Mądre miasta

Detroit. Miasto wymyślone na nowo

To nie nowoczesne technologie, ale obywatele stoją u podstaw rewolucji ekologicznej. Zrównoważony rozwój miasta może być napędzany desperacją, ubóstwem i brakiem dostępu do jedzenia.
rysunki Rafał Piekarski

Jadę na rowerze przez puste pięciopasmowe ulice upadłego miasta. Trudno odgadnąć, gdzie są chodniki, bo trawa porosła je do wysokości pasa. Kręcę kółka, jadę pod prąd, bo sygnalizacja świetlna nie działa. Marzenie rowerzysty anarchisty. 

Przepisy w tym mieście już dawno przeszły do historii. Służby publiczne przestały sprawnie funkcjonować, a na przyjazd policji do odległych od centrum dzielnic trzeba czekać około godziny od zgłoszenia. Do Stanów poleciałam latem zeszłego roku, żeby napisać reportaż o zrównoważonym rozwoju miast. Już po paru dniach przeczesywania na rowerze tych opuszczonych dzielnic wiedziałam, że moim bohaterem będzie Detroit. Wyzute z technologii, ale bogate w wolę przetrwania mieszkańców. 

>>> Przeczytaj też tekst Julii Lachowicz o poszukiwaniu dzikiej przyrody w Dolinie Krzemowej. <<<

Zatrzymuję się w mieszkaniu Jonathana, urodzonego tu przed czterdziestu laty brodatego inżyniera. Niedawno za tysiąc dolarów kupił stuletni dom – tak niską wartość mają nieruchomości w wielu dzielnicach. Niecałe cztery tysiące złotych za trzypiętrowy budynek z drewnianym barem w piwnicy. Ile opowieści wylało się wraz z trunkami na te podłogi, ile historii minionych dekad wgryzło się w ściany? 

 


przyjeżdżam tu w środku tygodnia,o godzinie 7:00. Głowę mam pełną niechlubnych opowieści, które słyszałam w mediach i od spotkanych po drodze Amerykanów. Jestem trochę przestraszona, niepewna tego, co mnie czeka. Idę do pierwszego z brzegudineru, żeby kontemplować otoczenie przy słodkim naleśniku. – Media zrobiły temu miejscu czarny PR – mówi moja pierwsza rozmówczyni, młoda pracownica knajpy. – Dziennikarze przyjeżdżają tu tylko po to, żeby popatrzeć na biedę i zrobić zdjęcia ruinom. My jesteśmy dumnymi ludźmi i staramy się prowadzić normalne życie. O tym napisz!

– Jakoś musimy żyć – tak zaczyna rozmowę młody i pełen entuzjazmu chłopak o imieniu Brendon, którego spotykam parę godzin później. Brendon pracuje w ogrodzie miejskim o nazwie Earthworks, którego pracownicy hodują niedrogą żywność, zaopatrując w nią także stołówkę dla bezdomnych. – Mieszkańcy Detroit mają już dosyć łatki ofiar losu. Przeszliśmy trudne lata kryzysu, a teraz staramy się odbudować nasze życie.

Jego marzeniem jest własny ogród przy domu zasilanym energią odnawialną. Podobnie jak większość mieszkańców Brendon nie chce już polegać na władzy. – Proszę, pokaż w swoim artykule dobre zdjęcia Detroit, nie przedstawiaj tych rozpadających się domów – dodaje na koniec naszej rozmowy. 

Arthur macha do mnie serdecznie z drugiej strony chodnika. Staruszek z siwą brodą i diabelskim uśmiechem wygrzewa się na słońcu przed swoim sklepem. – Wyjechałem z miasta w latach 90., nie dało się już tu żyć. Brak pracy i tylko w mordę można było dostać – opowiada z powagą. – To było wtedy straszne miejsce, zrujnowane i spalone. Nie spodobałoby ci się. 

Arthur wrócił do Detroit po ogłoszeniu przez miasto bankructwa, dostrzegł tu szansę na ponowny rozwój. Teraz zbiera stary bruk z rozpadających się budynków i przerabia go na …

Chcesz przeczytać do końca? Wykup dostęp online

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Wykup dostęp online

Podróż ukazała się w styczniowym numerze miesięcznika "Pismo. Magazyn opinii" (01/2020) pod tytułem Miasto wymyślone na nowo.

FreshMail.pl