Wyprawa po nadzieję

Napór wolnej rzeki

Jakob Fälling na brzegu głównego, zrenaturyzowanego koryta rzeki Skjern planuje kolejny szkic. Zdjęcia Filip Springer.
Po największym w historii kraju projekcie regulacji rzeki Duńczycy niemal od razu przystąpili do jej renaturyzacji. Mimo że ceną było przekreślenie niemałej części własnej historii i tożsamości.

Sara chałupa Provstgaardów już nie stoi na wyspie. Teren dookoła jest płaski i suchy. Wybudowali ją w 1922 roku, gdy rządziły tu rybitwy. Polowali na wydry, łowili ryby, a to, co rzeka dała im w nadmiarze, transportowali łodzią do Tarm i wymieniali na jedzenie, naftę albo gwoździe. Bywało jednak, że nie potrzebowali niczego i nie ruszali się z wyspy przez kilka tygodni. Czasem budowali łodzie dla innych mieszkańców rzeki. Patrzę na tę chatę, stojącą na granicy tego, co już utracone, i tego, co udało się odzyskać, i próbuję sobie to wszystko wyobrazić. Niels i Søren Kristian – dwóch mrukliwych braci i ten podmokły bezmiar. Byli tu wtedy właściwie odcięci od świata. Z jednej strony wyspę opływał kanał, z drugiej – rozlewiska rzeki. Na zachodzie mieli mokradła aż po sam skraj Ringkøbing Fjordu, którego drugi brzeg niknął zwykle we mgle albo blasku słońca. Na wschód nie mieli co patrzeć, bo aż do miasta Skjern, a nawet dalej, do Borris, ciągnęła się plątanina rozlewisk, kanałów i ich odnóg. Jedynym pewnym punktem w pejzażu była wieża w Lønborgu, która do dziś połyskuje bielą pod ciężkim od upału niebem.

Przyjechaliśmy tu, Jakob i ja, bo chcieliśmy zobaczyć miejsce, w którym Duńczycy uderzyli się w pierś i oddali rzekę naturze. Przy okazji musieli też przekreślić spory kawał własnej historii i tożsamości.

Ale przyjechaliśmy tu także po nadzieję. Chcieliśmy zobaczyć, że jeszcze nie wszystko stracone, że jeśli zrobić krok w tył, wiele można ocalić. Taka właśnie ma byćWyprawa po nadzieję, druga odsłona cykluZmiana klimatu już tu jest[pierwsza ukazała się w „Piśmie” w numerach 8–12/2019 – przyp. red.]. W ubiegłym roku podróżowałem po Polsce, przyglądając się miejscom, w których na własnej skórze można poczuć nadchodzącą katastrofę klimatyczną. Odwiedziłem podgryzane przez Bałtyk wybrzeże i szukałem w Warszawie wyspy ciepła, od której już dziś umierają ludzie. Sprawdzałem też, jak szybko wysychają torfowiska nad Biebrzą. Chwilę później te torfowiska płonęły, a cała Polska przyglądała im się z troską. W tym samym czasie na pobliskim bagnie Wizna kopano rowy …

Chcesz przeczytać do końca? Wykup dostęp online

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Wykup dostęp online

FreshMail.pl