Twój dostęp nie jest aktywny. Skorzystaj z oferty i zapewnij sobie dostęp do wszystkich treści.


Czytaj i słuchaj bez ograniczeń. Zaloguj się lub skorzystaj z naszej oferty

Felieton

Stara piosenka o nadziei

POSŁUCHAJ

Wiosną ja też miałem napisać wypracowanie o nadziei. Nic mi z tego nie wyszło. Musiałem się wykręcić. Gęsto przepraszać, symulować chorobę. Sugerowałem, że nie jest ze mną dobrze, że wpadłem w depresję, że dostrzegłem u siebie covidowe palce.

Cnoty boskie podlegają modom. Bywa, że zwyżkuje wiara. Czasem na prowadzenie wychodzi miłość. Popularność nadziei przypada na okresy wojen, kryzysów gospodarczych i politycznych.

Nikt jej nie potrzebuje, gdy wszystko idzie dobrze. Nadzieja jest markerem ciężkich czasów. Jak papierosy wypalane do samego końca. Zapasy cukru i mydła. Produkty z darów. Wiara w boską sprawiedliwość. Tygodnie kultury chrześcijańskiej.

Lata 80. należały do nadziei. Zalewała nas nadzieja. Podchodziła pod okna. Buchała z kranów (rdzawa i mętna). Pod koniec dekady miałem już dość. Rzygałem nadzieją. „Nie tą lichą, marną, co rdzeń spróchniały w wątły kwiat ubiera, lecz tą niezłomną, która tkwi jak ziarno w gardle bohatera”.

Dostęp online

Zapewnij sobie dostęp online do wszystkich tekstów, nagrań audio i wersji na czytniki.

Skorzystaj z oferty

Po 1989 roku nadzieja jakoś minęła. Z radia dobiegał jeszcze refren „nieważne, że nazwą ciebie głupcem”. Jednak nadzieja trafiła do pawlacza. Do pudła z dekoracjami choinkowymi. Do zeszytu z przepisem na konfiturę z marchwi.

W moim zarzuconym tekście najważniejszy fragment miał dotyczyć piosenki Bułata Okudżawy. Głównego majstra w rzemiośle nadziei.

Trwała prezydentura Aleksandra Kwaśniewskiego. Transformacja była w rozkwicie. Na straganie kupiłem płytę wydaną przez Polskie Radio, nagranie z warszawskiego koncertu. Pomiędzy utworami jakaś kobieta z emfazą recytowała filologiczne przekłady.

– Nocą na Sretence słychać głos nadziei – potem zauważyłem, że w niektórych wykonaniach ulica Sretenka zamieniała się w „ulice Moskwy”, bez wskazania konkretnego adresu.

– Ten głos jest słaby i samotny, lecz słodki i wzniosły. Który to już raz rozrywa – może raczej „przenika”?  – Który to już raz przecina ciemności? Ale chce mu się wierzyć. – Gdy nie trzeba się będzie bać. – Kiedy minie strach o życie, moi przyjaciele wrócą z podróży. Moskwa rozkwitnie od piwnic po dachy, opustoszeje Paryż.

I tak dalej.

Okudżawa napisał tę piosenkę pod koniec lat 80. Witał nią pieriestrojkę. Sam był już chory i zmęczony. Należał do innej epoki. Mógł jeszcze napisać wiele nowych rzeczy, ale i tak pozostawał przede wszystkim autorem tych kilkunastu kawałków, które znaliśmy od zawsze. (Dzięki nim wierzyliśmy, że biegle znamy rosyjski).

Może gdyby mieszkał na Zachodzie. Gdyby zajął się nim Daniel Lanois albo jakiś inny producent, Okudżawa uzyskałby nowe brzmienie i nagrał coś w stylu późnego Dylana lub ostatnich płyt tego faceta z Montrealu.

No, ale nie. To był ten sam Okudżawa, tylko starszy. Nostalgia zagnieżdżona w nostalgii. Lata 80. opłakiwały lata 60. A lata 60. – łkały po latach 40.

Koniec piosenki brzmiał tak: – A jeśli wszystko na nic, i znów będzie jak przedtem – niech Bóg mi wybaczy, a syn niech mnie osądzi – że niepotrzebnie – czy może „na próżno”? – rozwinąłem szczęśliwe skrzydła – „szczęśliwe skrzydła” brzmią dziwnie, ale zostawmy je w tym miejscu. – Cóż poradzić? Miałem nadzieję.

Tyle. Trzy zwrotki. Wszystko na nic. Zostało jak przedtem.

Po 1989 roku nadzieja jakoś minęła. Z radia dobiegał jeszcze refren „nieważne, że nazwą ciebie głupcem”. Jednak nadzieja trafiła do pawlacza. 

Nadzieja nie jest programem politycznym. Ani cnotą. Ani błędnym ognikiem. Ani nawet złym rozpoznaniem sytuacji. Bywa najwyżej okolicznością łagodzącą, przygotowanym zawczasu alibi (dość słabym, szczerze mówiąc). Dowodem wyuczonej naiwności.

W 1982 roku Natan Ejdelman zanotował: „Ach, Bułacie, mój Bułacie, jesteś moją religią”. Strawestował początek najsłynniejszej pieśni przyjaciela. (Ejdelman był historykiem. Pisał o carach, poetach i dekabrystach).

Czasami myślę, że go rozumiem. W tej religii, jedynej, jaką znam, nadzieja niczego nie obiecuje. Ani zwycięstwa. Ani życia wiecznego. Ani triumfu sprawiedliwości. Nie twierdzi, że nasze będzie na wierzchu. Że tamci upadną, a my zostaniemy nagrodzeni. Bo nie zostaniemy.

Nasze triumfy – jeśli kiedyś nadejdą – okażą się połowiczne. Potrwają krótko i szybko zaczniemy się ich wstydzić. Nadzieja jest przepustką do obozu przegranych. Jedyne, co może nam dać – to obietnicę, że nigdy nie będziemy ze zwycięzcami. I całe szczęście, bo to nie jest dobre miejsce. Zresztą, zwycięzcy nie potrzebują nadziei.

rysunek Arkadiusz Hapka

 

Newsletter

Pismo na bieżąco

Nie przegap najnowszego numeru Pisma i dodatkowych treści, jakie co miesiąc publikujemy online. Zapisz się na newsletter. Poinformujemy Cię o najnowszym numerze, podcastach i dodatkowych treściach w serwisie.

* pola obowiązkowe

SUBMIT

SPRAWDŹ SWOJĄ SKRZYNKĘ E-MAIL I POTWIERDŹ ZAPIS NA NEWSLETTER.

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OTRZYMASZ NAJNOWSZE WYDANIE NASZEGO NEWSLETTERA.

Twoja rezygnacja z newslettera została zapisana.

WYŁĄCZNIE DLA OSÓB Z AKTYWNYM DOSTĘPEM ONLINE.

Zaloguj

ABY SIĘ ZAPISAĆ MUSISZ MIEĆ WYKUPIONY DOSTĘP ONLINE.

Sprawdź ofertę

-

-

-

  • -
ZAPISZ
USTAW PRĘDKOŚĆ ODTWARZANIA
0,75X
1,00X
1,25X
1,50X
00:00
50:00