wybuch. W pobocze autostrady trafił pocisk. – Wywaliło nam przednią szybę, odłamki szkła poraniły mojego przyjaciela i jego żonę, która siedziała obok. My byliśmy z tyłu, wyszliśmy z tego cało. Tylko w uszach mi wciąż piszczy – mówił Hassan. Na miejsce szybko przyjechała karetka, rany kierowcy i jego dziewczyny nie były poważne, ale nie chcieli jechać dalej. Hassan z Walentyną w dalszą drogę ruszyli autostopem.

Kolejki na przejściach granicznych wspominają jako największy koszmar, gorszy niż bombardowanie Kijowa. Bijatyki, płacz, głód i panika, która wybuchała co parę godzin. Hassan o mało nie wdał się w bójkę z mężczyzną, który postanowił wykorzystać sytuację i molestował młode kobiety stłoczone przed wejściem. 

Ukraińscy pogranicznicy odprawili Hassana z kwitkiem na dwóch przejściach, w Hrebennem i Budomierzu. Na nic zdały się tłumaczenia, że jest obywatelem Pakistanu i nie obowiązuje go powszechna mobilizacja. W końcu trafili do Medyki, gdzie argument z narodowości został zaakceptowany. Emocje wzięły górę, gdy poczuł, że są z żoną bezpieczni. – Podszedł do mnie Piotr, jeden z wolontariuszy. Przedstawił się, uściskał mi dłoń i zapytał, czego potrzebuję. A mnie ścisnęło się gardło. Poczułem, jak łzy napływają mi do oczu. Nie spodziewałem się tego. 

Piotr dał Hassanowi pieniądze na ubranie, bo jego przemoknięta kurtka do niczego się już nie nadawała. Załatwił mu też transport do Warszawy. Ale Hassan zrezygnował. Życie w stolicy jest drogie, a oni nie mają dużo oszczędności. Stwierdzili, że taniej będzie zostać na wschodzie Polski. Tak trafili do Przemyśla, gdzie spotkali Marcina, który od kilku godzin czekał na dworcu na kogoś, kto potrzebuje dachu nad głową. – Pierwsze, o czym marzyłem, to porządnie się wyspać – mówił mi Hassan. – Niemal dwie doby byłem na nogach. 

Alina z siostrą na przejściu granicznym w Medyce.
Alina żegna się z siostrą na przejściu granicznym w Medyce.

Żona Hassana, eteryczna blondynka o wystraszonym spojrzeniu, nie mówi po angielsku. W ogóle mówi niewiele. Wciąż jest w szoku. Gdy rozmawiamy z jej mężem w kuchni, ona zamyka się w pokoju i na zmianę modli się albo rozmawia przez telefon z bliskimi, którzy w tym czasie właśnie uciekali do lasu, aby ukryć się przed rosyjskim atakiem na ich wioskę. Wcześniej Rosjanie wyczyścili sklepowe półki z całego jedzenia i oznaczyli kilka kluczowych punktów w okolicy. O dziwnych symbolach widocznych w nocy na dachach budynków czy na drogach, które mają naprowadzać rosyjskie wyrzutnie rakietowe, mówiło się w całej Ukrainie. 

Walentyna w przyszłym roku skończyłaby stomatologię, a Hassan za kilka miesięcy zyskałby dyplom inżyniera lotnictwa w Narodowym Uniwersytecie Lotniczym w Kijowie. Przyznał: – Jesteśmy młodzi, mamy czas na założenie rodziny, edukacja jest dla nas najważniejsza. – Na powrót do Pakistanu namawiają go rodzice, ale Hassan woli zostać w Europie i tu skończyć studia. 

To mój kraj, będę walczyć

Zdecydowana większość osób przekraczających granicę ucieka przed wojną. Ale ruch odbywa się w obie strony. Obrazu dopełniają ci, którzy zdecydowali się na powrót do kraju. W ciągu niespełna trzech dni od rosyjskiej inwazji było to ponad 30 tysięcy osób. – Tam jest nasz dom, tam zostali nasi rodzice. Kto będzie ich bronił? – powiedzieli mi spotkani w Medyce mężczyźni kierujący się na ukraińską stronę. Czasem żegnały ich całe rodziny, zapłakane kobiety z dziećmi. Częściej szli sami.

Ale walczyć chcą nie tylko mężczyźni. Alina, czterdziestoparoletnia, energiczna brunetka w czerwonej kurtce puchowej przyjechała do Medyki na chwilę, żeby przekazać nastoletniego syna mieszkającej na stałe w Wiedniu siostrze. – Będzie w dobrych rękach. Ja wracam – mówi. Mąż Aliny był żołnierzem, zginął w bitwie o Debalcewe na Donbasie w 2015 roku. Alina nie miała od niego wieści przez półtora miesiąca. Niedługo po pogrzebie została wolontariuszką w 24. Samodzielnym Batalionie Szturmowym „Ajdar”, odpowiedniku polskich Wojsk Obrony Terytorialnej, który walczy na wschodzie Ukrainy. – Boję się, ale to jest mój kraj. Będę za niego walczyć – deklaruje. 

W wolnych chwilach sięgam po telefon i przeglądam bieżące informacje: a to Ukraińcy zestrzelili rosyjski myśliwiec albo helikopter, a to udaremnili jakiś desant, zniszczyli wóz pancerny czy odbili jakiś punkt. Tutaj, na jedynym pieszym przejściu granicznym między naszymi krajami (w piątek ruch pieszy został otwarty także na innych przejściach z Ukrainą) słychać słowa podziwu dla żołnierzy. A także dla cywilów, którzy chwycili za broń w godzinie próby. Ale czasem wybrzmiewają także inne głosy. – Wojna trwa od 2014 roku. Zginęło tam ponad dziesięć tysięcy ludzi. W imię czego? Co to za państwo? Korupcja i łapówkarstwo – mówi Iryna, która przyjechała do Medyki po swoją siostrę. – Mieszkałam tam i tu, więc mam porównanie. Wyjeżdżasz za granicę ukraińską i już nie masz praw. Jesteś nikim. Nie zapłacisz, nie pojedziesz. Nawet teraz za szybszą odprawę trzeba ponoć posmarować – zżyma się. 

Wszyscy są zgodni co do jednego. Za cały ten koszmar winią Władimira Putina. Mówią o chorych ambicjach, szaleństwie, nieobliczalności rosyjskiego przywódcy. I bardzo liczą na wsparcie Zachodu. 

Newsletter

Pismo na bieżąco

Nie przegap najnowszego numeru Pisma i dodatkowych treści, jakie co miesiąc publikujemy online. Zapisz się na newsletter. Poinformujemy Cię o najnowszym numerze, podcastach i dodatkowych treściach w serwisie.

* pola obowiązkowe

SUBMIT

SPRAWDŹ SWOJĄ SKRZYNKĘ E-MAIL I POTWIERDŹ ZAPIS NA NEWSLETTER.

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OTRZYMASZ NAJNOWSZE WYDANIE NASZEGO NEWSLETTERA.

Twoja rezygnacja z newslettera została zapisana.

WYŁĄCZNIE DLA OSÓB Z AKTYWNYM DOSTĘPEM ONLINE.

Zaloguj

ABY SIĘ ZAPISAĆ MUSISZ MIEĆ WYKUPIONY DOSTĘP ONLINE.

Sprawdź ofertę

-

-

-

  • -
ZAPISZ
USTAW PRĘDKOŚĆ ODTWARZANIA
0,75X
1,00X
1,25X
1,50X
00:00
50:00