Reportaż

Ból przygniata nas i polską służbę zdrowia

rysunekJoanna Karpowicz
Bólu nie widać. Można go czasem zobaczyć w postawie człowieka, w wyrazie twarzy, ale taki codzienny pozostaje ukryty. Umyka nie tylko bliskim i przechodniom, ale również służbie zdrowia, która z przewlekłym bólem sobie nie radzi. 

W pokoju, który sam opowiada swoją historię, tyle w nim bibelotów, obrazów i biedermeierowskich mebli, siedzi przede mną zadbana, uśmiechnięta blondynka. Nie wygląda na swój wiek (ma pięćdziesiąt lat), więc samo mi się wyrywa, że zupełnie nie widać po niej choroby. Potem dowiem się, że to jedna z rzeczy, których chorym przewlekle mówić się nie powinno. Bo to, że czegoś nie dostrzegamy, nie znaczy, że tego nie ma. 

– Bólu nie widać. Można go czasem zobaczyć w postawie człowieka, w wyrazie twarzy, ale taki codzienny, do którego się przyzwyczajasz, bo musisz, pozostaje ukryty – mówi Monika. Przyzna później, że tego ranka, po bezsennej nocy (typowy objaw jej schorzenia) nie mogła wstać z łóżka. A potem, zgarbiona, szurała nogami po parkiecie, bo zmęczenie i fizyczne cierpienie ją paraliżowały. Pod koniec powie też, że przez cały czas naszego spotkania bolała ją głowa. Choć Monika mówi, że ból trudno opisać, bo słownik jest tu zbyt ubogi, samo słowo padnie w rozmowie jeszcze wiele razy, a potem pojawi się w e-mailach, które wymieniamy. A przy nim takie określenia, jak „nie do wytrzymania”, „festiwal bólu”, „ból nakręca stres, stres nakręca ból”. 

Jeszcze dziesięć lat temu Monika nie podejrzewa, że niedługo tak będzie wyglądać jej codzienność. Żyje wtedy na pełnych obrotach. Wstaje po szóstej – gdy zadzwoni budzik, od razu zrywa się z łóżka. Jest jeszcze ciemno, a psy śpią w budach, kiedy wsiada do samochodu i rusza do pracy. Stojąc w korku w drodze do biura w Warszawie, załatwia najpilniejsze sprawy służbowe przez zestaw głośnomówiący. Często wraca po ciemku, czasami tak zmęczona, że musi zjechać na pobocze, bo boi się prowadzić dalej. Dzieci widuje wieczorami (stara się przynajmniej je wykąpać i położyć do łóżek) i w weekendy (rodzina jest święta, nadrabiają stracony czas). Pada do łóżka o dwudziestej drugiej. 

Jest specjalistką od public relations w zagranicznej korporacji medycznej. Swoją pracę uwielbia, angażuje się na sto dwadzieścia procent. Czuje, że robi coś ważnego, bo w ramach promocji zdrowia przygotowuje kampanie informacyjne, na przykład o depresji albo szpiczaku mnogim. Monika, rocznik ’67, skorzystała z szansy, która dzięki zmianom w Polsce otworzyła się przed jej pokoleniem. Po studiach (marketing i zarządzanie) wyjechała na jakiś czas do Wielkiej Brytanii, po powrocie uczyła angielskiego w liceum. Wzięła ślub, na świat przyszły dzieci. Gdy Wojtek miał półtora roku, a Karolina pięć i pół, znajomość języka, entuzjazm i wielkie pokłady energii stały się jej przepustką do wielkiej zmiany zawodowej. Koleżanka z zaocznych studiów z public relations poleciła ją do pracy w skandynawskiej firmie medycznej. Tam wszystkiego uczyła się w praktyce, ale miała szczęście pracować z Amerykaninem, który w branży był od czterdziestu pięciu lat – w Polsce rzecz całkowicie niewyobrażalna, gdyż PR był wtedy u nas dziedziną dopiero raczkującą. Był maj 1999 roku, Monika miała trzydzieści dwa lata i czuła, że tego właśnie chce. Wraz z mężem zdecydowali, że to on (prowadzi z mamą rodzinną firmę z dekoracjami) będzie bardziej obecny w domu. Po korporacji skandynawskiej były francuska, belgijska i amerykańska. We wszystkich tak samo intensywnie. 

– Ten zawód jest równie stresogenny, jak praca strażaka, policjanta i pilota – twierdzi Monika. (Dopiero później dowiedziała się, że stres uważany jest za jedną z potencjalnych przyczyn jej choroby).

Po raz pierwszy ból dał o sobie znać osiem lat temu. 

– Pewnie wieczorem albo w weekend. Cały czas intensywnie pracowałam, w biurze nic nie czułam. Jak jesteś bardzo zajęta, nie myślisz o bólu. To było dziwne, od stóp do kolan piekła mnie skóra, jak gdyby się skracała i jej nie starczało. Albo jakbym włożyła nogi w ognisko. 

Potem doszły bóle kości. U lekarza okazało się, że Monika ma niedobór witaminy D3 (typowy objaw jej choroby). Zaczęła brać suplementy, ale doktor zaleciła też, żeby spędzała przynajmniej piętnaście minut dziennie na słońcu. – A ja się po dwóch tygodniach zorientowałam, że nie jestem w stanie nawet tyle wygospodarować.

Pacjenci z bólem nowotworowym zostali w Polsce otoczeni opieką, pozostałych wciąż traktuje się po macoszemu.

Monika (zawodowo cały czas na pełnych obrotach) odwiedza kolejnych internistów, neurologa, ortopedę. Przez dwa lata nikt nie potrafi postawić diagnozy. Ani pomóc. Kiedy pytam, czy dostawała coś na ból, zaprzecza. Jej znajomi z grupy facebookowej dotyczącej choroby mają podobne doświadczenia. Do chwili diagnozy (czyli w skrajnych przypadkach nawet po kilkunastu latach) słyszeli od lekarzy: „niemożliwe, żeby tak bolało, jest pani za młoda na taki ból”. Albo że są w stresie i przez to spięci lub że to kwestia wrażliwości na pogodę i taka ich uroda. Ktoś został oskarżony, że naciąga system na leki przeciwbólowe. Kilkoro odesłano do psychologa lub psychiatry. Ktoś zwierzał się, że skierowanie do poradni leczenia bólu lekarz rodzinny dał mu bardzo niechętnie i z ociąganiem. Przez te dwa lata Monika zdąży się zorientować, jak słaby jest system leczenia bólu w Polsce. Pacjenci przechodzą przez piekło. 

– Czasem mam wrażenie, że chorzy na nowotwory wygrali już tę batalię – mówi. – Ich ból jest czymś oczywistym. Nasz nie.

 


„ich”, czyli ludzi,którzy cierpią na ból przewlekły: kręgosłupa, stawów, neuropatyczny bądź migrenowy. W przeciwieństwie do ostrego – który pojawia się po urazach albo w przypadku stanów zapalnych i ma nas …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Reportaż ukazał się w ósmym numerze miesięcznika "Pismo. Magazyn opinii" (8/2018) pod tytułem "Słoń na barkach".   Więcej na ten temat możesz posłuchać we wtorek 7 sierpnia od godz. 14:00 na antenie www.chillizet.pl

FreshMail.pl