Esej

Dochód gwarantowany

  • autor
  • Jędrzej Malko
W końcu mogę się skupić na pisaniu i szukaniu pracy. Dochód podstawowy daje mi wolność i czyni społeczeństwo równiejszym – mówi Tuomas Muraja, pisarz, któremu w ramach eksperymentu państwo fińskie płaci pensję w wysokości 560 euro. Ponad dwa tysiące złotych miesięcznie zupełnie za nic.
rysunekTymek Jezierski

Na froncie walki o lepsze jutro nie widać zbyt wielu powodów do optymizmu. Wyglądając przez okno, można odnieść wrażenie, że niespełna trzy dekady po plajcie socjalizmu na naszych oczach rozsypuje się kolejny wielki projekt polityczny. Demokracja liberalna, która w sojuszu z wolnym rynkiem miała przynieść światu swobody obywatelskie i powszechny dobrobyt, chwieje się pod kolejnymi uderzeniami prawicowego populizmu. Coraz częściej słyszy się, że czas obniżyć wymagania wobec polityki. Jej nadrzędnym celem powinno być nie tyle urządzanie państwa tak, by wszystkim było w nim lepiej, co raczej utrzymanie status quo w obliczu brunatnego, autorytarnego zagrożenia. Słabnie wiara w utopijne projekty − czy to socjalistyczne, czy liberalne – zarówno te wielkie, jak i całkiem małe. Rozwiązania przez dekady stosowane przez europejskie państwa opiekuńcze krytykowane są dziś jako „nieskuteczne”, „zbyt drogie”, „nadmiernie zbiurokratyzowane”, „upokarzające odbiorców” lub „budujące w nich zależność od dawców”. Nietrudno odnieść wrażenie, że na świecie brakuje możliwych do zrealizowania pomysłów na to, jak poprawić los tych, których kapitalizm wyrzuca na margines.

Jak tłumaczył, podczas jednego z wykładów w 2012 roku, Zygmunt Bauman, kapitał został wyrwany spod demokratycznej kurateli. Z roku na rok ponadnarodowe korporacje coraz skuteczniej lokują swoje zyski w rajach podatkowych i odcinają od nich władze publiczne. Pod presją zmian demograficznych i kurczących się przychodów budżetowych politycy państw rozwiniętych likwidują lub prywatyzują kolejne instytucje państwa dobrobytu. Natomiast przywódcy globalnego Południa raz za razem deklarują, że potrzebują nie tyle pomocy rozwojowej, ile sprawiedliwego handlu międzynarodowego, w którym bogata Północ przestałaby w końcu dotować swoich producentów. A skoro nie zanosi się dziś ani na przywrócenie równowagi między demokracją a biznesem, ani na rewolucję w stosunkach międzynarodowych, zostają rozwiązania w skali mikro, czyli indywidualne. Tu jednak również nie jest lepiej. Krytycy tego wariantu twierdzą, że wiele akcji charytatywnych w pierwszej kolejności poprawia humor darczyńcom, a dopiero w drugiej zaspokaja potrzeby obdarowywanych. Wobec powyższego nietrudno byłoby uznać, że nie ma dziś żadnej nadziei na sensowną walkę z biedą.

Skoro tak wiele problemów na świecie w taki czy inny sposób sprowadza się do braku pieniędzy, należy je rozwiązać, dając ludziom pieniądze.

Czy jednak na pewno? Z roku na rok rośnie grupa ludzi pochodzących z różnych stron świata i różnych stron politycznej barykady, która uważa, że ma skuteczną receptę nie tylko na skrajną biedę, ale i na wiele innych problemów społecznych i gospodarczych. Pod różnymi wariantami tej recepty podpisali się ludzie tak w innych sprawach niejednomyślni, jak radykalnie wolnorynkowy ekonomista Milton Friedman, kandydat socjalistów na prezydenta Francji Benoît Hamon, miliarder Mark Zuckerberg czy marksistowski filozof Antonio Negri. A brzmi ona rzeczywiście prosto. Skoro tak wiele problemów na świecie w taki czy inny sposób sprowadza się do braku pieniędzy, należy je rozwiązać, dając ludziom pieniądze. Albo, by użyć fachowego terminu: wprowadzając bezwarunkowy dochód podstawowy (BDP).

 


Choć Indie dysponują dziś jedną z najdynamiczniej rosnących gospodarek na świecie, nie wszyscy mieszkańcy mają szansę na udział w nowo powstającym dobrobycie. Podczas gdy w ciągu ostatniej dekady produkt krajowy Indii podwoił się, co piąty Indus żyje za mniej niż pół dolara dziennie. Jedną z organizacji walczących o prawa biedniejszych jest zrzeszająca ponad dwa miliony Indusek SEWA (Self-Employed Women’s Association, czyli, w wolnym tłumaczeniu, Związek Zawodowy Kobiet na Śmieciówkach). Od lat 70. SEWA walczy o interesy kobiet na wiele sposobów. Nie tylko lobbuje w parlamencie za ucywilizowaniem szarej strefy i oskładkowaniem umów śmieciowych, ale także prowadzi własny bank, oferujący nisko oprocentowane mikrokredyty. Działa również jako think tank, badając skuteczność różnych polityk publicznych.

W 2010 roku działaczki z SEWA rozpoczęły spektakularny eksperyment, finansując przez półtora roku dochód dla sześciu tysięcy kobiet, mężczyzn i dzieci z ośmiu wsi w regionie Madhja Pradeś, gdzie co trzeci człowiek żyje w ubóstwie. Dochód był bezwarunkowy, ponieważ otrzymywali go wszyscy mieszkańcy danej wsi, bez konieczności spełnienia dodatkowych wymogów. Wypłatę można było przejeść, przepić lub zainwestować, ale i tak po miesiącu przychodziła kolejna. Po osiemnastu miesiącach projekt został zamknięty, a jego rezultaty podsumowane. Dzięki porównaniu z podobnymi osadami, które nie zostały objęte programem, udało się wyodrębnić cztery efekty tego eksperymentu.

Po pierwsze, znacząco poprawiły się warunki sanitarne i stan zdrowia, zmniejszyło niedożywienie, poprawiła się frekwencja w szkołach i wyniki osiągane przez dzieci. Po drugie, zmniejszyły się nierówności społeczne. Dochód zmienił więcej w życiu kobiet niż mężczyzn, w większym stopniu skorzystali z niego ludzie z niepełnosprawnościami niż ci w pełni sprawni, osoby z kast podporządkowanych odczuły jego skutki bardziej niż te z kast uprzywilejowanych. Widoczne zmiany dotyczyły szczególnie dziewczynek, zarówno w zakresie większego niż u chłopców wzrostu frekwencji szkolnej, jak i zniwelowania pierwotnej różnicy w skali niedożywienia. Po trzecie, wbrew obawom sceptyków, ludzie otrzymujący dochód podstawowy pracowali więcej niż dotychczas. Z wyjątkiem dzieci, które pracowały mniej, ponieważ więcej czasu spędzały w szkole. Dla dorosłych dodatkowy dochód okazał się raczej impulsem do większej aktywności i przedsiębiorczości niż okazją do lenistwa. W końcu, po czwarte, okazało się, że dochód podstawowy miał efekt emancypacyjny, pomagając wielu osobom zyskać poczucie sprawczości i kontroli nad swoim życiem. Niektórzy wyrwali się ze spirali zadłużenia, inni zdołali wyzwolić się spod presji oczekiwań rodziny i konieczności pełnienia tradycyjnych ról społecznych. A wszystko to dzięki wypłacaniu ludziom kwoty czterech dolarów amerykańskich miesięcznie. Wszystkim. Bez warunków. Bez żmudnego wypełniania formularzy. Bez urzędników sprawdzających, czy nikt nie oszukuje systemu. Bez stygmatyzowania odbiorców.

 


W zeszłym roku firma adidas uruchomiła produkcję Futurecraftów, czyli nowej linii butów do biegania. Choć na pierwszy rzut oka nie różnią się one znacząco od innych butów produkowanych przez niemieckiego giganta, sprzedaż Futurecraftów jest dla branży zapowiedzią rewolucji. Są to bowiem pierwsze od trzech dekad buty tej firmy wyprodukowane w Niemczech. Dzisiaj znakomita większość obuwia jest wytwarzana w Azji Południowej, przede wszystkim w Chinach, gdzie co roku powstaje ponad dwanaście miliardów par butów – czyli po dwie pary na każdego dorosłego na Ziemi. Futurecrafty powstają natomiast w świeżo otwartej fabryce w Bawarii, gdzie prawie cała praca wykonywana jest przez roboty i drukarki 3D. Czas produkcji pary butów skraca się dzięki temu z dwóch miesięcy do jednego dnia, a każda para może być spersonalizowana. Dzięki nowej technice możliwe jest odebranie zrobionych na zamówienie butów nazajutrz po przesłaniu specyfikacji.

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Czytaj także

FreshMail.pl