Esej

Granica w szkocką kratę

Szkoci nie ustępują i domagają się kolejnego referendum w sprawie niepodległości ich kraju. Nasuwa to pytania o to, kiedy byłby dobry czas na głosowanie i jaka ta niepodległa Szkocja miałaby być. Wreszcie, jak będzie wyglądać jej granica z Anglią?
rysunek JAKUB KAMIŃSKI

Była szósta rano, trochę szaro, poranny chłód. 15 listopada 1996 roku. Z bramy koszar Albemarle w północnej Anglii wyjechał nieoznakowany land rover. W środku był Kamień Przeznaczenia, owiany legendą koronacyjny kamień królów szkockich, zagrabiony w 1296 roku przez angielskiego władcę Edwarda I. Po kilkuset latach znów miał na stałe trafić do Szkocji.

Fotograf Gary Doak, wtedy początkujący freelancer, dokumentował każdy etap transportu Kamienia. Tego dnia najpierw był o świcie przed koszarami, a potem błyskawicznie musiał przedostać się do Coldstream, granicznego miasta nad rzeką Tweed. To właśnie tam Kamień przekroczył granicę i znalazł się na powrót w Szkocji. – Coldstream to małe miasteczko, nie było więc może tłumów, ale ludzie wyszli na ulice – opowiada mi Doak. Kilka lat temu otworzył pudło z negatywami swoich zdjęć z tego wydarzenia. Na wywołanych odbitkach widać, że przejazd przez graniczny, kamienny most był uroczystą chwilą, z wojskową eskortą i grającym na dudach żołnierzem. Niektórzy ze zgromadzonych mieszkańców założyli na tę specjalną okazję tradycyjne kilty.

Podczas jego poprzedniej podróży do domu Kamień był przewożony w największej tajemnicy: w grudniu 1950 roku z opactwa westminsterskiego ukradła lub – jak mówią inni – uwolniła go czwórka szkockich studentów. W pościgu za nimi policja ustawiła na drogach blokady i zamknęła, po raz pierwszy od kilkuset lat, szkocką granicę.

Na co dzień, w zwykłych okolicznościach – bez asysty wojskowej czy policyjnego pościgu – jadąc samochodem z Anglii do Szkocji, łatwo przeoczyć granicę. Zwłaszcza wybierając trasę biegnącą koło Birmingham i potem wzdłuż zachodniego wybrzeża. Jeśli jednak komuś zależałoby na celebrowaniu wjazdu do Szkocji, może zjechać z autostrady do Gretna Green.

To pierwsze szkockie miasteczko po przekroczeniu granicy – kiedyś cel zakochanych, którzy uciekali tam, by zawrzeć małżeństwo na przekór światu i rodzicom (Coldstream również cieszyło się wtedy powodzeniem). W osiemnastowiecznej Anglii, aby wziąć ślub, trzeba było mieć ukończone dwadzieścia jeden lat lub zgodę rodziców. W Szkocji prawo było znacznie bardziej liberalne – wystarczyło dwóch świadków i ślub mogli wziąć nastolatkowie. W Gretna Green ślubu udzielali lokalni kowale i teraz – lub raczej: przed pandemią – zabytkową kuźnię odwiedzają turyści z całego świata. Nadal nie brakuje też par, które chcą się pobrać w historycznym azylu dla zbuntowanych kochanków, więc ślubno-turystyczny biznes w czasach przedcovidowych prężnie się rozwijał (od specjalnych obrączek po pakietyall inclusive). Biało-błękitne flagi, sklepy z whisky i kraciastym tartanem oraz przygrywający dudziarz nie pozostawiają wątpliwości, że to już Szkocja, ale miasteczko przypomina obowiązkowy przystanek dla turystycznych busów, gdzie można rozprostować nogi (na przykład w labiryncie dla zakochanych) i kupić szybko pamiątki.

Dostęp online
Zapewnij sobie dostęp online do wszystkich tekstów, nagrań audio i wersji na czytniki.Skorzystaj z oferty

Na północ prowadzi też inna droga – można wyruszyć trasą A1, wiodącą przez środek Anglii, a później zbliżającą się do wschodniego wybrzeża Wielkiej Brytanii. Za Darlington odbija się na drogę A68 i po pewnym czasie wjeżdża w surowe krajobrazy Parku Narodowego Northumberland. Granicę ze Szkocją przecina się na wzniesieniu, w miejscu zwanym Carter Bar: ponad 400 metrów nad poziomem morza, odpowiednio klimatyczna pustka, głaz z napisem „Szkocja” i maszt z flagą. Czasem tu także można było zastać dudziarza w kilcie, sprzedającego CD i pozującego do zdjęć z zatrzymującymi się turystami. Właściwie to tylko dla tych turystów owa granica miała do niedawna znaczenie. Zmieniła to pandemia, a jeszcze bardziej może zmienić referendum.

„Nie ma czegoś takiego jak granica między Anglią a Szkocją” – stwierdził brytyjski premier Boris Johnson w lipcu ubiegłego roku. W ten sposób chciał przywołać do porządku szefową szkockiego rządu regionalnego Nicolę Sturgeon, która od początku pandemii prowadziła swój kraj przez epidemiczny kryzys z żelazną konsekwencją. Latem 2020 roku liczba zakażeń w całej Wielkiej Brytanii spadała, ale Sturgeon uznała, że nie może wykluczyć – gdyby COVID-19 znów wymknął się spod kontroli i gdyby doradzali to eksperci – wprowadzenia ograniczeń na granicy szkocko-angielskiej i obowiązkowej kwarantanny dla przybyszów z pozostałych krajów Zjednoczonego Królestwa. To właśnie na to stwierdzenie zareagował Johnson, a jego wypowiedź wywołała burzę. Sturgeon uznała podawanie w wątpliwość istnienia granicy za absurdalne. „Jeśli premier teraz to podważa, to nie jestem pewna, co by powiedział, gdybym pojawiła się w Newcastle [miasto na północy Anglii – przyp. red.] i próbowała prowadzić tam politykę szkockiego rządu” – stwierdziła.

W wypowiedzi Sturgeon chyba nie należy doszukiwać się aluzji do inwazji północnej Anglii przeprowadzonej w …

Chcesz przeczytać do końca? Wykup dostęp online

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Wykup dostęp online