Opowiadanie

Świąd

  • autor
  • Don DeLillo

Ale nikt nie przyszedł, czekał więc, patrząc w ścianę. To była jedna z tych sobót, które są jak niedziele. Nie wiedział, jak to wytłumaczyć. Działo się to co jakiś czas, częściej w ciepłe miesiące, i prawdopodobnie było normalne, choć nigdy o tym z nikim nie rozmawiał.

 


Po rozwodzieodczuwał dziwne otępienie umysłowe i psychiczne. Spoglądał w lustro, przyglądając się badawczo twarzy, która odwzajemniała spojrzenie. Nocami trzymał się swojej połowy łóżka, odwrócony plecami do tej drugiej. Życie przeciekało mu przez palce. Rozmawiał z ludźmi, chadzał na długie spacery. Kupił parę butów, ale dopiero poddawszy je rygorystycznej próbie; obydwa, nie tylko jeden. Cztery razy różnym tempem przemierzył sklep z jednego końca na drugi, potem usiadł i spuścił wzrok na buty. Zdjął jeden but i zajął się nim, naciskając podbicie, wkładając dłoń do środka, kiwając w jego stronę z aprobatą głową, stukając palcami wolnej ręki w sztywną podeszwę i obcas.

Sprzedawca – kimkolwiek był, cokolwiek robił i mówił, gdy go tu nie było – stał w pobliżu, patrząc i czekając.

 


jego biurkow pracy stało przy oknie, więc spędzał czas, przypatrując się budynkom po drugiej stronie ulicy, gdzie za rządkami okien nic nie było widać. Zdarzało się, że nie mógł przestać patrzeć.

Patrzył i na wpół ukradkiem się drapał. W pewne dni swędził go lewy nadgarstek. Wieczorem w domu ramiona. Nocami najczęściej uda i golenie. Na spacerze zdarzało się to od czasu do czasu i zwykle dotyczyło przedramion.

Uwięziony w swym ciele, miał czterdzieści cztery lata. Ręce, nogi, tors. Twarz nie swędziała. Na głowie nabawił się czegoś, czemu lekarz nadał nazwę, ale swędziało go tam jedynie z rzadka, a potem wcale, więc i nazwa nie miała znaczenia.

Okna po drugiej stronie ulicy omiatał wzrokiem w poziomie, nigdy w pionie. Nie próbował wyobrażać sobie życia w środku.

 


zaczął myślećo swędzeniu jako o danej zmysłowej z zewnątrz, którą wywołuje jakaś znajdująca się w oddali, niepoddająca się analizie substancja, powietrze w pomieszczeniu albo na ulicy, albo coś w samej atmosferze, rozkład środowiska naturalnego planety.

Zastanawiał się nad tym, ale w to nie wierzył. Była to na poły fantastyka naukowa. Ale stanowiło to także pewną formę pocieszenia w trakcie tych długich okresów niepokoju, gdy leżał na łóżku rozciągnięty, skulony, a wreszcie na brzuchu, nagie ciało w bawełnianej piżamie, cały w kremach i balsamach, próbując się nie drapać ani nie trzeć.

 


powiedział swojemuprzyjacielowi Joelowi, że sobota wydaje mu się czasem niedzielą, i czekał na reakcję. Joel miał dwójkę dzieciaków i żonę Sandrę. Zawsze mówiło się „Sandra i Joel”, nigdy odwrotnie.

– Sobota, niedziela, no i co z tego. Nie byłoby ciekawiej, gdyby wtorek wydawał się środą? Albo i lepiej: gdyby wtorek w tym tygodniu wydawał się środą z następnego.

Joel był członkiem personelu biurowego. Pisał wiersze, gdy udawało mu się znaleźć1 czas, niedawno przestał starać się o publikację.

– Jak swędzenie? – spytał. – Myślę o swędzeniu w historii świata i mam pustkę w głowie.

Przyjaciel, była żona, asystenci lekarzy i pielęgniarek w kitlach i tenisówkach. Oni wiedzieli. I nikt inny.

– Jakiś cesarz, członek rodziny królewskiej. Potrzeba ci kontekstu, który mógłbyś wykorzystać. Sławnego męża stanu, który drapie się w tajemnicy. Czegoś, co mógłbyś zbadać, znaleźć szczyptę satysfakcji.

– Myślisz?

– Jasne, albo biblijnego. Może przekonasz się, że jesteś cząstką jakiejś wielkiej opowieści, czegoś ciągnącego się tysiące lat. Ziemia Święta. Świąd.

– Jedno słowo. Jedna sylaba.

– Pięć liter. Czytasz w ogóle Biblię? Plaga w czasach biblijnych. Poważnie mówię.

– Ja też.

– Rozeznaj się. Ja bym tak zrobił. Wyobrażam sobie, jak strasznie… Środek nocy.

– Środek dnia.

– Tym gorzej – stwierdził jego przyjaciel.

 


spotykał się z kobietą.Tylko spotykał. Byli dwojgiem małomównych osób i słowem nie zająknął się o swędzeniu. Miał nadzieję, że gdy i jeśli dojdzie między nimi do intymności, nie będzie to niespodziewane. W innym razie mogłaby wyczuć śladowe ilości balsamów i maści, ciało przy ciele, ręce, nogi, inne miejsca, maści i hipoalergiczne kremy, kortykosteroidy o ultrasilnym działaniu.

Od czasu do czasu jadali kolację, chodzili do kina, wypracowując mimochodem rutynę, która nie pogrążyła ich w całkowitej wzajemnej anonimowości.

Miała na imię Ana, przez jedno „n”, i ta porcja informacji go zainteresowała. Owo brakujące „n”. Lubił gryzmolić to imię, ołówkiem po bloku biurowym, wielkie „A”, małe „n”, małe „a”. Na biurowym komputerze stacjonarnym wpisywał je różnymi czcionkami albo wielkimi literami, czasem do góry nogami, niekiedy kursywą lub pogrubione bądź też znakami mało znanych niełacińskich alfabetów.

rysunekTomasz Walenta

Podczas kolacji mówiła o filmie, który właśnie obejrzeli. Prawie go już zapomniał, jedna scena złowróżbnych gróźb za drugą. Od filmu ciekawsze było niemal puste kino. Przechylił się nad stolikiem, jakby na wpół komicznie, i spytał o jej imię. Przywiązanie do tradycji rodzinnej? Imię z jakiejś europejskiej powieści?

– Żadna tam tradycja – powiedziała. – Żaden obcy wpływ. Po prostu imię pisane w konkretny sposób.

Wolno pokiwał głową, pozostawiony samemu sobie w tej pochylonej pozie i zaskoczony odczuwanym rozczarowaniem. W końcu usiadł z powrotem, nadal się kiwając, i zorientował się, że wyobraża sobie jej ciało. Zawsze ciało. Nie erotyczny zbiór krągłości, lecz coś jeszcze cudowniejszego, samo ciało, pierwotną strukturę fizyczną.

Powiedziała, że jej matka miała na imię Florence.

Ale jej ciało, tutaj, w tym krześle po drugiej stronie stołu, człowiek, osoba, bryła z krwi i kości wznosząca się nad setkami, tysiącami lat albo i więcej, milionami, ciało w gruncie rzeczy niczym nieróżniące się w swej najzwyklejszej ciałowatości od przygarbionych, na wpół pełzających form, które je poprzedzały.

Kazał sobie przestać. Rozmawiali o jedzeniu i restauracji. Spytał, jak miał na imię jej ojciec.

 


rankiem ruszył holembudynku, w którym pracował, uważając, by nie patrzeć prosto na innych, którzy zmierzali do swoich biur, cztery czy pięć osób, pod krawatem, w bluzkach i spódnicach. Lubił wyobrażać sobie, że idą donikąd, pozostają w miejscu, ich nogi poruszają się w górę i w dół, i lekko machają rękoma.

 


jego była żonauśmiechała się w pewien sposób, który ciągle pamiętał. Nie patrzy na niego; uśmiecha się w przestrzeń. Te cztery lata razem, nim rozgorzał ciągnący się tygodniami konflikt, jej posyłane nad stołem kuchennym całusy, aby przepędzić świąd, te nadrzeczne przebieżki letnimi wieczorami.

Symetria swędzenia, oba uda, zgięcia obu łokci, lewa kostka, potem prawa. Krocze nie swędzi. Pośladki owszem, gdy ściąga spodnie przed pójściem …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Opowiadanie ukazało się w wydaniu „The New Yorker” z 7 sierpnia 2017 roku. Copyright © 2017 by Don DeLillo.

Czytaj także

FreshMail.pl