Portret

Geniusz z Kluczborka buduje sztuczną inteligencję

Nie było tygodnia, żeby nie lądował u dyrektora szkoły na dywaniku. W 2017 roku "Forbes" zaliczył go do grona najbardziej wpływowych Polaków przed trzydziestką. Dziś Wojciech Zaremba kieruje badaniami nad robotyką w OpenAI, organizacji powołanej do tego, by ulepszać sztuczną inteligencję.
rysunki Magdalena PelcSztuczna inteligencja kusi szaleńców

OpenAI powstało trzy lata temu. Jego trzon stanowi dziewięcioro najwybitniejszych na świecie specjalistów od sztucznej inteligencji – matematyków, inżynierów i programistów. Jednym z nich jest Polak, trzydziestoletni Wojciech Zaremba z Kluczborka.

Zaremba studiował matematykę i informatykę na Uniwersytecie Warszawskim i w École polytechnique w Paryżu (uzyskał dyplom z matematyki ze średnią 4,98). Doktorat zrobił na New York University, w dwa i pół roku (co zajmuje pięć lat). Ma na koncie prawie pięćdziesiąt publikacji poświęconych uczeniu maszynowemu i sztucznej inteligencji, doczekał się ponad trzech tysięcy cytowań. Tak znalazł go Elon Musk. W OpenAI Zaremba kieruje badaniami nad robotyką. 

 


– zaczęło się niewinnie. Kiedy Wojtuś był w pierwszej klasie podstawówki, dostał od nas pod choinkę książkę o eksperymentach chemicznych. Wszystkie musiał przetestować – wspomina mama, Irena Zaremba. – W piwnicy naszego bloku urządził sobie laboratorium.

Podbierał z kuchni sodę i proszek do pieczenia. Zaprzyjaźnił się z aptekarkami, chodził do sanepidu po odczynniki. W drugiej klasie zapisał się na kółko chemiczne.

– Przyszedł do mnie i powiedział: „Proszę pana, chcę się uczyć chemii”. Wyglądał komicznie. Jak przemądrzała mysz Aleksander z Pszczółki Mai: mały blondynek w dużych, okrągłych okularach. Musiałem mocno się pilnować, żeby nie parsknąć śmiechem – mówi Wojciech Zbadyński, który uczył Zarembę w Szkole Podstawowej nr 4, a później w Publicznym Gimnazjum nr 5. – Zgodziłem się. Mogłem powiedzieć: „Nie, dziecko, wróć, jak będziesz w siódmej klasie”. Ale kiedy uczeń chce robić coś ponad program, grzechem byłoby gasić w nim ten żar, nawet jeśli to się wydaje szalone. Wojtek chemię rozumiał. Już w czwartej klasie brał udział w olimpiadzie. Rywalizował z uczniami starszymi o dwa, a nawet trzy lata. Przeszedł przez etapy gminny i powiatowy, doszedł aż do wojewódzkiego.

W czwartej klasie podstawówki robił proch dymny i odpalał go na szkolnym boisku. W gimnazjum przyniósł do szkoły bombę własnej roboty – zsyntetyzował trijodek azotu.

– Bomba była w reklamówce – opowiada Bogdan Paluch, dyrektor Publicznego Gimnazjum nr 5, który uczył Zarembę informatyki. – Trijodek w małych ilościach nie jest groźny. Ale Wojtek położył tę siatkę na ławce w szatni i ktoś rzucił nią o ścianę. Huk był straszny. Na szczęście nikomu nic się nie stało.

Rodzice Wojtka musieli tylko wyprać kilkanaście kurtek, które pobrudziły się podczas eksplozji.

– Tych niekontrolowanych wybuchów było więcej – mówi Franciszek Zaremba. – Dobrze, że syn nosił okulary, nieraz uratowały go od ślepoty.

W końcu młody eksperymentator musiał zamknąć swoje laboratorium.

– Sąsiedzi skarżyli się, że przeze mnie warzywa, które przechowują w piwnicach, będą przesiąknięte chemią – wspomina Wojciech Zaremba. – Ale tak naprawdę pewnie się bali, że kiedyś wysadzę blok w powietrze. Dziś im się nie dziwię.

 


drugą miłością wojtka były komputery.  – Na początku lat 90. kupiliśmy nowiutkiego peceta – opowiada Irena Zaremba. – To był jeden z pierwszych komputerów w całym Kluczborku. Nasi synowie marzyli o komputerze, więc podczas którychś wakacji mąż, zamiast odpoczywać, pojechał do Norwegii.  Przez sześć tygodni zbierał truskawki, malował domy na cukierkowo. Zarobił tysiąc pięćset dolarów, fortunę jak na tamte czasy. I wszystko wydaliśmy na komputer.

Podpatrując starszych braci – Michała i Maćka – Wojtek szybko nauczył się programowania.

– Już jako siedmiolatek potrafił hakować gry komputerowe – wspomina Michał Zaremba. – Zmieniał je, aby mieć więcej żyć.

W czwartej klasie podstawówki robił proch dymny i odpalał go na szkolnym boisku. W gimnazjum przyniósł do szkoły bombę własnej roboty.

– W trzeciej klasie podstawówki wziął udział w konkursie informatycznym w Opolu – mówi Bogdan Paluch. – Dzieci miały przygotować prezentację. Mówiły o swojej drodze do szkoły, o ulubionym sportowcu; takie banalne, dziecięce tematy. A Wojtek wyskoczył z wykładem o fraktalach. Komisja siedziała jak na tureckim kazaniu. Nikt się nie odezwał, nikt nie dyskutował, nie zadał żadnego pytania.

Wojtek był zawiedziony. Zajął drugie miejsce.

 


w liceum informatykę i chemię zastąpiła matematyka. – Wojtek poświęcił się jej całkowicie, a talent miał nieprzeciętny – wspomina Piotr Pawlikowski, matematyk z I Liceum Ogólnokształcącego w Kluczborku. – Bardzo szybko mnie przerósł. Nie byłem w stanie wiele go nauczyć. Jestem nauczycielem już trzydzieści lat, trafiali mi się utalentowani uczniowie, ale tak wybitni zdarzyli się tylko dwaj, i to w jednej klasie. Wojtek i Kamil Korzekwa, który zrobił doktorat w Londynie i dziś zajmuje się fizyką kwantową na The University of Sydney. To był świetny duet, bo chłopcy wzajemnie się motywowali.

Przygotowywanie zajęć dla Wojtka, który z matematyki miał indywidualne nauczanie, zajmowało Pawlikowskiemu więcej czasu niż opracowywanie wszystkich pozostałych lekcji.

– Przynosiłem ze sobą kilkadziesiąt zadań, wydawało mi się, że arcytrudnych. A on po trzydziestu minutach miał je już rozwiązane. Żeby dopchać lekcję, improwizowałem.

Jako licealista Zaremba wziął udział w olimpiadzie matematycznej. Zajął drugie miejsce w Polsce.

– Przed finałem rozmawiałem z matematykiem, który uczy w jednym z najbardziej renomowanych liceów w kraju – mówi Pawlikowski. – Chciałem się dowiedzieć, jak ocenia szanse Wojtka. Znał go z różnych warsztatów i wykładów. Powiedział mi: „Podium i pozostałe miejsca, do siódmego, zajmą moi uczniowie. Jak Wojtek znajdzie się w pierwszej dziesiątce, to będzie sukces”.

– Wystartowałem w tej olimpiadzie, bo założyłem się z kumplem, Grześkiem Pietruszyńskim, który dziś prowadzi firmę Growbots, jeden z najlepszych start-upów w Polsce, że dojdę do finału – opowiada Zaremba. – Przez rok chodziłem do szkoły tylko na zaliczenia. Wstawałem o ósmej i do wieczora rozwiązywałem zadania z matmy. Robiłem przerwy jedynie na posiłki.

Nie wszyscy nauczyciele pochwalali ten system.

– Wielu miało pretensje, że Wojtek opuszcza lekcje, że ledwo ciągnie z innych przedmiotów – wspomina Piotr Pawlikowski. – Jako wychowawca musiałem być dla niego buforem. Ale jak się ma takiego rodzynka, to się go hołubi.

Na zakończenie liceum Zaremba zdobył srebrny medal na międzynarodowej olimpiadzie matematycznej w Wietnamie. Pokonał tysiąc dwustu konkurentów.

 


– nie hodowaliśmy syna na geniusza – mówi Irena Zaremba. – Niczego mu nie narzucaliśmy, niewiele zabranialiśmy. Jak dostał słabszą ocenę, nie było tragedii. Z zachowania poprawnego, bo takie też przynosił, nie robiliśmy dramatu. Nie musiał mieć świadectwa z czerwonym paskiem.

Zarembowie pracowali w liceum ekonomicznym. Przy nauczycielskich pensjach i trojgu dzieciach w domu się nie przelewało. Na wiele rzeczy zwyczajnie brakowało pieniędzy.

– Ale na książki dla synów i ich naukę nigdy nie żałowaliśmy – dodaje matka naukowca. – Nie marzyłam o nowym samochodzie, meblach czy modnych ciuchach. Tylko raz poczułam zazdrość: jak koleżanka się pochwaliła, że jej córka zdobyła indeks wyższej uczelni. Pomyślałam wtedy, że też chciałabym mieć takie mądre pociechy.

Dziś wszyscy trzej synowie Zarembów są po doktoratach. Najstarszy, Michał, pracuje w Austrii nad implantami słuchowymi wszczepianymi do mózgu. Średni, Maciek, mieszka w Szwajcarii i pisze programy komputerowe dla Szwajcarskiego Banku Narodowego.

– Wszyscy trzej zajmują się informatyką – mówi Franciszek Zaremba. – Te tysiąc pięćset dolarów to była najlepsza inwestycja w naszym życiu.

 


wojtek nie był łatwym dzieckiem. – W przedszkolu niechętnie uczestniczył w zajęciach – opowiada Irena Zaremba. – Najczęściej godzinami siedział przy stoliku i rozmyślał. Jego rówieśnicy już znali się na zegarku, on ledwie umiał policzyć do dziesięciu. Kiedy pytałam, co mu się najbardziej podobało w przedszkolu, odpowiadał niezmiennie: „Pani Renia”. Miał jednak to szczęście, że nikt nie próbował na siłę naginać go do średniej. To, że został naukowcem, to przede wszystkim zasługa ludzi, z którymi się zetknął, zwłaszcza nauczycieli. Traktowali poważnie jego fascynacje, nawet jak był małym brzdącem, potrafili je rozbudzić.

I cierpliwie znosili jego wyskoki.

Siedziba OpenAI wygląda bardziej jak przytulny hotelik niż miejsce, w którym pracuje awangarda światowej nauki.

– Oprócz Wojtka miałam w klasie jeszcze kilkoro bardzo zdolnych uczniów – wspomina Zdzisława Rybak, wychowawczyni i polonistka z PG nr 5. – Byli pierwsi w nauce, raz na koniec roku cała klasa uzyskała średnią 5,0. Ale także pierwsi do pajacowania. A Wojtek im przewodził. Nie było tygodnia, żeby nie lądowali u dyrektora na dywaniku. Jak skończyli gimnazjum, dyrekcja zaproponowała mi rok przerwy od wychowawstwa.

Wojtek potrafił zburzyć całą lekcję.

– Ale robił to w bardzo inteligentny sposób – mówi Zdzisława Rybak. – Uwielbiał się popisywać. Na przykład kiedy omawialiśmy Balladynę, próbował udowodnić, że główna bohaterka musiała być chora psychicznie, bo w normalnym człowieku nie ma aż tak silnej żądzy władzy. Powoływał się przy tym na badania naukowe i eksperymenty psychologiczne.

– A na historii, kiedy zapowiedziałem, że wszystkich będę oceniał sprawiedliwie i nikt nie może liczyć na taryfę ulgową, dopytywał, według której definicji sprawiedliwości, bo u Tatarkiewicza jest ich siedem – dodaje Roman Kamiński, który uczył historii w PG nr. 5.

Do przedmiotów humanistycznych Wojtek się nie przykładał. Uważał, że nie będą mu potrzebne.

– Obawiałam się, że nie zda matury z polskiego – wspomina Teresa Kaczmarska, polonistka z I LO. – Dopytywał mnie wielokrotnie, jak to zrobić, żeby nie czytać lektur, poświęcić polskiemu jak najmniej czasu i zdać maturę na trzydzieści procent. Chyba go zawiodłam, bo nie potrafiłam ułożyć takiej jasnej, matematycznej recepty.

To, że został naukowcem, to przede wszystkim zasługa nauczycieli. Traktowali poważnie jego fascynacje, nawet jak był małym brzdącem, potrafili je rozbudzić.

– Jedyne, czego dziś żałuję, to że nie przykładałem się do nauki w stu procentach – mówi Wojciech Zaremba. – Odpuszczałem sobie polski, zamiast lektur czytałem opracowania. Nie wyniosłem zbyt dużo z historii i niemieckiego. Wstyd mi było, kiedy na studiach we Francji czy w Stanach nie mogłem podyskutować z kolegami z innych krajów o historii mojej ojczyzny. Teraz nadrabiam te zaległości. Niedawno wreszcie przeczytałem Mistrza i Małgorzatę.

Właśnie te wyrzuty sumienia sprawiają, że podczas wizyt w Polsce Zaremba spotyka się z kluczborskimi uczniami i przekonuje, by nie marnowali lat nauki.

– Miło słyszeć, kiedy Wojtek mówi, by chodzili do szkoły i na maksa uważali na lekcjach – opowiada Bogdan Paluch – bo kiedy tego nie robią, to jakby wyrzucali pieniądze w błoto. Rzuca nawet kwotami, jak na matematyka przystało. Gdyby takie teksty usłyszeli od nauczycieli, pewnie by stwierdzili, że to komunały. A jak wypowiada je niewiele starszy od nich chłopak, który w dodatku zaszedł tak daleko, słuchają z otwartymi buziami.

Na studiach magisterskich Zaremba też się wyróżniał.

– Kształcimy wielu nieprzeciętnie zdolnych młodych ludzi, ale zaledwie około jednemu procentowi naszych absolwentów udaje się wyrwać z kręgu korporacyjności i przejść do poważnej nauki – mówi dr hab. Henryk Michalewski z Wydziału Matematyki, Informatyki i Mechaniki na Uniwersytecie Warszawskim. – A to, co robi Wojtek, to jest waga ciężka.

 


do ameryki trafił już przed licencjatem. Każde wakacje spędzał w Dolinie Krzemowej. Pracował w takich firmach jak Nvidia, Google i Facebook, zbierał doświadczenia i kontakty, publikował, brał udział w konferencjach naukowych. Zaprezentował się na tyle dobrze, że Amerykanie zaproponowali, aby zrobił doktorat z uczenia maszynowego na New York University. W trakcie studiów doktoranckich dostał stypendium Google Foundation.

Jeszcze zanim obronił doktorat, miał wiele propozycji pracy. Wybrał OpenAI. To organizacja non profit prowadząca badania nad rozwojem sztucznej inteligencji. Powstała w grudniu 2015 roku z inicjatywy Elona Muska, który zaprosił do współpracy dziesięcioro najlepszych na świecie specjalistów w tej dziedzinie. Przekonał dziewięcioro. Oprócz Wojciecha Zaremby byli to Ilya Sutskever – który został szefem całego przedsięwzięcia – Greg Brockman, Trevor Blackwell, Vicki Cheung, Andrej Karpathy, Durk Kingma, John Schulman i Pamela Vagata. Do dziś stanowią oni trzon OpenAI.

Organizację finansują potentaci z Doliny Krzemowej. Na liście sponsorów znajdują się między innymi Elon Musk, współzałożyciel PayPala Peter Thiel, związani z akceleratorem start-upów Y Combinator Sam Altman i Jessica Livingston oraz Reid Hoffman – jeden z twórców i dyrektorów LinkedIn. Budżet OpenAI wynosi miliard dolarów.

Elon Musk – jeden z najbogatszych ludzi na świecie, biznesmen, filantrop i celebryta – to najbardziej znana osoba związana z OpenAI. Jest założycielem i współwłaścicielem kilku innych firm zajmujących się nowoczesnymi technologiami. Tesla produkuje częściowo autonomiczne samochody napędzane energią elektryczną. SpaceX buduje rakiety orbitalne i statki kosmiczne. The Boring Company drąży podziemne tunele.

Musk wzbudza wiele kontrowersji. Ma grono wiernych fanów, wręcz wyznawców, którzy podziwiają go za wizjonerstwo, odwagę, bezkompromisowość i walkę o ograniczenie zużycia paliw kopalnych. Inni go jednak nienawidzą, uważają za skupionego na autopromocji bufona realizującego swoje chore ambicje i wytykają mu, że nie przebiera w słowach i wulgarnie się wyraża. Pojawiają się też głosy, że biznesmen kreuje się na zbawcę ludzkości, ale tak naprawdę tworzy tylko luksusowe gadżety dla bogaczy.

darowizna na rzecz fundacji pismo

Ma na koncie wiele sukcesów, ale zdarzają mu się też spektakularne wpadki. W ubiegłym roku Tesla nie osiągnęła przewidywanych zysków, więc zdecydowała się na restrukturyzację – zwolniła około czterech tysięcy pracowników i zapowiedziała kolejne zwolnienia. Jej akcje spadają, inwestorzy tracą cierpliwość. W tym roku nie jest lepiej – w pierwszym kwartale Tesla odnotowała ponad siedemset milionów dolarów straty. Musk znalazł się także w ogniu krytyki po artykułach opisujących warunki pracy w fabrykach Tesli. Miało tam dochodzić do wyzysku pracowników oraz dyskryminacji i molestowania kobiet.

W ostatnim czasie Musk odszedł z OpenAI i publicznie się od niej odciął – podobno dlatego, że jego zdaniem prowadzone przez organizację badania zmierzają w niebezpiecznym kierunku.

 


siedziba openai to utrzymany w stylu wiktoriańskim, dwupiętrowy, szary budynek w centrum San Francisco, niedaleko chińskiej dzielnicy. Wygląda bardziej jak przytulny hotelik niż miejsce, w którym pracuje awangarda światowej nauki.

– Pracujemy w otwartej przestrzeni, nie ma boksów, ścian, korporacyjnych klatek – opowiada Zaremba. – Obowiązującym językiem jest angielski, by nie tworzyły się zamknięte narodowościowe grupki.

Oprócz biurek i tablic ściennych w firmowym biurowcu jest dużo kanap, tapczanów, foteli, leżanek. Są także fortepian i stół ping-pongowy, przy których można się zrelaksować. Notesy i ołówki leżą nawet w toalecie.

OpenAI zatrudnia około osiemdziesięciu osób z całego świata – do zespołu należą między innymi Amerykanie, Kanadyjczycy, Koreańczycy, Niemcy, Holendrzy, Rosjanie oraz sześciu Polaków.

– Pracować u nas może każdy, kto okaże się przydatny przy tworzeniu sztucznej inteligencji – tłumaczy Zaremba. – Jako szef robotyków mam całkowitą dowolność w zatrudnianiu ludzi. Jeśli dojdę do wniosku, że jakiś filozof czy pisarz ma niezwykle odkrywcze podejście, które może rozszerzyć moje horyzonty i przyspieszyć badania, jestem w stanie przyjąć go do naszego teamu. Niedawno na przykład zatrudniłem byłego dyrektora wielkiej amerykańskiej firmy, który zarządzał tysiącem pracowników. Dorobił się wielkich pieniędzy i stwierdził, że nie chce już pracować dla kasy. Zafascynowała go sztuczna inteligencja. Przez rok uczył się programować, a teraz jest częścią mojego zespołu.

Filozofia w firmie jest taka: naukowcy mają myśleć o swojej pracy, a nie o tym, czy wystarczy im do pierwszego.

Rekrutacja do OpenAI trwa cały czas. Na swojej stronie internetowej firma na bieżąco publikuje oferty pracy, a także konkretne problemy naukowe – jeśli ktoś zabłyśnie przy ich rozwiązywaniu, również może zdobyć etat.

– Nasz projekt to więcej niż praca. To wspaniała przygoda, odkrywanie nowych lądów, ciągłe wyzwania i adrenalina – mówi Zaremba. – Zespół OpenAI to sami pasjonaci i geniusze. Nikt nie pracuje na siłę. Ludzi motywuje wspólna misja i to, że tutaj każdy ma szansę zostać lepszą wersją samego siebie. Nie chodzi tylko o sztuczną inteligencję, ale także o możliwość indywidualnego rozwoju. Ja na przykład stwierdziłem, że nie znam się na zarządzaniu, a muszę kierować kilkunastoma osobami. Dlatego firma zatrudniła dla mnie mentora, z pomocą którego uczę się, jak być dobrym i efektywnym szefem.

Rotacji i zwolnień w OpenAI prawie nie ma.

– Jeden z moich podwładnych powiedział, że zamierzał pracować tu tylko parę lat, zaoszczędzić konkretną sumę, a później założyć własną firmę. Teraz chce zostać na całe zawodowe życie. Inny opowiadał, że jest tak podekscytowany problemami, którymi się zajmuje, że śnią mu się po nocach i zwykle wtedy przychodzą najlepsze rozwiązania. Nie może doczekać się ranka, kiedy będzie mógł wrócić do pracy i przedyskutować je z innymi.

W firmie nie ma kadrowej, która ścigałaby za niepodbitą kartę czy wcześniejsze wyjście do domu.

Zaremba: Sąsiedzi skarżyli się, że przeze mnie warzywa, które przechowują w piwnicach, będą przesiąknięte chemią. Ale tak naprawdę pewnie się bali, że kiedyś wysadzę blok w powietrze. 

– Możemy pracować w każdym dowolnym miejscu na ziemi, bo nie liczą się godziny spędzone przy biurku, tylko efekty – opowiada Marcin Andrychowicz, którego Zaremba ściągnął do OpenAI dwa lata temu. – Szefowie powtarzają: „Można pracować tylko godzinę tygodniowo, nie będziemy narzekali, byleby było widać wyniki. Jeśli ktoś będzie rzeczywiście dobry i wartościowy, grzecznie poprosimy, żeby popracował dwie”. Jedni przychodzą do biura w dzień, inni w nocy, są też tacy, którzy pracują zdalnie. Często też, zwłaszcza w momentach impasu, wybieramy się wspólnie na wzgórza, których wokół San Francisco jest mnóstwo, z nadzieją, że właśnie tam wpadniemy na myśl, dzięki której będziemy mogli krzyknąć: „Eureka!”. To praca marzeń. Tak mi się przynajmniej dzisiaj wydaje.

Zarobki w OpenAI są – jak na europejskie warunki – niebotyczne, ale Zaremba nie chce o nich rozmawiać. Rąbka tajemnicy uchylają jego rodzice.

– Syn nie zastanawia się nad wydaniem dziesięciu czy dwudziestu tysięcy dolarów – mówi Franciszek Zaremba. – Filozofia w firmie jest taka: naukowcy mają myśleć o swojej pracy, a nie o tym, czy wystarczy im do pierwszego. Wynajęcie domu, kupno samochodu, wyjazdy w egzotyczne miejsca kilka razy w roku to standard.

OpenAI zapewnia swoim pracownikom także opiekę zdrowotną, urlop bez ograniczeń, bezpłatne posiłki i emerytalny plan oszczędnościowy.

– Tu nie tylko dobrze zarabiam, choć nie to jest dla mnie najistotniejsze, mam nielimitowane wakacje i mogę chodzić do pracy, kiedy chcę, ale przede wszystkim mam wpływ na to, jak świat będzie wyglądał w przyszłości – dodaje Wojciech Zaremba. – Ta misja mnie ekscytuje. Dzień, w którym sztuczna inteligencja na dobre zagości na Ziemi, może być najlepszym albo najgorszym dniem w historii. Ja pracuję nad tym, by był najlepszym.

Bo zdaniem polskiego naukowca wysoko rozwinięta sztuczna inteligencja z pewnością powstanie. To tylko kwestia czasu. A kto będzie nią dysponował pierwszy, ten będzie rządził światem.

– Tak jak kiedyś trwał wyścig o podbój kosmosu, tak teraz różne państwa i organizacje ścigają się, kto pierwszy stworzy zaawansowaną sztuczną inteligencję – podsumowuje. – Mam nadzieję, że będziemy to my.

 


zaremba wyjaśnia, że nie ma jednej definicji sztucznej inteligencji.

– To po prostu maszyny, które mogą zachowywać się jak istoty żywe. Od tych prostych, najbardziej prymitywnych, dorównujących na przykład owadom, po najbardziej rozwinięte, które są zdolne do uczenia się, mają inteligencję zbliżoną do ludzkiej i umieją samodzielnie podejmować decyzje bez korzystania z wcześniej zaproponowanych rozwiązań, czyli algorytmów. To wysoko rozwinięta sztuczna inteligencja. Homo sapiens AI. Cel naszych badań.

Oprócz kanap, foteli i biurek OpenAI dysponuje potężnymi sieciami neuronowymi, czyli strukturami matematycznymi, które przetwarzają informacje podobnie jak ludzki mózg i potrafią samodzielnie się uczyć.

– Nie tylko działają w sposób logiczny, ale także mają intuicję, są twórcze, a nawet potrafią być krnąbrne – dodaje naukowiec.

Sieć neuronowa składa się z warstw (sztucznych neuronów) powiązanych ze sobą synapsami; każda warstwa ma wiele wyjść, ale tylko jedno wejście.

– Wprowadzamy do niej informacje sformalizowane matematycznie – mówi Zaremba. – Następnie są one przetwarzane, a wynik przesyłany jest do wyjścia w postaci sygnału. To rodzaj równania, którego wynikiem jest działanie: sieć znajduje rozwiązanie na podstawie danych, których jej dostarczyliśmy.

Zaremba: Dzień, w którym sztuczna inteligencja na dobre zagości na Ziemi, może być najlepszym albo najgorszym dniem w historii. Ja pracuję nad tym, by był najlepszym.

Ten schemat można też odwrócić. Przykładowo: piekarz otrzymuje propozycję dużego stałego zlecenia, ale pod warunkiem, że chleb będzie zawsze taki sam, jeśli chodzi o smak, kolor, wielkość i chrupkość. Jak to zrobić, skoro mąka mące nierówna? Tu z pomocą może przyjść sieć neuronowa, która na podstawie opisu oczekiwanego efektu dostosuje przebieg produkcji do właściwości surowców – podpowie, ile dodać drożdży, a ile wody, jak długo piec, w jakiej temperaturze i tak dalej.

Sieci neuronowe można będzie wykorzystywać także do rozwiązywania ważniejszych problemów – na przykład w walce z globalnym ociepleniem czy w leczeniu nowotworów. W medycynie już się je z powodzeniem stosuje. Na przykład superkomputer Watson w Tokyo Institute of Medical Science błyskawicznie zdiagnozował sześćdziesięcioletnią kobietę – porównał jej DNA z milionami danych naukowych, które ma w swojej bazie, wykrył określone mutacje i w ciągu dziesięciu minut rozpoznał rzadki rodzaj białaczki.

Sporo maszyn wyposażonych w sieci neuronowe naśladuje proste czynności istot żywych, takie jak przemieszczanie się czy przestawianie przedmiotów.

– Nie nazywamy ich sztuczną inteligencją, to tylko etap w drodze do ideału – mówi Zaremba. – A jest nim maszyna o umiejętnościach i wiedzy co najmniej takich jak u przeciętnego człowieka.

Sieć neuronowa stworzona na potrzeby OpenAI codziennie przyswaja gigabajty danych.

– Człowiek ewoluował do superinteligentnej istoty, bo cały czas się uczył, dostarczał swojemu mózgowi coraz to nowych bodźców – tłumaczy naukowiec. – Podobnie jest z maszynami. Staramy się, by stale uczyły się rozwiązywać problemy, reagowały jak ludzie i rozpoznawały dźwięki i obrazy.

Dlatego badacze rozkładają ludzkie zdolności na czynniki pierwsze. Zastanawiają się, jak uczą się dzieci, przekładają swoje wnioski na kod matematyczny, wprowadzają go do sieci neuronowej i sprawdzają, czy działa, każąc robotowi wykonywać określone zadania.

– Teraz skupiamy się na umiejętnościach związanych z ręką. To niezwykle ważna struktura w życiu człowieka. W świecie maszynowym wykorzystywana jest od trzydziestu lat, ale w bardzo wąskim zakresie. Jej użycie ograniczono do zaledwie trzech ruchów. A nam zależy, żeby robot posługiwał się ręką jak człowiek.

Maszyny jednak często znajdują rozwiązania inne niż te, o które chodziło naukowcom – jakby się z nimi droczyły.

– Jeden z robotów miał przestawić klocek leżący na stole, ale zamiast wziąć go w dłoń, przesuwał stół, żeby klocek się przemieszczał – relacjonuje Marcin Andrychowicz. – Problem został rozwiązany, ale nie tak, jak chcieliśmy.

Pod niektórymi względami sztuczna inteligencja już dziś dorównuje człowiekowi.

– Najlepiej radzi sobie z rozpoznawaniem obrazów – mówi Wojciech Zaremba. – Potrafi na przykład spośród kilku fotografii wybrać zdjęcie kota. I jest w tym coraz lepsza. Kilka lat temu skuteczność rozpoznawania u robotów wynosiła siedemdziesiąt procent. Dziś wynosi dziewięćdziesiąt sześć, czyli o jeden procent więcej niż u człowieka.

AI ma też na koncie inne spektakularne sukcesy. W 2016 roku wygrała w go z osiemnastokrotnym mistrzem świata, Koreańczykiem Lee Sedolem. Go uważane jest za grę znacznie trudniejszą niż szachy. Naukowcy jeszcze do niedawna uważali, że zwycięstwo w niej jest poza zasięgiem maszyn. Ale ta twierdza została przez roboty zdobyta.

Sieć neuronowa okazała się także lepsza od człowieka w grze komputerowej Dota 2, która uchodzi za najtrudniejszą na świecie.

– Nasza maszyna uczyła się, tocząc tysiące pojedynków sama ze sobą. Nikt jej nie powiedział, jak grać. Samodzielnie opanowała masę strategii. Dużo osób stwierdziło, że grając w Dotę, same nauczyły się wielu nowych rzeczy. Tak właśnie uczłowieczamy maszyny.

AI może się również pochwalić osiągnięciami artystycznymi. Powieść, którą napisała wspólnie z naukowcami z Future University w Hakodate, została nominowana do prestiżowej nagrody literackiej.

 


sztuczna inteligencja rozpala wyobraźnię dziennikarzy. W ciągu kilku ostatnich lat ukazały się tysiące poświęconych jej artykułów. Sztuczna inteligencja wyeliminuje 1,8 mln miejsc pracy; Sztuczna inteligencja może czytać w naszych myślach; Sztuczna inteligencja pokonała arcymistrzowski program szachowy; Czy roboty będą mieć kaca, czyli sztuczna inteligencja idzie na imprezę; Sztuczna inteligencja urodziła dziecko.

Same te tytuły pokazują, jak szerokie zastosowanie może mieć AI. Ale przeciętny Kowalski mało się nią interesuje. Często uważa się ją za wymysł szalonych naukowców, który może okazać się taką samą bujdą jak UFO.

– Tymczasem w wielu miejscach już mamy do czynienia z namiastkami sztucznej inteligencji – mówi Wojciech Zaremba. – Chociażby w nawigacji samochodowej. – Sklepy korzystają z systemów Kiva, czyli robotów pakowaczy. Są inteligentne lodówki, które same robią zakupy. A niebawem na drogach pojawią się automatyczne samochody, które będą jeździć bez kierowców. Takich przykładów można znaleźć więcej. Amazon wypuścił na rynek wirtualną asystentkę Alexę, która może być pomocą domową, niańką, stylistką. Opowie dziecku bajkę, zamówi zakupy przez internet i doradzi, jaką kieckę kupić, uwzględniając zawartość szafy, upodobania i figurę użytkowniczki. I nie będzie przy tym poganiać jak zniecierpliwiony mąż pod przymierzalnią. Synthea Amatus produkuje Samanthę, inteligentnego seksrobota. Można go kupić już za kilka tysięcy funtów. Niemiecki koncern Otto, największy sklep wysyłkowy świata, dzięki inteligentnym maszynom zmniejszył liczbę zwrotów o dwadzieścia procent. Wykorzystywane przez światowego giganta handlowego programy analizują miliardy zakupów w internecie i na tej podstawie z dziewięćdziesięcioprocentową dokładnością przewidują, co kupią klienci.

Przeciętny Kowalski mało interesuje się AI. Często uważa ją za wymysł szalonych naukowców, który może okazać się taką samą bujdą jak UFO. 

– Z każdym rokiem sztucznej inteligencji będzie więcej, będzie coraz doskonalsza i coraz bardziej podobna do człowieka – twierdzi Zaremba. – Olbrzymie pieniądze i mnóstwo intelektualnej pary idą na to, by tak się stało.

Według raportu McKinsey & Company i „Forbesa” w 2016 roku najwięksi gracze na rynku AI zainwestowali w sztuczną inteligencję od osiemnastu do dwudziestu siedmiu miliardów euro. W Polsce było to jedenaście milionów. Kwoty te z roku na rok rosną. Portal Research and Markets szacuje, że do 2025 roku wartość światowego rynku sztucznej inteligencji wzrośnie do stu dziewięćdziesięciu miliardów dolarów.

– Ludzie zaczynają widzieć coraz szersze zastosowanie dla maszyn. Mogą być wykorzystywane w przemyśle, handlu, a nawet medycynie: sztuczna inteligencja może pomagać w diagnostyce, a także służyć do rehabilitacji.

Najwięcej w AI inwestują Amerykanie. Na drugim miejscu są Chińczycy, którzy zapowiedzieli, że do 2030 roku będą dysponować superinteligentnymi maszynami. Zamierzają zwiększyć nakłady na badania i zostać liderem tego wyścigu. Niepokój budzi jednak fakt, że władze Państwa Środka już dziś wykorzystują sztuczną inteligencję do kontrolowania swoich obywateli.

– Trudno powiedzieć, kto jest najbardziej zaawansowany w tych pracach – mówi Wojciech Zaremba. – Niektórzy nie chwalą się i nie ogłaszają swoich odkryć. Nie wszyscy chcą, aby świat o nich wiedział. Sztuczna inteligencja kusi wszelkiej maści szaleńców.

Roboty mogą okazać się zagrożeniem nie tylko dlatego, że będą w stanie wykonać za człowieka każdą pracę, w dodatku taniej, dokładniej, bez dąsów, pretensji, kłótni i bumelowania. Mogłyby się też zbuntować.

– Oczywiście, tak samo jak u ludzi zdarzają się wady wrodzone, choroby genetyczne czy nowotwory, tak negatywne zjawiska prawdopodobnie pojawią się także u maszyn – mówi Zaremba. – Pewnie nawet można obliczyć u jakiego procenta populacji.

Zaremba: Jeśli zdołamy stworzyć maszynę, która będzie milion razy mądrzejsza od wszystkich ludzi i którą będziemy w stanie kontrolować, to uda nam się rozwiązać wszystkie problemy świata.

Sztuczna inteligencja mogłaby spekulować akcjami na giełdach, cenami złota czy ropy albo nawet wywoływać wojny, wysyłając fałszywe wiadomości z przejętych skrzynek e-mailowych.

Stworzony przez naukowców z OpenAI algorytm GPT2, służący do wykrywania fake newsów, okazał się tak dobry, że nie tylko skutecznie rozpoznaje fałszywe informacje, ale także sam sprawnie je tworzy. Dlatego badacze nie zdecydowali się udostępnić go do powszechnego użytku.

– W fazie testów eliminujemy niepokorne maszyny. Robimy symulacje, obserwujemy, jak dany model się zachowuje i czy jest lojalny w każdej sytuacji. Jeśli nie jest, staramy się go naprawić, czyli ułożyć taki algorytm, dzięki któremu robot nie zachowa się nieprzewidywalnie.

Polski naukowiec uważa jednak, że mimo niebezpieczeństw, jakie niesie ze sobą sztuczna inteligencja, warto nad nią pracować.

– Jeśli zdołamy stworzyć maszynę, która będzie milion razy mądrzejsza od wszystkich ludzi razem wziętych i którą będziemy w stanie kontrolować, to uda nam się rozwiązać wszystkie problemy świata. Wynaleźć szczepionkę na każdą chorobę, rozprawić się z globalnym ociepleniem, a nawet sprawić, że ludzkość rozprzestrzeni się po całym wszechświecie. Gra toczy się o wysoką stawkę. Jest nią przyszłość gatunku.

Zaremba przyznaje, że brzmi to idealistycznie, ogólnikowo i mgliście.

– Ale poruszamy się po terenie, który jest wielką niewiadomą, i w dodatku jesteśmy dopiero na początku drogi – mówi Zaremba. – Jest w tym trochę Leonarda da Vinci i Einsteina, trochę Fausta i trochę rosyjskiej ruletki. Efekt końcowy może nas wszystkich zaskoczyć. Pewne jest tylko, że sztuczna inteligencja powstanie i będzie to rewolucja, jakiej świat jeszcze nie widział.

FreshMail.pl