Esej

W Birmie generałowie nie przepraszają

W proteście przeciwko wojskowemu zamachowi stanu Birmańczycy wyszli na ulice. Trwające od lutego protesty ukazały zmiany, które zaszły w społeczeństwie w ciągu dekady względnego dobrobytu. Generałowie sięgnęli zaś po jedyne narzędzie, jakie znają: terror.
zdjęcia DOMENA PUBLICZNA

To miał być dzień jak co dzień. Khing Hnin Wai poszła ćwiczyć, nagrać swoje postępy i wrzucić filmik do sieci. Potrzebowała ciekawego drugiego planu, wybrała więc jeden z prospektów Naypyidaw, nowej stolicy Birmy [używam potocznej nazwy tego kraju w ramach sprzeciwu wobec reżimowej Mjanmy, narzuconej przez juntę – przyp. M.L.], zbudowanej od zera w 2005 roku. „Królewska stolica”, bo tak tłumaczy się jej nazwę, to bardzo osobliwe miejsce. Zaprojektowana z rozmachem, architektonicznie łączy wschodni monumentalizm – objawiający się wielkimi, pustymi alejami po kilka, kilkanaście pasów każda, ogromnym placem do defilad i gargantuicznymi budynkami użyteczności publicznej, stylizowanymi na dawne pałace królewskie – z logiką urbanistyczną porozrzucanych na dużej przestrzeni północnoamerykańskich miast Zachodniego Wybrzeża, jak choćby Los Angeles, gdzie bez samochodu człowiek zginie. Najmłodsza stolica świata, owoc wizji generałów birmańskich, zdołała więc dokonać nie lada wyczynu: połączyć najgorsze cechy urbanistyki Wschodu i Zachodu. Przy Naypyidaw nawet Nur-Sułtan (Astana) w Kazachstanie może uchodzić za elegancką metropolię.

Godne Moskwy, Pekinu i Aszchabadu aleje są jednak bardzo dobrym tłem dla zdjęć i filmów; nieprzypadkowo „królewska stolica” najlepiej wygląda z lotu ptaka. Szczególnie atrakcyjny jest prospekt prowadzący do parlamentu: ta kilkunastopasmowa aleja przypomina pas lotniczy, zresztą według chętnie powtarzanej plotki generałowie przewidzieli ją jako swoją potencjalną drogę ewakuacji. Ulica prowadzi od ronda w stronę spiczastych dachów parlamentu. Właśnie na tym rondzie, jak miała w zwyczaju od dawna, ustawiła się Khing Hnin Wai. Nagrała swój codzienny aerobik do dźwięków indonezyjskiego przebojuAmpun Bang Jago, po czym wrzuciła wideo do sieci.

I się zaczęło.

Birmańska instruktorka fitness nieświadomie uwieczniła bowiem moment zamachu stanu. Gdy rytmicznie podskakuje, za jej plecami sunie wojskowa kolumna, by zająć parlament. To dlatego jej filmik zawojował świat, stając się popkulturowym symbolem „poniedziałku generałów”, jak ochrzczono birmański pucz. I to na kilku poziomach: to nie tylko absurdalne połączenielife style’uz grozą stanu wojennego, godne postpolityki XXI wieku. Przedziwnym zrządzeniem losu podkład muzyczny ćwiczeń Khing Hnin Wai to indonezyjskiprotest songwymierzony w skorumpowane elity, opowiadający o walce między ludem a władzą. Gimnastyczka nie wiedziała, o czym jest piosenka, wybrała ją ze względu na jej rytm.

Dostęp online
Zapewnij sobie dostęp online do wszystkich tekstów, nagrań audio i wersji na czytniki.Skorzystaj z oferty

Niespodziewana sława „dziewczyny od zamachu stanu”, jak szybko nazwano instruktorkę, jest dobrą ilustracją zaskoczenia birmańskiego społeczeństwa. Chociaż napięcie między rządem cywilnym a potężną armią rosło od kilku tygodni, powszechnie zakładano, że te dwie siły się dogadają, tak jak zawsze to robiły w minionej dekadzie. Coraz groźniejsze pomruki generałów interpretowano jako straszenie rządu, wymuszanie na nim ustępstw. W końcu kto przeprowadza zamach stanu, ogłosiwszy wcześniej taką możliwość na konferencji prasowej?

Generałowie jak powiedzieli, tak zrobili, biorąc społeczeństwo z zaskoczenia. Rano 1 lutego Birmańczycy obudzili się z odciętym (jak się potem okazało, nie na długo) internetem i z jednym, wojskowym kanałem telewizji, Myawaddy, ogłaszającym wprowadzenie stanu wyjątkowego. Ten birmański odpowiednik braku Teleranka był szokiem porównywalnym z naszym stanem wojennym. Nagle, po dekadzie względnej wolności i umiarkowanej prosperity, Birmańczycy wypadli z czasu, ponownie odnajdując się w rzeczywistości mrocznej dyktatury wojskowej.

Jugosławia Azja Południowo-Wschodniej

„Poniedziałek generałów” był czwartym w historii Birmy zamachem stanu. Cofnął zegar do 2011, jeśli nie do 1962 roku.

Po wydarciu niepodległości w 1948 roku z rąk osłabionego drugą wojną światową, upadającego imperium brytyjskiego kraj nad Irawadi mierzył się z postkolonialnym wyzwaniem budowy nowoczesnej państwowości. W birmańskich warunkach oznaczało to konieczność postawienia na nogi gospodarki zrujnowanej okupacją japońską, utrzymanie się z dala od zimnej wojny oraz scalenie w jeden naród ponad stu bardzo różnych grup narodowościowych. W „Jugosławii Azji Południowo-Wschodniej”, jak nazywano wówczas Birmę, sytuację komplikowały silne ruchy odśrodkowe: najpierw rebelia komunistyczna, następnie insurekcja Karenów, a w ślad za nią innych mniejszości. A jakby tego było mało, to jeszcze Chińczyków im przywiało: do północnej Birmy wtargnęły pokonane w wojnie domowej oddziały Kuomintangu, wspierane przez CIA.

Te i inne nieszczęścia nie powaliły jednak młodej państwowości. W latach 50. Birma była w stanie funkcjonować w miarę sprawnie, odbudowując się ze zniszczeń, próbując tworzyć dalekowschodnią wersję …

Chcesz przeczytać do końca? Wykup dostęp online

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Wykup dostęp online

Artykuł ukazał się w czerwcowym numerze miesięcznika „Pismo. Magazyn opinii” (6/2021) pod tytułem Czy można przewidzieć wynik rewolucji?.