Twój dostęp nie jest aktywny. Skorzystaj z oferty i zapewnij sobie dostęp do wszystkich treści.


Czytaj i słuchaj bez ograniczeń. Zaloguj się lub skorzystaj z naszej oferty

Esej

Architektura wobec kryzysu klimatycznego

Dopóki jako architekci będziemy czuć się sprzedawcami, a nie przedstawicielami społecznie odpowiedzialnego zawodu, nie mamy szans na poważnie włączyć się w rozwiązywanie kryzysu klimatycznego. O architekturze wobec kryzysu klimatycznego i pułapkach, w jakie wpadają architekci, pisze Łukasz Wojciechowski, również architekt i wykładowca.
ilustracja Leo Manjarrez / Unsplash

W czerwcu 2019 roku ponad czterystu trzydziestu brytyjskich architektów podpisało się pod deklaracją o zagrożeniu klimatu i bioróżnorodności. W dokumencie tym ogólnikowe postulaty ograniczenia odpadów, szkodliwych materiałów lub wyburzeń budynków nadających się do adaptacji idą w parze z misją edukacyjną i lansowaniem metody marchewki na kiju w formie nowo tworzonych nagród środowiskowych. Mamy tu do czynienia albo z naiwnością, albo – co bardziej prawdopodobne – z cynizmem.

Architektura nieużyteczna

Oto wśród sygnatariuszy znalazła się pracownia Zaha Hadid Architects, słynąca z architektonicznych bibelotów – błyszczących i pozaokrąglanych budynków stawianych na całym świecie w imię fiksacji na temat ruchu, którą za życia przejawiała słynna założycielka pracowni.

Dobrym przykładem tej obsesji jest zaprojektowany przez ZHA apartamentowiec wzniesiony niedawno w Nowym Jorku, luksusowa szkatułka z bogaczami w środku. Można ich sobie pooglądać jak zwierzęta w zoo z pobliskiego, pełnego gapiów parku The High Line, utworzonego na nieużywanej estakadzie kolejowej – podwyższenie daje lepszą perspektywę i dokładniejszy ogląd sprawy.

Dostęp online
Czytaj i słuchaj bez ograniczeń. Skorzystaj z oferty

Budynek pasuje tu jak pięść do nosa, i nie chodzi o kontrast z elewacjami brownstownów dzielnicy Chelsea. Projekt ZHA to ostre jak brzytwa, połyskujące w słońcu (upały zaczynają się już wiosną) narzędzie gentryfikacji. Ten badziew, podobnie jak wznoszone obok pokręcone wieże mieszkalne autorstwa Bjarkego Ingelsa, nigdy nie wywiąże się z lapidarnych postanowień zapisanych we wspomnianej deklaracji.

Nawet jeśli gwiazdorskie realizacje nie zużyją ani litra wody do mycia ogromnych przeszkleń, ani odrobiny prądu do ochładzania przegrzanych pomieszczeń, nawet jeśli zamkną obieg gówna w całym budynku, żaden z problemów, z którymi chcą się mierzyć architekci podpisani pod deklaracją, nie zostanie rozwiązany.

Zróbmy tak, żeby było eko

Na stronie internetowej innego architekta z listy wspaniałomyślnych wyspiarzy znajdujemy londyński budynek Crystal, szczycący się najwyższymi stopniami certyfikatów BREEAM i LEED, których pożąda dziś każdy szanujący się korpoinwestor. Budynek Siemensa – w 2008 roku firma musiała zapłacić 1,6 miliarda zielonych kary w wyniku oskarżeń o korupcję – to kolejna formalna zabawka nafaszerowana bajecznym osprzętem, żeby było eko.

Rzucam okiem na Google Maps, bo nie zamierzam na własne oczy oglądać siedziby niemieckiego koncernu, gdy będę w Londynie. Wschodnia elewacja biurowca, ta z głównym wejściem, sąsiaduje z wodą doków i patelnią bezdrzewnego, częściowo porośniętego trawą placu o powierzchni około czterech kilometrów kwadratowych. Na tyłach Crystala widać plac manewrowy wypełniony białymi dostawczakami, rachityczne drzewka, budki techniczne i osiem pasów drogi A1011. Dalej betoniarnia, tory kolejowe i magazyny.

David Thomas na stronie Earth Times pisze, że budynek nie wygląda w rzeczywistości tak ładnie jak na zdjęciach. To oczywisty fakt, z którym każdy adept architektury musi szybko się pogodzić. Mimo pięknych słów o przekształcaniu terenów poprzemysłowych, obiecanek, że budynek będzie przypominał pawilon w parku, mamy do czynienia ze zwykłym nabijaniem kabzy, pod chwytliwymi hasłami ekologii i zrównoważonego rozwoju.

Może rozwiązania techniczne nie są bez znaczenia, ale moim zdaniem Crystal to kolejna buda o wydumanej formie stojąca pośrodku niczego jak na tacy, bardziej symbol korporacji niż otwarty budynek publiczny, zmieniający coś w świadomości zwykłych ludzi. Siemens może przyjmować tu kontrahentów, żeby sprzedawać im swoje gadżety, ale na pewno nie ma ambicji, by cokolwiek zmienić w architekturze.

Takich zapędów nie przejawiają także architekci, którzy po sąsiedzku zaprojektowali stację kolejki linowej, sponsorowanej przez linie lotnicze Emirates, a wymyślonej przez Borisa Johnsona – konserwatywnego populistę, gorącego zwolennika brexitu, burmistrza Londynu w latach 2002–2016, a dziś popadającego w coraz większą niesławę premiera Wielkiej Brytanii.

Biorę liczby z „Guardiana”: gównoinwestycja za sześćdziesiąt milionów funtów brytyjskich kosztuje podatników pięćdziesiąt tysięcy funtów tygodniowo, a wozi niewielu pasażerów nad magazynami, burymi wodami Tamizy i parkingiem dla kolejnego przeinwestowanego potwora, zwanego kiedyś Millenium Dome. Architekci nadal tworzą betonowe krajobrazy rodem z powieści J.G. Ballarda z lat 60. XX wieku, co nie przeszkadza im podpisać się bez żenady pod popularną petycją.

Hasztag na uspokojenie sumienia

Pod koniec września 2019 roku na Facebooku pojawiła się inicjatywa #architekcidlaklimatu, stworzona przez Koło Architektury Zrównoważonej przy Oddziale Warszawskim SARP. Postulaty przedstawione na dwóch stronach maszynopisu brzmią fajnie: zrównoważone i proklimatyczne praktyki, propagowanie konieczności ułatwień finansowych dla wdrażania działań opartych na trosce o dobro klimatu, projektowanie budynków o niskim zapotrzebowaniu na energię, możliwość recyklingu nowych realizacji, wskazywanie dobrych praktyk przez opiniotwórcze grona itd. Hasła tak samo słuszne, jak naiwne.

Ilustracje w tekście: materiały prasowe

Architekci podpisani pod akcją mają w portfolio na przykład wolnostojące domy jednorodzinne, które zaprzeczają istotnym założeniom działań proklimatycznych. Żaden architekt nie zrezygnuje z projektowania willi (nie mówiąc o ekstensywnej urbanizacji) na rzecz klimatu. Uciszy sumienie zachowaniem drzewa, kolektorami słonecznymi, instalacjami sanitarnymi zapewniającymi retencję wody albo rekuperację, a pod domem i tak będą parkowały dwa samochody (załóżmy nawet, że hybrydy), bo trzeba odwieźć dzieci pod szkołę, a potem pojechać do pracy. Zajmuje się miejsce w centrum, stoi w korkach i oburza się na nowe buspasy…

Trawnik wokół domu będzie wykoszony, płyta parkingu pod supermarketem nagrzeje się w lipcu do czterdziestu stopni, ale na wszelki wypadek dam lajka Grecie, bo akurat zamawiam jakieś plastikowe badziewie, które kurier podrzuci mi pod drzwi rozklekotanym dieslem, a kilka ciężarówek tygodniowo będzie wywozić niepotrzebne już bibeloty i śmieci…

Hipokryzja architektów oklejających się hasztagiem na fejsie wynika z bezsilności i chęci bycia fajno-zatroskanym. Trudno też przyznać się do niemocy naszej profesji – chcemy odpowiadać na palące problemy planety, ale przeforsowanie choćby ponadnormatywnych rozwiązań przestrzennych (zapewniających na przykład przewietrzanie małych mieszkań) wykracza poza nasze możliwości.

Rolę zabudowy mieszkaniowej w zrównoważonym środowisku podkreśla choćby Anne Lacaton – jedna z najbardziej wiarygodnych architektek XXI wieku: „Dla nas ludzie są kluczowi. Bez nich nie ma zrównoważonej architektury. Niestety, w wytycznych kwestia jakości zamieszkania często jest pomijana”.

Wystarczy spojrzeć na typowe osiedla deweloperskie. Tu niemal każdy metr kwadratowy zajmują parkingi kryte zielonymi dachami, a grunt rodzimy (gdzie mają szansę wyrosnąć drzewa) to często niedostępny luksus.

Na fejsbukowym profilu najważniejszego polskiego pisma branżowego zamieszczono niedawno post na temat osiedla mieszkaniowego; zielony skwerek nazwano w tym wpisie wartością dodaną, co obnaża nie tylko stan aktualnej myśli deweloperskiej, ale też poziom przygotowania redaktorów.

Hipokryzja architektów oklejających się hasztagiem na fejsie wynika z bezsilności i chęci bycia fajno-zatroskanym. Trudno też przyznać się do niemocy naszej profesji – chcemy odpowiadać na palące problemy planety, ale przeforsowanie ponadnormatywnych rozwiązań przestrzennych wykracza poza nasze możliwości.

Jako architekci nie mamy ani narzędzi, ani siły potrzebnej do zmiany tej sytuacji. Usługowa natura naszego zawodu – na pierwszym miejscu stawiająca wymagania pazernych inwestorów czy publicystów żądnych pięknych obrazków – nie sprzyja walce o ideały. Segregację odpadów w pracowni, oszczędzanie papieru, wody itp. da się wprowadzić niezależnie od zawodu. Etyczne zachowania wobec natury, na przykład projektowanie dziupli dla ptaków (robią to Ultra Architekci z Poznania czy Menthol Architekci z Wrocławia), są niezwykle pozytywne i potrzebne, ale dotyczą bardziej sfery wzornictwa niż architektury, chociaż granica między tymi dziedzinami jest płynna. Dodajmy, że wiele rozwiązań nazywanych marketingowo-ekologicznymi (jak zielone dachy zastępujące grunt rodzimy, wspomniane realizacje w Londynie) to greenwashing, zielona ściema.

Auta elektryczne nie uratują świata

Pod hasłem ekologii pojawiają się też nie do końca sprawdzone pomysły. Weźmy zastosowanie w domach koncepcji vehicle-to-grid (V2G) – technologii wspomagania sieci elektrycznej przez akumulatory, jeszcze w fazie badań. Może mieć duży sens w gospodarowaniu energią w przypadku rozbudowanej infrastruktury, którą wspomaga wiele jednostek (na przykład baterie śmieciarek miejskich ładowane w trakcie postoju pojazdów), lub przynieść wymierne korzyści w gospodarstwie domowym dodatkowo zasilanym energią z odnawialnych źródeł, jednak wątpliwości budzi ciągłe ładowanie i rozładowywanie akumulatora, bo to skraca jego życie, oraz związane z tym procesem straty energii i wysokie koszty.

Media podają, że sceptycznie do technologii podchodzi JB Straubel, do niedawna dyrektor techniczny Tesli, a jej wdrożenie na dużą skalę wymaga skomplikowanych i kosztownych rozwiązań technicznych.

Samochody elektryczne – wbrew powtarzanym opiniom sceptyków – też bywają przyjmowane z bezkrytycznym entuzjazmem. Jak podkreśla fizyk jądrowy Marcin Popkiewicz, należy dążyć przede wszystkim do zmniejszenia liczby i rozmiarów pojazdów oraz łączenia ich tras z komunikacją publiczną, a niekoniecznie do bezkompromisowego zastępowania spaliniaków autami elektrycznymi.

Producentom samochodów oddalenie domów od centrum, szkoły i miejsc pracy oczywiście nie przeszkadza, a wręcz leży w ich interesie – w końcu fundamentem urban sprawl (rozlewania się miasta) są auta. Dlatego sponsorują projekty aut elektrycznych czy rozwiązania typu vehicle-to-grid.

Wiecznie głodny domek pod miastem

Pod względem energetycznym znacznie efektywniejsze od podmiejskich domów są mieszkania w budynkach wielorodzinnych usytuowanych w pobliżu sieci transportu zbiorowego. Łatwiej w tego typu obiektach zarządzać mediami, a mniejsze powierzchnie mieszkań są bardziej wydajne energetycznie. Według badań amerykańskiej Agencji Ochrony Środowiska dom jednorodzinny zużywa ponad dwa razy więcej energii niż mieszkanie.

Usługowa natura naszego zawodu – na pierwszym miejscu stawiająca wymagania pazernych inwestorów czy publicystów żądnych pięknych obrazków – nie sprzyja walce o ideały.

Auto zawsze będzie mniej ekologiczne niż rower. Rozmiar ma znaczenie – także w architekturze. Problem dotyczy nie tylko domów jednorodzinnych. Nie chcemy szkodzić klimatowi, ale nadal lubimy zajmować duże, wygodne przestrzenie, obsługiwane przez rozrastającą się infrastrukturę. Rozwiązania techniczne mogą w dużej mierze zmniejszyć zużycie wody i energii, a wykorzystanie certyfikowanych zielonych materiałów budowlanych – zmniejszyć szkodliwe oddziaływanie architektury (o ile rzeczywiście te materiały są ekologiczne; tu też często mamy do czynienia z nadużyciami ze strony producentów). Głównym problemem wydaje się jednak przyzwyczajenie do nadmiernego komfortu w budynkach.

Samochód – rower; budynek – ?

Tradycyjnie rozumiane budynki są bezwładnymi, wiecznie głodnymi ogrami. Pomieszczenia zaprojektowane według sztywnych programów funkcjonalnych stoją puste, oczekując na użytkowników.

Do największych bezproduktywnych leni należą na przykład foyer sal koncertowych i teatralnych, tak chętnie projektowane jako reprezentacyjne tło dla spragnionych wyższej kultury koneserów. Ale jakie foty do gazetek! Jaki splendor! Ostatnio powiedziałem na wykładzie, że takie budy projektuje się łatwo w porównaniu do porządnej mieszkaniówki. Politycy i historycy zareagowali oburzeniem… Kultura chyba jednak wymaga czegoś więcej niż powtarzania dziewiętnastowiecznych schematów we współczesnej architekturze.

Auto zawsze będzie mniej ekologiczne niż rower. Rozmiar ma znaczenie – także w architekturze. Problem dotyczy nie tylko domów jednorodzinnych. Nie chcemy szkodzić klimatowi, ale nadal lubimy zajmować duże, wygodne przestrzenie, obsługiwane przez rozrastającą się infrastrukturę.

Warto zauważyć, że hole w kinach pod tym względem wyewoluowały, zaczęły wypełniać się nie tylko funkcjami komercyjnymi, ale i społecznymi. Wielopoziomowy hol kina Nowe Horyzonty we Wrocławiu stał się miejscem spotkań niezależnie od filmowego repertuaru. Doszło do tego dzięki dodatkowym funkcjom tej przestrzeni (działają tu bistro, księgarnia, sklep z grami planszowymi), mobilnym meblom, a przede wszystkim licznym wydarzeniom organizowanym przez zarządcę budynku (wystawy, warsztaty, festiwale, dyskusje).

Poszerzenie podstawowego programu, wciągnięcie przestrzeni publicznej do wnętrza (przez kilka wejść), owszem, ułatwiła lokalizacja, ale ogromną rolę odegrała dobra organizacja. Obiekt z zewnątrz to formalny karakan, ale to nie ma znaczenia, jeśli w środku można się załapać na fajną rozmowę, książkę i kawę. Brzuch budynku wypełniają więc nie tylko kinomani oczekujący na seans. Jeśli pobliski gmach Narodowego Forum Muzyki porównać do zapakowanego na placu pustego SUV-a, to centrum Nowe Horyzonty jest wesołym vanem.

Podobnie działa hol teatru Barbican Centre w Londynie. Oprócz przestrzeni wystawienniczej mieści – co ciekawe – także darmową strefę coworkingu. Przykłady można mnożyć. Istotę wykorzystania istniejących struktur i ich adaptacji do nowych potrzeb podkreśla też Anne Lacaton: „Nigdy nie burzyć. Mały budżet to wyzwanie, nie ograniczenie”.

Organizacja przestrzeni ma znaczenie w kontekście klimatu, ponieważ pokazuje, jak przestrzeń można wielowątkowo zagospodarować, niejako przeprowadzając jej recykling, wykorzystując to samo ogrzane, oświetlone, wentylowane pomieszczenie na różne sposoby i pod kątem różnych funkcji. Wydaje się, że takie działania są zaczynem organizacji, która może poprawić działanie budynków, ożywić je, a jednocześnie zmniejszyć ich ślad energetyczny i przestrzenny.

W 2011 roku w jednym z barcelońskich squatów odbywały się cykliczne imprezy dla okolicznych mieszkańców. Do poprzemysłowej hali zajętej przez ekipę w dredach zapraszano jednorazowo kilkaset osób, które przygotowywały jedzenie i występy. Wystarczyły jedna toaleta i zwykły blat kuchenny. Ludzie przynosili swoje potrawy i naczynia. Świetnie się bawili, a toaleta była czysta. Teraz porównajmy to miejsce z programem nowego budynku z wielofunkcyjną salą mieszczącą, dajmy na to, czterysta osób. Na tym właśnie polega różnica między samochodem a rowerem w odniesieniu do architektury.

Organizacja przestrzeni ma znaczenie w kontekście klimatu, ponieważ pokazuje, jak przestrzeń można wielowątkowo zagospodarować, niejako przeprowadzając jej recykling, wykorzystując to samo ogrzane, oświetlone, wentylowane pomieszczenie na różne sposoby i pod kątem różnych funkcji.

Z działania na squacie kojarzy się adaptacja Peckham Levels w Londynie z 2015 roku (projekt Turner Works). Wielopoziomowy garaż z lat 80. XX wieku, zaniedbany i kryminogenny, został przekształcony w wielofunkcyjny ośrodek dla lokalnej społeczności. Pomieścił miejsca do pracy biurowej, pracownie artystyczne, ciemnię fotograficzną, salki prób muzycznych, bar, kafejkę, plac zabaw dla dzieci, restaurację, miejsce spotkań lokalnych wspólnot mieszkaniowych itd., a wszystko to na poziomach dawnego parkingu. Zostawiono nawet strzałki kierunkowe i linie podziału miejsc dla samochodów, a pochylnie dla aut i różnice półpoziomów wykorzystano na komunikację i miejsca do odpoczynku.

Proces adaptacji budynku przeprowadziła organizacja Make Shift, która wynajduje zaniedbane i opuszczone miejsca w mieście, a następnie przekształca je – przy zaangażowaniu okolicznych mieszkańców – w przestrzenie pracy o niskim czynszu.

Przed realizacją Peckham Levels firma Bold Tendencies, animująca wydarzenia, przez osiem lat organizowała na parkingu akcje artystyczne, które pozwoliły oswoić użytkownikom żelbetowy moloch – niechciany pomnik motoryzacji indywidualnej.

Co istotne, obiekt znajduje się w sąsiedztwie stacji metra Peckham Rye, więc jest świetnie skomunikowany z resztą miasta. Architekci z Turner Works skupiają się w swoich działaniach przede wszystkim na adaptacji i ponownym użyciu porzuconych przestrzeni, takich jak parkingi czy opuszczone budynki. Przy niskim nakładzie kosztów zyskują one znaczenie społeczne i komercyjne.

Architektura przyjazna klimatowi?

Zazwyczaj architekci są jednak przywiązani do SUV-ów. Natura naszej profesji skłania, by podążać za tradycyjnie rozumianą funkcjonalnością i takim czy innym formalizmem – czy mowa o neomodernizmie, czy o popłuczynach po pomo. Projektanci ślinią się, oglądając na Pintereście zdjęcia przeszklonych salonów w domach i rozległe hole architektury publicznej.

Tymczasem poszukiwania przyjazne klimatowi znajdują się poza strefą naszych zainteresowań. Programowanie budynków, organizacja funkcji i zarządzanie przestrzenią pozostają w gestii inwestorów, organizatorów konkursów architektonicznych, wreszcie też zarządców budynków, a my nie mamy ani woli, ani siły, by to zmienić.

Dzięki apkom na smartfony możemy dynamicznie korzystać z komunikacji miejskiej (rowerów, hulajnóg, aut elektrycznych), dzieląc środki transportu z innymi użytkownikami. Może zastosowanie podobnych rozwiązań w budynkach wymusiłoby lepsze zarządzanie przestrzenią i wydłużenie okresu jej przydatności. Pomysł sprawdza się na przykład w salach gimnastycznych przy szkołach (wieczorem użytkowanych przez dorosłych).

Przeczytaj też: Joyce Hwang – Projektuję miasto dla nietoperza

Może wykorzystanie pomieszczeń warto uzależnić – dzięki mobilnej łączności – od pogody i niektóre aktywności realizować poza budynkami? W semestrze letnim nieraz przenoszę wykłady do parku. Gdyby udostępnić studentom i wykładowcom odpowiedni program na smartfony – plan zajęć zmieniający się dynamicznie w zależności od warunków pogodowych – lub po prostu się umówić, że w piękny dzień wychodzimy w plener, przyjemniej spędzalibyśmy czas, a przy okazji ograniczyli zużycie energii. W szerszej perspektywie elastycznie użytkowane budynki zmniejszyłyby potrzebę dodawania kolejnych pomieszczeń.

Takie rozwiązania wymagają jednak nie tyle działań podejmowanych przez architektów, ile przede wszystkim woli zmian, rezygnacji z nadmiernych luksusów i otwartości na zmiany w planowaniu dnia. Organizacja codziennych zajęć w budynkach wydaje mi się kluczowa dla zmniejszenia ich negatywnego oddziaływania na klimat.

Jak tego typu podejście wpłynęłoby na architekturę? Jakie pojawiłyby się problemy? Jak silny byłby opór społeczny? Publika i architekci oczywiście najbardziej podniecają się zleceniami prestiżowymi i spektakularnymi. Takie też najchętniej łykają publicyści.

Większość pism branżowych ma w głębokim poważaniu naszą codzienność, na przykład markety wielkopowierzchniowe, o zawartości 0 procent architektury. Obudowane blachą pudła mają niepohamowany apetyt na energię, a otaczające je parkingi to nagrzewające się latem i nieprzyjemne zimą wyspy asfaltu. Zmiany – wykorzystanie płaskich dachów marketów czy zagospodarowanie pustych parkingów – mogłyby odwrócić ich znaczenie dla klimatu przestrzeni miejskiej.

Udowodnili to choćby studenci programu Erasmus podczas seminarium, które prowadziłem na Wydziale Architektury Politechniki Wrocławskiej. Dyskutowaliśmy o różnych rozwiązaniach popularnych w krajach pochodzenia studentów i niekoniecznie kosztownych pomysłach na parkingi. Może wystarczy przeznaczyć część miejsc postojowych na zieleń niską, drzewa, ławki dla osób starszych, stragany. W końcu parking pochodzi od słowa park… W takich miejscach tkwi duży potencjał, mimo to do tematu – sądząc po tematach dyplomów nagradzanych przez SARP (elitarne miejsca wyciszenia, spa, hotele, galerie) – nikt się nie garnie…

Dopóki jako architekci będziemy czuć się sprzedawcami, a nie przedstawicielami społecznie odpowiedzialnego zawodu, nie mamy szans na poważnie włączyć się w rozwiązywanie kryzysu klimatycznego. Nawet jeśli nakleimy sobie na czoło stosowny hasztag.

Tekst Łukasza Wojciechowskiego został opublikowany w książce W przejściu. 43 teksty o architekturze i przestrzeni. Ten  wybór esejów i wywiadów z kwartalnika „Autoportret. Pismo o dobrej przestrzeni” można kupić tutaj.

Newsletter

Pismo na bieżąco

Nie przegap najnowszego numeru Pisma i dodatkowych treści, jakie co miesiąc publikujemy online. Zapisz się na newsletter. Poinformujemy Cię o najnowszym numerze, podcastach i dodatkowych treściach w serwisie.

* pola obowiązkowe

SUBMIT

SPRAWDŹ SWOJĄ SKRZYNKĘ E-MAIL I POTWIERDŹ ZAPIS NA NEWSLETTER.

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OTRZYMASZ NAJNOWSZE WYDANIE NASZEGO NEWSLETTERA.

Twoja rezygnacja z newslettera została zapisana.

WYŁĄCZNIE DLA OSÓB Z AKTYWNYM DOSTĘPEM ONLINE.

Zaloguj

ABY SIĘ ZAPISAĆ MUSISZ MIEĆ WYKUPIONY DOSTĘP ONLINE.

Sprawdź ofertę

Newsletter

Pismo na bieżąco

Nie przegap najnowszego numeru Pisma i dodatkowych treści, jakie co miesiąc publikujemy online. Zapisz się na newsletter. Poinformujemy Cię o najnowszym numerze, podcastach i dodatkowych treściach w serwisie.

* pola obowiązkowe

SUBMIT

SPRAWDŹ SWOJĄ SKRZYNKĘ E-MAIL I POTWIERDŹ ZAPIS NA NEWSLETTER.

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OTRZYMASZ NAJNOWSZE WYDANIE NASZEGO NEWSLETTERA.

Twoja rezygnacja z newslettera została zapisana.

WYŁĄCZNIE DLA OSÓB Z AKTYWNYM DOSTĘPEM ONLINE.

Zaloguj

ABY SIĘ ZAPISAĆ MUSISZ MIEĆ WYKUPIONY DOSTĘP ONLINE.

Sprawdź ofertę

-

-

-

  • -
ZAPISZ
USTAW PRĘDKOŚĆ ODTWARZANIA
0,75X
1,00X
1,25X
1,50X
00:00
50:00