Reportaż

Święty Franciszek by na to nie pozwolił

zdjęciaMagda Działoszyńska
San Francisco leży na linii uskoku tektonicznego San Andreas. Ziemia ciągle się tu porusza. Tak jak na trzęsienia ziemi, miasto jest skazane również na rewolucje społeczne.

Mówią o nim: klejnot zachodniego wybrzeża. Miasto-obietnica. Codziennie na nowo wyłaniające się z mgły, jakby z oparów snu śnionego przez przybywających tu od pokoleń pionierów, marzycieli, buntowników. Tylko przebudzenie bywa niezwykle brutalne.

Jeśli przyjechać tu wieczorem, człowiek nacieszy uszy gwarem ulic, zachłyśnie się aksamitnym powietrzem znad oceanu i pójdzie spać z głową pełną turystyczno-popkulturowych klisz o kolorowych tramwajach, stromych uliczkach, tęczowych flagach i tłustych fokach wylegujących się na portowym nabrzeżu. A rano wyjdzie na ulicę i pierwszą rzeczą, jaką zobaczy, będzie legowisko bezdomnego. Albo kilku. Koc, karton, śpiwór, stare gazety, szmaty, pomięty kubek z fast foodu, resztki jedzenia, śmieci, czasem strzykawki. Czuć zapach moczu. Idąc nieuważnie, można wdepnąć w ludzkie odchody.

W samym turystyczno-handlowym centrum San Francisco, gdzie działa większość hoteli, teatrów i sklepów, paradoksalnie o ten dysonans poznawczy najłatwiej. Między reprezentacyjnymi miejscami, jak Union Square i Civic Center leży dzielnica Tenderloin.

To trzewia miasta – tu kupuje się narkotyki i seks, a po zmroku nie zagląda bez palącej potrzeby, tu ostały się niskoczynszowe mieszkania dla przegranych w amerykańskim wyścigu do sukcesu, tu śpiący na ulicach czują się jak u siebie, tu mieszczą się siedziby organizacji charytatywnych. Ale nie chodzi tylko o Tenderloin. Chorych, odurzonych, mówiących do siebie, obdartych i cuchnących ludzi w San Francisco liczy się nie na palcach jednej ręki, a w tysiącach. Nie szuka się ich w melinach ani opuszczonych ruderach, ale spotyka wszędzie: na stacji metra, w parku i bibliotece.

Na ruchliwej, handlowej Market Street, nieopodal siedzib Ubera i Twittera, pomiędzy butikiem Michaela Korsa i Starbucksem, gdzie siedzą w stuporze, oparci o fasady budynków albo snują się pomiędzy pochłoniętymi sobą i beztroską konsumpcją mieszkańcami i turystami.

San Francisco ma swoje przeklęte zaułki i ulice „niedotykalnych”.

Na reprezentacyjnym placu przed ratuszem miejskim, na którym w ostatnim półwieczu odbyły się niezliczone demonstracje w obronie „społecznej sprawiedliwości”, „polityki progresywnej” i „liberalnych wartości”, a który dziś nasuwa skojarzenie z planem zdjęciowym serialuThe Walking Dead.

Kawałek dalej na środku chodnika leży mężczyzna. Przewraca się z boku na bok, wymachując przy tym wytatuowanymi kończynami. Chudy, strzępek człowieka. Widać go z daleka, bo ma na stopach tylko jaskrawożółte skarpetki. Może przewraca się tak w narkotycznym widzie, może w nagłym ataku choroby psychicznej, a ludzie przechodzą obok, jakby nigdy nic. Najwyraźniej się przyzwyczaili. San Francisco ma własną kastę „niedotykalnych”.

 


gdy w drugiej połowie XVIII stuleciaHiszpanie zakładali pierwszy fort na wybrzeżu Pacyfiku, imię Świętego Franciszka z Asyżu nadali mu bez szczególnej przyczyny. Dwa i pół wieku później wybór ten należy uznać za wyjątkowo niefortunny. „Ulice naszego miasta przypominają dziś ulice Kalkuty” – w 2008 roku pisze publicystka lokalnego magazynu „SFGate” Cinnamon Stillwell, dodając, że „scenkom z bezdomności” przygląda się od wczesnych lat 90. Sama nie zamierza jednak być matką Teresą z San Francisco – o bezdomnych pisze jak o ludzkich odpadkach i uważa, że nadrzędnym celem władz powinno być usunięcie ich z ulic dla dobra przyzwoitych obywateli i przemysłu turystycznego. Oburza się też na polityczną poprawność, która utrudnia jej swobodne używanie słowa „menel”. W tym mieście – przez lata uważanym za mekkę wrażliwych społecznie liberałów – to pogląd, najłagodniej mówiąc, śmiały, jeśli nie bluźnierczy.

Czasy, które mentalność owych liberałów ukształtowały, powoli odchodzą w niepamięć. I w miarę jak problem nabrzmiewa, a miasto dziś coraz bardziej zamyka się w swojej technologiczno-startupowej bańce i zapomina o spuściźnie lat 60. i 70., tak radykalnych głosów tylko przybywa. W lutym 2016 roku gorącą debatę wzbudził list otwarty do burmistrza napisany przez „młodego pracownika sektora technologicznego”, w którym domaga się on, żeby miasto bezwzględnie rozwiązało problem: „Żyjemy w gospodarce wolnorynkowej. Ci, którzy tutaj mieszkają, zapracowali sobie na ten przywilej. Nie powinienem musieć w drodze do pracy oglądać tych obrazów nędzy i rozpaczy (…). Mówię wam, to się skończy rewolucją. Ludzie po obu stronach są sfrustrowani, w powietrzu czuć gniew”.

Pusta działka w całym mieście to rzadkość – każdy skrawek ziemi jest na wagę złota. Nie ma opuszczonych budynków ani pustostanów, w których bezdomni mogliby ukryć swoje społecznie nieakceptowalne istnienie. Na północnym skraju Mission roi się za to od osiedli złożonych z namiotów.

W duchu oburzam się na taką arogancję. Jednocześnie, chodząc po ulicach, wzdrygam się od zapachu moczu i odwracam wzrok, gdy ktoś na środku chodnika daje sobie w żyłę. W mediach co jakiś czas słychać o tym, jak bezdomny kogoś napadł. Gdy więc winda na stacji metra …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

FreshMail.pl