Wersja audio
Średniej wielkości miasto w północno-wschodniej Polsce – mój rodzinny Ełk. Kolejka w szpitalu do specjalisty. Na krzesełkach w poczekalni nawiązuje się spontaniczna rozmowa między młodym chłopakiem, na oko 22–25 lat, a mężczyzną koło siedemdziesiątki. Obaj są sceptyczni wobec gości ze Wschodu. „To chachły są przecież” – mówi młody z charakterystycznym mazurskim zaśpiewem. „A niech mnie pan nawet nie wkurwia z tą nacją…” Rozmowa przebiega w przyjaznym porozumieniu, przekleństwa są przejawem spoufalenia. Dalej młody peroruje, że Ukraińcy się panoszą, są roszczeniowi. Starszy mężczyzna kiwa głową. Nie słyszę wszystkiego, w szpitalu panuje gwar, trzeba się poruszać między kolejnymi rejestracjami. Przysiadam na plastikowym krześle przed salą RTG, głowę przyciskam do kremowego sidingu, którym wyłożone są ściany, i słucham dalej. Młody mówi, że sam migrował za pracą. „Ale ja się integrowałem” – dodaje.
Wiele osób ma wśród znajomych lub w rodzinie kogoś, kto po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej wyjechał do pracy w knajpie czy w magazynie. Być może sami byliśmy – lub jesteśmy – przybyszami. Zbiorowe doświadczenie poakcesyjnej migracji nie uchroniło nas jednak przed antymigracyjnymi nastrojami.
O rosnącej niechęci Polaków do Ukraińców nie świadczą najbardziej spektakularne akty przemocy. Chodzi właśnie o zmianę języka, o te bezinteresowne small talki, w których zamiast na pogodę narzeka się na „wpychające się w kolejki Ukry”. Co się stało z Polakami? Dlaczego zostali zarażeni antyukraińskim dyskursem? Opiera się on w ogromnej mierze albo na półprawdach i kłamstwach, albo na błędach poznawczych, co pokażę w dalszej części tekstu.
Zapraszam więc do świata urojonych zjawisk, ruskich trolli, kłamstw i manipulacji polityków, odbezpieczonych naturalnych ludzkich instynktów, które siedzą głęboko w nas wszystkich.
Od kraju emigrantów do kraju imigrantów
Jak wskazują wyniki eksperymentalnego badania Głównego Urzędu Statystycznego (GUS), biorącego pod uwagę dane z rejestrów administracyjnych, pod koniec grudnia 2025 roku w Polsce mieszkało 38,8 miliona osób (tradycyjne badanie – uwzględniające wyniki ostatniego spisu powszechnego, urodzenia, zgony i migrację – wskazuje na 37,2 miliona ludności; od 2028 roku GUS będzie liczył populację w nowy sposób). Liczba ta obejmuje około 2,3 miliona cudzoziemców, którzy stanowili blisko 6 procent wszystkich mieszkańców naszego kraju. Gdyby nie przyjezdni, żyłoby u nas około 36,5 miliona ludzi. Wśród osób z zagranicznym paszportem największy odsetek stanowili Ukraińcy – około 73 procent, co przekłada się na prawie 1,7 miliona osób.
O tym, jak w ostatnich latach rosła liczba pracujących cudzoziemców, możemy się dowiedzieć z danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych (ZUS). Pod koniec zeszłego roku do ubezpieczenia emerytalnego i rentowego (a więc pracujących na umowach o pracę, umowach-zleceniach bądź prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą) było zgłoszonych prawie 1,3 miliona obcokrajowców, w tym 860 tysięcy Ukraińców.
W 2015 roku liczba obcokrajowców zgłoszonych do ubezpieczenia wynosiła niewiele ponad 184 tysiące. Przybyło nam więc ponad milion pracowników z obcym paszportem. Ta statystyka nie jest zamknięta – należy do niej dodać niewidocznych dla ZUS-u pracujących na umowach o dzieło (tych akurat nie ma zbyt wielu) oraz na czarno. W ciągu dekady przeszliśmy ewolucję od kraju, z którego emigrowało się za chlebem, do odwiedzanego w poszukiwaniu lepszego losu.
Aby przeczytać ten artykuł, zaloguj się lub skorzystaj z oferty.
Wypróbuj subskrypcję „Pisma”. Rezygnujesz, kiedy chcesz.
Dostęp online
wersja audio i na czytniki,
dostęp do aplikacji i serwisu
14,99 / miesiąc
Prenumerata
co miesiąc papierowe wydanie,
dostęp online do aplikacji i serwisu
24,99 / miesiąc
