Reportaż

Homeopatia. Wysokie stężenie absurdów

  • autor
  • Łukasz Lamża
rysunekEwelina Karpowiak
Jak to się stało, że na przeziębienie łykamy cukrowe granulki nasączone popłuczynami po francuskiej kaczce? Oto dramat w pięciu aktach. W roli głównej - homeopatia.

Prolog miał miejsce kilka lat temu, kiedy pediatra w publicznej przychodni przepisała mojemu dwuletniemu dziecku Oscillococcinum. Gdy zapytałem, co to właściwie jest, otrzymałem najpierw zapewnienie, że to „bezpieczny lek homeopatyczny pochodzenia naturalnego”, ale z każdym kolejnym pytaniem robiło się coraz dziwniej. Pięć minut później rozmowa zeszła już na temat „pamięci wody”, a ja usilnie grzebałem w swojej pamięci, wracając myślami do drugiego roku studiów z fizyki, kiedy to omawialiśmy kwantową strukturę materii. Nie tak miała wyglądać porada lekarska w sprawie zwykłej wirusówki…

Z przychodni wyszedłem bez recepty, za to z mocnym postanowieniem, żeby sprawdzić, czy to, co przed chwilą zaszło, było legalne, i jaka właściwie idea kryje się za homeopatią. Te dwa niewinne pytania rzuciły mnie w coś, co można opisać chyba tylko jak kolektywny sen Salvadora Dalego i Franza Kafki. Po prostu dramat.

 


akt I, w którym zaglądamy do fiolki oscillococcinum. Maj 2018 roku. Sala konferencyjna warszawskiej siedziby firmy Boiron – największego na świecie producenta leków homeopatycznych. Przedsiębiorstwo to jest bohaterem międzynarodowych kontrowersji oraz przedmiotem niezliczonych akcji medialnych i prawnych na całym świecie. Również w Polsce Boiron okazuje się być czymś więcej niż tylko skromnym producentem leków – choć początkowo umawiałem się na wywiad z dyrektorką ds. rejestracji leków w Boiron przez dział prasowy tej firmy, ostatecznie przy stole siada łącznie sześć osób, między innymi prezes Polskiego Towarzystwa Homeopatii Klinicznej. I wiceprezes też. To trochę tak, jakbym planował rozmowę z producentem truskawek, a w gratisie przy stole znalazłby się wiceminister zdrowia. Dosiada się też do nas sam prezes Boiron Polska. Dostaję więc po prostu całościowy „wywiad z homeopatią”. Świetnie!

Atmosfera jest początkowo swobodna, ale temperatura szybko rośnie, już choćby dlatego, że w ten upalny dzień klimatyzacja w pomieszczeniu nie działa. Rozmówcy podeszli do sprawy poważnie. Przed każdym leży stosik dokumentów i artykułów naukowych.

Biorę głęboki oddech i włączam dyktafon.

Pomówmy o Oscillococcinum – to chyba najbardziej rozpoznawalny lek produkowany przez Boiron. Co to właściwie jest?

Marta Gintowt-Dziewałtowska (dyrektor ds. rejestracji leków w Boiron Polska):No więc tak. Wszystkie nasze leki produkowane są we Francji, a większość produktów zwierzęcych pozyskiwana jest od lokalnych hodowców. W Oscillococcinum substancja czynna jest pozyskiwana z kaczki.

Czyli produktem wyjściowym jest francuska kaczka?

M.G.D.:Tak. Oscillo jest robione z wątroby i serca kaczki. Poprzez odpowiednie procedury doprowadza się je do postaci płynnej, a następnie przygotowywane są rozcieńczenia, jedną z kilku metod. Oscillo rozcieńcza się metodą Korsakowa, jest ona w pełni zautomatyzowana. Polega na tym, że z odpowiednio wypreparowanej substancji pobiera się jedną część, miesza z 99 częściami rozpuszczalnika, następnie poddaje się zautomatyzowanemu procesowi wytrząsania.

Jaki to rozpuszczalnik?

M.G.D.:W tym przypadku to będzie woda destylowana. W większości przypadków będzie to mieszanina wody i alkoholu.

I co dalej?

M.G.D.:Probówkę opróżnia się poprzez zasysanie. Podstawą rozcieńczenia jest to, co zostaje na ściankach po opróżnieniu naczynia. Zakłada się, że na ściankach zostaje jeden procent substancji wyjściowej…

Adam Szafiński (wiceprezes Polskiego Towarzystwa Homeopatii Klinicznej):Nie tyle zakłada, co waży.

M.G.D.:No tak, oczywiście, masz rację. Waży się, że na ściankach pozostał jeden procent. Następnie znowu wypełnia się naczynie dziewięćdziesięcioma dziewięcioma częściami rozpuszczalnika i ponownie poddaje procesowi wytrząsania. W ten sposób uzyskuje się kolejne rozcieńczenia, które określa się „1K”, „2K”, „3K”. W przypadku Oscillo jest to 200K.

I po każdym rozcieńczeniu fiolkę się wstrząsa. Dlaczego?

M.G.D.:Z punktu widzenia czysto produkcyjnego można powiedzieć, że w czasie wstrząsania dochodzi do dobrego wymieszania substancji z rozpuszczalnikiem. My robimy to 150 razy w ciągu 7 sekund. Po prostu gwarantuje to powtarzalność produkcji.

Czyli wstrząsanie można by zastąpić na przykład mieszaniem?

Magdalena Wojciechowska-Budzisz (prezeska Polskiego Towarzystwa Homeopatii Klinicznej):No właśnie nie. Lek wstrząsany w procesie produkcyjnym nabiera specjalnych właściwości leczniczych i dlatego wstrząsamy, a nie mieszamy.

Czyli bez wstrząsania nie powstanie lek homeopatyczny?

M.G.D.:Nie. To jest obowiązkowy etap produkcji.

Chodzi o coś więcej niż tylko wymieszanie substancji?

M.G.D.:Czysto mechanicznie, dochodzi do wstrząsania fiolki. Ale to, co dzieje się w tym czasie w środku, określamy jako dynamizację.

 


aby zrozumieć ideę homeopatii,warto wrócić do jej korzeni. Moi rozmówcy w dusznej warszawskiej sali konferencyjnej nie są zachwyceni, kiedy mówię o Samuelu Hahnemannie i o jego skórzanym siodle, ale, cóż, taka jest historia dyscypliny, którą reprezentują.

Samuel Hahnemann (1755–1843) był niemieckim lekarzem, ale też poliglotą, który przez lata dorabiał tłumaczeniem podręczników medycznych. PrzekładającA Treatise of the Materia Medicaszkockiego lekarza i chemika Williama Cullena, zainteresował się tezą tego autora, że wywar z kory chinowca jest skutecznym lekiem na malarię. Dziś wiemy, że chinowiec produkuje alkaloid chininę, który jest toksyczny dla wywołujących tę chorobę jednokomórkowców z gatunkuPlasmodium falciparum(zarodziec sierpowaty). Hahnemann nie mógł jednak znać mechanizmu działania kory chinowca. Zauważył natomiast, że stężony wywar z tej rośliny wywołuje u niego objawy przypominające malarię: ból głowy, gorączkę, dreszcze, wymioty. Stąd podstawowe założenie homeopatii:similia similibus curantur, czyli „podobne leczy podobne”, ale – uwaga! – tylko w odpowiednio niskim stężeniu.

Homeopatia to propozycja, że istnieje druga strefa efektywności leków, daleko poniżej poziomu dawki skutecznej – są to tzw. stężenia ultraniskie.

Sama idea nie pochodzi od Hahnemanna. Dwieście lat wcześniej opisał ją Paracelsus (1493–1541), jeden z najsłynniejszych alchemików europejskich, ale też ojciec założyciel farmakologii. Paracelsus, jak każdy dobry alchemik, był mistrzem zagęszczania i rozcieńczania, a jego analityczny umysł doprowadził go do wciąż aktualnej złotej zasady farmakologiisola dosis facit venenum: „to dawka sprawia, że coś jest trucizną”.

Wedle współczesnej wiedzy medycznej jedna i ta sama substancja biologicznie aktywna wykazuje różne działanie w zależności od dawki. Idąc „od góry”, czyli od największych dawek, rozpoczynamy od regionu działań niepożądanych, czasem śmiertelnie niebezpiecznych. Ot, swojska aspiryna. Jeśli przekroczy się dawkę około trzystu miligramów na kilogram masy ciała, co dla siedemdziesięciokilogramowego autora tego tekstu oznacza dwadzieścia jeden gramów, czyli czterdzieści dwie standardowe pastylki aspiryny Bayera, można się spodziewać mdłości, bólu głowy, tachykardii (przyśpieszonej akcji serca), halucynacji, napadu padaczkowego, a nawet zatrzymania akcji serca i śmierci. Farmakologicznie pożądana jest tzw. dawka efektywna. To wtedy stężenie cząsteczek leku w ciele pacjenta osiąga idealną z medycznego punktu widzenia wartość. Przy dalszym zmniejszaniu dawki efekt zanika. Tak w każdym razie mówi standardowa medycyna oparta na nauce, nazywana czasem – w kontekście homeopatii – „allopatią”.

Homeopatia to propozycja, że istnieje druga strefa efektywności leków, daleko poniżej poziomu dawki skutecznej – są to tzw. stężenia ultraniskie. Można by oczywiście zapytać, dlaczego tabletka aspiryny, która na pewno wypadła kiedyś komuś za burtę w trakcie rejsu przez Atlantyk, nie leczy teraz miliardów ludzi? Cóż, kluczowym etapem powstawania preparatu homeopatycznego jest wstrząsanie. Hahnemann miał rzekomo zauważyć, że leki, które woził przytroczone do siodła, wykazują większą skuteczność terapeutyczną. Później zlecił wykonanie specjalnego, obitego skórą siodła, o które uderzał preparaty homeopatyczne. Eksperymentował też z „obitą skórą książką”, skąd powszechnie powtarzana plotka, jakoby homeopaci uderzali kolejnymi rozcieńczeniami o Biblię. Nieprawda. Dziś wytrząsarki są automatyczne i wyglądają jak najzwyklejszy w świecie sprzęt laboratoryjny – oprócz oczywiście faktu, że zawartość fiolki jest po każdym wytrząsaniu wylewana.

Jest jednak jeszcze drugi powód – mówią homeopaci – dla którego aspiryna wrzucona do Atlantyku nie leczy każdego, kto zachłyśnie się wodą podczas wakacji na Florydzie. Substancja rozcieńczona w stopniu homeopatycznym działa „na odwrót”. To nie jest tak, że zwykły lek przeciwgorączkowy obniża gorączkę „dwa razy”: raz w zwykłej, medycznie akceptowanej dawce efektywnej, a potem „drugi raz”, w dawce ultraniskiej. Homeopatycznym lekiem przeciwgorączkowym byłoby raczej coś, co w dawce efektywnej wywołuje gorączkę. Stąd, przykładowo, sprzedawany w Polsce produkt homeopatyczny Neurexan (produkcji Heel Polska), wskazany do stosowania „w zaburzeniach snu i stanach wzmożonego napięcia nerwowego”, zawiera jako jeden ze swoich głównych składników silnie rozcieńczoną kawę. Rozumowanie jest proste: ponieważ kawa pobudza, to w dawce homeopatycznej uspokaja. Jest to tak szokująca teoria, że szczególnie mi zależało, aby potwierdzili ją moi rozmówcy.

akt II, w którym zadaję narzucające się od początku pytanie: dlaczego kaczka?

Paweł Wójcik (prezes Boiron Polska):Początki Oscillococcinum sięgają epidemii grypy hiszpanki z 1919 roku. Lekarz wojskowy Joseph Roy zauważył, że ten konkretny ptak, migrując, nie zapada na grypę. Trudno powiedzieć, czy to był przypadek, czy ta obserwacja miała go doprowadzić do takiego wniosku, ale zdarzyło się, że faktycznie ptaki, które obserwował, nie zapadały, i to dało odpowiedź na to, czego szukał.

Ale nazwa odnosi się do „Oscillococcus”, czyli bakterii, które odkrywca rzekomo zaobserwował…

P.W.:To, co mógł wtedy odkrywca zaobserwować, nazwał w sposób subiektywny. Jak się okazało później, nośnikiem grypy nie jest bakteria, lecz wirus, a oscillocoque Roya był prawdopodobnie zwykłą dwoinką. Ale nazwa została.

Oscillococcus zajmuje dziś bezpieczne miejsce w archiwum kryptobiologii, obok potwora z Loch Ness i Wielkiej Stopy.

Tu, w didaskaliach, należy się czytelnikom małe wyjaśnienie. Preparat homeopatyczny z wątroby i serca kaczki wymyślił francuski lekarz Joseph Roy (1891–1978). W 1925 roku w książceTowards Knowledge and the Cure of Cancer(Ku poznaniu i wyleczeniu raka) stwierdził, że w czasie epidemii hiszpanki w 1917 roku we krwi chorych na grypę i parę innych chorób wirusowych – oraz osób z chorobą nowotworową – zauważył wibrującą, oscylującą bakterię, którą nazwał oscillocoque. Po długich poszukiwaniach znalazł ją również w wątrobie kaczki pekińskiej. Nikt po Royu nigdy nie zaobserwował jego …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Więcej na ten temat możesz posłuchać we wtorek 11 września o godz. 8:00 na antenie www.chillizet.pl.

FreshMail.pl