Twój dostęp nie jest aktywny. Skorzystaj z oferty i zapewnij sobie dostęp do wszystkich treści.


Czytaj i słuchaj bez ograniczeń. Zaloguj się lub skorzystaj z naszej oferty

Felieton

Wojna za naszą granicą

W świetle prawa międzynarodowego, bez względu na interpretacje Kremla, Rosja stała się agresorem. Przyszłość Ukrainy jest nie tylko w rękach jej armii, ale i sojuszników na Zachodzie.

Weszli jak po swoje – to pierwsze wrażenie, jakie zrobił na reszcie świata atak Rosjan na Ukrainę. Władimir Putin znany jest z tego, że nie lubi zbyt wczesnej pobudki, lecz operację militarną na Donbasie rozpoczął zgodnie z kanonem sztuki wojennej, czyli tuż przed świtem. Następnie siły rosyjskie rozpoczęły ostrzał rakietowy strategicznych celów (lotnisk i instalacji militarnych) w wielu miastach ukraińskich.

Wcześniej jednak prezydent Rosji wystąpił przed kamerami z wojennym orędziem. Tłumaczył w nim, że decyzja o podjęciu działań siłowych była konieczna i w zasadzie zapadła już dawno temu. Nie mijał się w tej kwestii z prawdą, ponieważ od agresji zbrojnej na Ukrainę w 2014 roku, kiedy Rosja zaanektowała Krym i wszczęła wojnę na Donbasie, plan podporządkowania Ukrainy nie został sfinalizowany. Wojna trwa więc już osiem lat, a dzisiejszy atak Rosji jest jej najnowszą, militarną odsłoną. 

Ani Kijów, ani zachodni sojusznicy Ukrainy nie byli zaskoczeni. Ostatnie tygodnie były wyścigiem z czasem. Ukrainę dozbrajały Stany Zjednoczone i Wielka Brytania, a także, w miarę możliwości, pozostali członkowie NATO, w tym Polska, Czechy i państwa bałtyckie. Amerykański wywiad ostrzegał regularnie przed kolejnymi wariantami scenariuszy wojennych pisanych na Kremlu. Zachód i Ukraina spodziewały się więc wszystkiego, począwszy od prowokacji ze strony Rosji, po „mniejszą inwazję”, które to sformułowanie wymsknęło się prezydentowi Joemu Bidenowi podczas konferencji prasowej, aż po pełnoskalową wojnę. 

–––––––––––––––––––

* W tym historycznym momencie dokładamy wszelkich starań, aby pomóc Wam zorientować się w tej złożonej sytuacji. Sięgamy w tym celu do naszego archiwum – materiały wokół Ukrainy udostępniamy za darmo.

–––––––––––––––––––

Każda wojna musi mieć swoje uzasadnienie. Zadbał o to i prezydent Putin, wyjaśniając nad ranem, że Rosja niesie „bratnią pomoc” rządom w Ługańsku i Doniecku, które 22 lutego formalnie uznała za suwerenne państwa. To ich przywódcy zwrócili się do Moskwy o udzielenie pomocy, a ta jej nie odmówiła, robiąc to według własnej logiki zgodnie z prawem, ponieważ wraz z dekretem o uznaniu obu republik Rosja podpisała z nimi porozumienie o przyjaźni, współpracy i wzajemnej pomocy. Zapisy tego dokumentu mają zdaniem Putina pozwalać Rosji na wysłanie wojsk na Donbas. Kreml jednak pomija fakt, że zgodnie z prawem międzynarodowym dokument ten nie jest prawomocny, a Donieck i Ługańsk pozostają integralną częścią Ukrainy. 

W świetle prawa międzynarodowego, bez względu na interpretacje Kremla, Rosja stała się agresorem. Nie ma więc znaczenia fakt, że prezydent Rosji odwoływał się w swoim wystąpieniu do zapisów Karty Narodów Zjednoczonych, najważniejszego dokumentu w międzynarodowej polityce, często określanego mianem „światowej konstytucji”. A konkretniej – do artykułu 51, który daje państwom prawo do samoobrony. To jednak Ukraina broni się przed Rosją, a nie donbascy separatyści przed legalną władzą, jak to tłumaczy Władimir Putin. 

Rosja podbudowuje swoją agresję propagandą, którą zresztą wykorzystuje w tym celu od dawna. Mamy więc do czynienia z fałszywymi zarzutami o „ludobójstwo na mieszkańcach Donbasu, w tym obywatelach Federacji” – tak Kreml oficjalnie uzasadniał swoją operację militarną. Od dawna przedstawia też rząd w Kijowie jako „juntę, która w krwawy sposób obaliła legalnego prezydenta i przejęła władzę”. Między wierszami sprzedaje więc opowieść o tym, że to Rosja jest siłą „dobra”, która jak podczas „Wielkiej Wojny Ojczyźnianej pomogła Zachodowi zwalczyć nazizm, dziś walczy z tymi samym siłami „neonazistów i nacjonalistów”, tyle że reprezentowanymi przez władze w Kijowie.  

„Nie jest naszym celem zajęcie całej Ukrainy ani jej okupacja” – mówił w swoim wojennym orędziu prezydent Rosji. Można zakładać, że dąży on zatem do przejęcia kontroli nad całym Donbasem. Niewykluczone, że w grę wchodzi operacja „Noworosija”, czyli dokończenie planu, który nie powiódł się w 2014 roku. W ten sposób Moskwa byłaby w stanie odciąć Ukrainę od Morza Czarnego, przekształcając ją w państwo kadłubowe (stąd zaledwie już krok do jej pełnej destabilizacji i osłabienia), a także zabezpieczyć źródła wody pitnej dla anektowanego Krymu. Brak wody był bowiem jedną z głównych bolączek Kremla przez ostatnich osiem lat. Putin musiał się co roku tłumaczyć przy okazji Dni Krymu, dlaczego potężna Rosja dysponuje nowiczokiem, bardzo zaawansowaną bronią chemiczną, a nie potrafi zapewnić mieszkańcom półwyspu dostępu do wody pitnej po tym, jak jej główne źródła odcięła Ukraina. 

Moskwa ma jeszcze kilka opcji. Prawdopodobne jest, że po wczorajszej eskalacji i ewentualnie kilkudniowej ofensywie sytuacja przekształci się w konflikt pozycyjny. Rosja uzbroi swoją strefę wpływu i stamtąd będzie nękać terytorium Ukrainy. Gdy opadnie wojenny kurz, będzie również podsycać krytykę wobec władz w Kijowie, by doprowadzić do kryzysu politycznego, który dałby nadzieję na zmianę władzy. To z kolei otwiera furtkę promowaniu polityków skłonnych do rozmów z Rosją, którzy mogliby doprowadzić do zakończenia wojny i przywrócenia porządku w kraju. A że mowa w tym przypadku o kraju kadłubowym i rozebranym przez Rosję, to już zupełnie inna kwestia. 

Przyszłość Ukrainy jest nie tylko w rękach jej armii, ale i sojuszników na Zachodzie. W ubiegłą sobotę, podczas konferencji w Monachium, prezydent Zełenski dał do zrozumienia, że obecna agresja Rosji jest efektem błędu zaniechania ze strony Zachodu w 2014 roku i wcześniej w 2008 roku (podczas wojny prowadzonej z Gruzją). 23 lutego na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ minister spraw zagranicznych Ukrainy Dmytro Kuleba w poruszającej przemowie wzywał świat do tego, żeby nie powtórzył błędu appeasementu (tak zwanej polityki ustępstw), który doprowadził do wybuchu drugiej wojny światowej. „Nie można tego przeczekać!” – mówił i dodawał, że „świat ma ostatnie okno możliwości, żeby obronić porządek międzynarodowy” przed agresywnymi państwami takimi jak Rosja. 

Zachód zdążył nałożyć sankcje na Rosję – najpierw na sektor bankowy, później rosyjskich oligarchów i obsługę długu zagranicznego, aż po zatrzymanie projektu Nord Stream 2. W reakcji na agresję wprowadzone zostaną też dalsze „masowe i bardzo dotkliwe sankcje”, które – jak zapowiadała przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen oraz administracja amerykańska – mają uderzyć Rosję strategicznie, uniemożliwiając jej rozwój gospodarczy. 

Jak uderzyć podpowiada też Ukraina, wskazując wprost, że Kijów potrzebuje dziś dewastujących rosyjski rynek sankcji, izolacji Rosji, a także wsparcia militarnego, pomocy finansowej oraz humanitarnej dla Ukrainy. Oto więc chwila prawdy na temat tego, czy tym razem będziemy w stanie pomóc Ukrainie obronić się przed Rosją. Zełenski wierzy, że tak, mówiąc: „to nie 2014, to 2022 rok”. Wierzmy, że ma rację. 

Newsletter

Pismo na bieżąco

Nie przegap najnowszego numeru Pisma i dodatkowych treści, jakie co miesiąc publikujemy online. Zapisz się na newsletter. Poinformujemy Cię o najnowszym numerze, podcastach i dodatkowych treściach w serwisie.

* pola obowiązkowe

SUBMIT

SPRAWDŹ SWOJĄ SKRZYNKĘ E-MAIL I POTWIERDŹ ZAPIS NA NEWSLETTER.

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OTRZYMASZ NAJNOWSZE WYDANIE NASZEGO NEWSLETTERA.

Twoja rezygnacja z newslettera została zapisana.

WYŁĄCZNIE DLA OSÓB Z AKTYWNYM DOSTĘPEM ONLINE.

Zaloguj

ABY SIĘ ZAPISAĆ MUSISZ MIEĆ WYKUPIONY DOSTĘP ONLINE.

Sprawdź ofertę

-

-

-

  • -
ZAPISZ
USTAW PRĘDKOŚĆ ODTWARZANIA
0,75X
1,00X
1,25X
1,50X
00:00
50:00