Twój dostęp nie jest aktywny. Skorzystaj z oferty i zapewnij sobie dostęp do wszystkich treści.


Czytaj i słuchaj bez ograniczeń. Zaloguj się lub skorzystaj z naszej oferty

Historia osobista

O strachu nie w porę

Strach to uczucie-plastelina, najłatwiej podlegające sugestiom, na wielką – społeczną i małą 
– towarzyską czy rodzinną skalę. Powiem ci, że masz się bać, a zobaczę, kim jesteś.
rysunki Hania Oloś
POSŁUCHAJ

Wśród opowiadań o strachu jednym z tych najbardziej przejmujących są Mordercy Ernesta Hemingwaya. Może dlatego, że strachu w nim nie ma; jest rezygnacja. W barze, w miasteczku, w którym mieszka młody Nick, pojawia się dwóch nieznajomych. Czekają na niejakiego Olego Andersona, który ma zwyczaj przychodzić tu na kolację. Krępują sznurem kucharza i Nicka; nie kryją się z tym, że chcą Olego zabić. Ole jednak nie przychodzi. Nick wymyka się z baru i biegnie do domu, w którym Ole mieszka, chcąc go uprzedzić. Ale Ole leży od rana w łóżku i nie chce uciekać, jest znużony, nalegania Nicka na nic się zdają. Nick wraca do baru, informuje barmana George’a o sytuacji. Kończący opowiadanie dialog brzmi:

Nie mogę nawet myśleć o tym, że on tam leży w swoim pokoju i czeka, i wie, że prędzej czy później go zabiją. To okropne.

– Cóż – powiedział George – lepiej wcale nie myśl o tym.

Jednak trudno jest wraz z Nickiem nie myśleć, nie wyobrażać sobie chwili, gdy uczucie strachu opuszcza Olego, a jego miejsce zajmuje już tylko znużenie. Z punktu widzenia „normalnego” życia jest to niepojęte, gdyż to, co stanowi sedno owego życia, czyli instynkt przetrwania, zostaje zanegowane. Znużenie przezwycięża naszą naturę, układa nową postać bytu, uwalnia nas od strachu, tyle że za najwyższą cenę. Takiej wolności młody Nick nie potrafi pojąć. A czytelnik czuje strach niejako w imieniu Olego; smutny, otchłanny strach wobec ostateczności.

–––––––––––––––––––

* W tym historycznym momencie dokładamy wszelkich starań, aby pomóc Wam zorientować się w tej złożonej sytuacji. Sięgamy w tym celu do naszego archiwum – materiały wokół Ukrainy udostępniamy za darmo.

–––––––––––––––––––

Nic dziwnego, wszyscy jesteśmy asystentami strachu. Jednym z pierwszych słów, którego się uczymy, jest powtarzane za matką słowo „uważaj”. Bo każda możliwość ruchu od pierwszych chwil obwarowana jest ryzykiem. Przez całe życie, od rana do wieczora, trzeba na coś uważać, jak najrzadziej spadać z wąskiej kładki, którą idziemy przez czas aż do śmierci; jesteśmy pod wiecznym obstrzałem. Uważaj, uważaj na siebie, czyli bój się, strzeż i pilnuj.

Wróciłem do opowiadania Hemingwaya, gdyż miałem pisać o strachu spokojny esej – trochę literatury, trochę historii – zamówiony przez redakcję w chwili, gdy co prawda nastroje były od dawna bardzo zmierzchowe, może wręcz katastroficzne, lecz wirus zaczynał dopiero latać gdzieś daleko w Chinach i mimo ostrzeżeń mało kto się nim przejmował.

Dostęp online

Zapewnij sobie dostęp online do wszystkich tekstów, nagrań audio i wersji na czytniki.

Skorzystaj z oferty

Pod koniec stycznia tego roku wybrałem się po dłuższym wahaniu do Singapuru i spędziłem tam parę dni. Zapewne tydzień później już bym nie pojechał; jeszcze za mego pobytu miasto-państwo trafiło na listę wszystkich ministerstw spraw zagranicznych na świecie, obejmującą miejsca, których należy unikać. Kiedy tu przyjechałem, zarażonych wirusem SARS-CoV-2 było kilka osób, kiedy wyjeżdżałem – kilkadziesiąt.

Co wieczór sprawdzałem w internecie liczbę nowych zarażeń niczym wynik ważnego meczu. W warszawskim metrze zdarzało mi się z nudów liczyć, ile osób czyta książkę, a ile stuka w komórkę. W Singapurze liczyłem, ile osób w jednym wagonie nosi maski; ich liczba powoli rosła, lecz według moich statystyk nie przekroczyła czterdziestu procent; zresztą w pewnym momencie maski były już nie do dostania.

Nawyk został; po powrocie codziennie przeglądałem singapurskie strony, sprawdzałem wyniki. Myślałem na samym początku, że jestem niczym hazardzista wyrzucony z kasyna – ale teraz kasynem stał się już cały świat, wpatrzony coraz bardziej narkotycznie w słupki podawane przez Uniwersytet Johnsa Hopkinsa. Czas daje nagle odczuć swoją ziarnistą budowę: każdy miniony właśnie dzień to przesunięty paciorek w różańcu. Ile ich jeszcze zostało, tych grudek dni? Trzeba jeszcze policzyć, ile dni mieli przed sobą bohaterowie Melancholii Larsa von Triera, wciągnąć się w porównania. Cóż to za dotkliwa i już nieco zapomniana przyjemność dla nadto rozgrzanej wyobraźni – liczyć każdą sekundę i w każdej dostrzegać zdarzenie, gwałtowny rozwój akcji. Wydaje się znowu, że już dawno – od świętego Jana i pierwszych millenarystów – czasowi nie powodziło się równie dobrze; wreszcie odzyskał swoje właściwości, trzeba znowu się z nim liczyć. Trzeba go oglądać: produkuje serial, dzień w dzień powstaje kilkanaście nowych odcinków.


Wpatruję się dziś w słynny obraz Théodore’a Géricaulta Tratwa Meduzy (1820). Część rozbitków na tratwie zdanej na pastwę rozszalałego oceanu już nie żyje lub dogorywa, inni dziwnie pląsają, niesieni przez histerię i panikę, kilka osób próbuje – jakby racjonalnie – o czymś debatować, wskazując dłonią na horyzont. Na pierwszym planie, obejmując ręką umierającego bądź już zmarłego, siedzi mężczyzna z zadumaną, spokojną twarzą, melancholijnie, ze znużeniem opierając głowę na dłoni.

On, podobnie jak Ole Andersen, już się nie boi. Przeszedł próg, za którym strach zamienia się w uspokojenie, a może w obojętność; można sobie wyobrazić, że jego myśl wspina się wysoko, by objąć całe dzieje świata, dostrzec – w obliczu krążącej tak blisko śmierci – odwieczne prawa ludzkiej kondycji, jej niezmienną nędzę, porażającą kruchość. Patrzę na tę postać jak na alegorię mądrej rezygnacji: być już ponad wszystko, widzieć wszystko przenikliwie, wiedzieć, w jaką grę gramy.

Ale niemożliwe jest być dzisiaj ponad wszystko, pisać esej o strachu na tratwie Meduzy i nie stawać się niechcący agentem paniki. „Z zadumaną i spokojną twarzą” rozważać na luzie kwestie powszechne, patrzeć przenikliwie przez wieki, jak to uczynił na przykład Jean Delumeau w swoim wielkim tomie Strach w kulturze Zachodu XIV–XVIII w. Oblężony ogród. Nie da się pisać z dystansu o strachu w chwili wzmożonego wokół strachu, tautologia pożera słowa, wyśmiewa stwierdzenia. Esej rozpada się niczym domek z kart, nie utrzymają go najlepsze nawet strony filozofów, cytaty z Dekameronu czy powracające nagle w pamięci najświetniejsze sceny ze Śmierci w Wenecji Tomasza Manna, sfilmowanej przez Luchina Viscontiego, ów szczerbaty rudzielec z mandoliną, na ulicach zarażonego miasta wyśpiewujący ironiczne kuplety, prosto w nos wciąż eleganckim paniom i panom. Bardzo by się chciało znaleźć ostoję w dziełach, w języku, zamknąć się w literaturze, filozofii czy historii jak w bezpiecznym sejfie, ale już samo przytaczanie dawnych świadectw zdaje się gestem obronnym, a nawet żałosnym czy pustym, na który nie chce się zwracać uwagi.

Łatwiej teraz przychodzi zrozumieć zapiski powstałe na żywo w czasach katastrof. Żeglarzy uwięzionych w lodach, kapitanów pijanych statków, świadków zarazy. Rośnie potrzeba (wielu jej ulega) pisania dziennika pandemii; czyli wyrażenia zgody na to, że notatka dzisiejsza jutro już będzie przestarzała, że myśl dzisiaj jeszcze rozsądna jutro okaże się brednią, a myśl dzisiaj histeryczna jutro uderzy swą trafnością lub – oby – przesadą. Wszędzie wokół natykam się na odwołania do Dziennika roku zarazy (1772) Daniela Defoe. Tyle że nie jest to dziennik, lecz pierwsza – i od razu wybitna – powieść reportażowa i historyczna zarazem, poświęcona wielkiej epidemii dżumy w Londynie w roku 1665. Pełna cyfr, ale z fikcyjnym bohaterem: wielka literatura potrzebuje czasu.

To byłby dobry przykład do naśladowania, pisanie z dystansu historycznego – ileż już epidemii ludzkość przeżyła albo nie przeżyła (siedemdziesiąt do stu tysięcy ofiar wówczas w Londynie, czterdzieści procent ludności Śródziemnomorza podczas epidemii w VII wieku, pięćdziesiąt procent w XIV stuleciu i tak dalej…). Tyle że trzeba mieć czas, długie sznurki paciorków na widoku. Trzymać gardę, boksować się ze strachem umiejętnie, wpisywać dzisiejsze wydarzenia w długie trwanie ludzkości.

Dopiero teraz przypomina mi się, że pierwszy raz o strachu pisałem kilkanaście lat temu. Tamtym razem po powrocie z Hiszpanii, do której właśnie dotarł z Meksyku wirus świńskiej czy ptasiej grypy. Rzecz dość szybko wróciła do „normy”, jednak początkowo media rozpętały alarm nie mniejszy niż obecnie; wyobraźnia tylko na to czekała, gotowa odmalowywać barokowe obrazy danse macabre.

darowizna na rzecz fundacji pismo

Wizję katastrofy, jak czułem wtedy, buduje się najpierw z cząstek przeszłości. Jechałem samochodem przez wieczorną, opustoszałą jak nigdy Walencję i zwariowane budynki Santiaga Calatravy w jeszcze większym stopniu zdawały się karnawałową dekoracją nałożoną na pustą przestrzeń; wystarczyło, myślałem, podnieść te betonowe pudełka, by zobaczyć w tym samym miejscu rzędy ognisk i ludzi tańczących pięćset lat temu taniec świętego Wita w morowym powietrzu. Apokalipsa operuje skrótem myślowym i skrótem wyobraźniowym: nadchodząca epidemia zdawała mi się późnym echem wczorajszej zarazy. Memento mori wysyłane z dawnych wieków dochodziło teraz dosłownie; raptem stawało się boleśnie dotkliwe. Tamci zmarli zaczynali schodzić ze stronic dawnych książek, podręczników do historii i powieści, stawali się zadziwiająco konkretni, a ich liczebna przewaga nad nami, żywymi, przerażająca; byliśmy wobec nich ledwie wysepką niepochłoniętą jeszcze przez ciemny ocean. Wtedy bałem się, by tak rzec, żywiołowo, barokowo, nieco literacko. Teraz lękam się na smutno; a strach smutny to preludium do znużenia.


Strach jest środowiskiem życia i jest, podobnie jak jego mądrzejsza siostra melancholia, toposem odwiecznym, o którym pisano, odkąd pisać zaczęto. Twarze naznaczone strachem są zawsze takie same. Między jego ekspresją dzisiaj a kiedyś (na przykład uchwyconą na rozemocjonowanych obliczach rzeźbionych przez Franza Xavera Messerschmidta) nie ma różnicy. Ciała mogą powoli ewoluować, dzisiaj jesteśmy przeciętnie wyżsi niż ludzie, którym Messerschmidt przyglądał się trzysta lat temu, nasze serca przeciętnie dłużej wytrzymują, lecz grymasy przerażenia pozostają te same. Strach bardziej niż cokolwiek innego mówi, że dzieje ludzkie są jednolite i w pewnym sensie niezmienne; z tej perspektywy historia zdaje się tylko tkaniną namotaną wokół jednej, przewodniej, stalowej nici strachu.

Nie ma też różnicy między dawnymi a obecnymi przeświadczeniami na temat strachu. Michel de Montaigne przypomina na przykład o jego samoistnej śmiercionośnej sile.

Ci, których uciska natarczywa obawa, iż postradają mienie, pójdą na wygnanie lub popadną w niewolę, żyją w nieustannym przerażeniu, zapominając o jadle, napoju, odpoczynku; gdy ubodzy, wygnańcy, niewolnicy żyją często równie wesoło jak inni. Mnogość ludzi, którzy, przypiekani strachem, powiesili się, utopili lub rzucili w przepaść, stanowi dowód, iż strach jest jeszcze dokuczliwszy i bardziej nieznośny od śmierci. [Próby, przeł. Tadeusz Boy-Żeleński]

Strach zamyka w kole własnego doznania, bywa szczególnym luksusem, narcyzmem na wspak, który uwydatnia nasze uczucie i niweluje analogiczne uczucie innych, zasłania sobą świat ludzki.

Daniel Defoe opisuje przypadek kobiety, która była tak dżumą przerażona, że kiedy pocałował ją mężczyzna, twierdzący (prawdopodobnie żartem), iż jest zarażony, po kilku dniach umarła, a przyczyną jej śmierci wcale nie musiała być choroba.

Przeglądam strony prasowe: angielski lekarz we wczorajszym artykule w „Guardianie” pisze o efektach działania emocji na ciało i stwierdza, że zamknięcie się w domu zwiększa poczucie strachu i rozpaczy, przez co ciało staje się podatniejsze na zarażenie i jeśli już do niego dojdzie, skutki choroby okażą się większe. A jedna z psycholożek francuskich właśnie przypomina na stronie „Le Monde”, że w obliczu epidemii „pewność zarażenia jest równie śmiertelna co samo zarażenie”.

Takich i innych prawd o strachu jest wiele. Jeszcze Montaigne: „Owo czego też najwięcej się lękam, to strachu: bo też dotkliwszy jest od wszelkiej przygody”.


Strach ma wiele imion. Czy raczej liczną rodzinę, gdyż między imionami istnieją pewne różnice. Lęk, obawa, trwoga, popłoch. I może to najładniejsze, bojaźń. Użył go Jarosław Iwaszkiewicz, gdy tłumaczył Sørena Kierkegaarda, dając ten piękny tytuł Bojaźń i drżenie. Przymiotnik „bojaźliwy”, czyli mniej więcej „strachliwy”, to jeszcze całkiem łagodna cecha informująca o charakterze takiej czy innej osoby. „Bojaźń” natomiast – dzięki uwzniośleniu przez Iwaszkiewicza – przesuwa się w stronę uniwersalną, zabarwia filozoficznie, bojaźń, bo-jaźń. Bo jaźń, albowiem o jaźń, o nią samą, o to, co bezwzględnie podstawowe, chodzi.

Imiona strachu się krzyżują, są zamienne, znaczenia często się pokrywają, oznaczają to samo. Sam „strach” to raczej uczucie bardziej codzienne, bardziej konkretne i wywołujące gwałtowniejszą reakcję cielesną i psychiczną. Jest bardziej dośrodkowy, paraliżujący i – gdy przyjdzie co do czego – wyzwala alarmistyczne wyobrażenia i gwałtowne reakcje. „Lęk” często wiąże się ze stanami patologicznymi, z zespołami nerwic, traumami, chorobliwą podatnością na strach przed wszelkimi przejawami życia; to na tym obszarze działają freudyści i psychiatrzy. „Trwoga” i „bojaźń” są bardziej odśrodkowe, wyprowadzają nas na zewnątrz, stawiają przed fundamentalnymi pytaniami dotyczącymi świata i Boga, wciągają w doznania i dociekania metafizyczne. Trwoga i bojaźń nie dotyczą w tym porządku jednej sytuacji; są raczej uogólnionym doświadczeniem istnienia, zdolnym nawet, jak u Sørena Kierkegaarda (który w tym kontekście używa też pojęcia „lęku”), otworzyć perspektywę religijną i stać się fundamentem dla etyki.

Wszyscy jesteśmy asystentami strachu. Jednym z pierwszych słów, którego się uczymy, jest powtarzane za matką słowo „uważaj”. Bo każda możliwość ruchu obwarowana jest ryzykiem.

W czasie epidemii strach bierze zdecydowanie górę; trwoga czyha ukryta, pod powierzchnią zaaferowanych myśli. Dopiero gdy usiądziemy w fotelu po długim i rozpaczliwie ostrożnym staniu w kolejce, po przemykaniu się ulicami albo gdy obudzimy się rano i poczujemy ucisk w gardle, ogołocenie i drżenie, zaczyna się krecia robota trwogi; na chwilę dzień dzisiejszy przestaje się liczyć, jest tylko czysta materia życia, z którą nie wiadomo co robić. Później strach wraca, by uderzyć w konkrety: co to będzie jutro, pojutrze, co z moją pracą, z moim bankiem, moim nadciśnieniem.

Moją, moim. Strach jest inteligentniejszy i głębszy od hucpy i beztroski, ale też często czyni z nas szczelne monady. Zamyka w kole własnego doznania, bywa szczególnym luksusem, narcyzmem na wspak, który uwydatnia nasze uczucie i niweluje analogiczne uczucie innych, zasłania sobą świat ludzki. Bojaźń, bo-jaźń, bo-ja.


W Singapurze rozgrywali to bardzo inteligentnie, podobnie jak w Wietnamie i Korei, których zarządzanie epidemią budzi dziś zazdrość; chciałoby się tam wrócić. Pytałem podczas pobytu o dengę, chorobę również bardzo nieprzyjemną – jej symptomy są teraz mylone z symptomami COVID-19 – powodowaną przez ukąszenie miejskiego komara. Już był z nią od paru lat spokój; niedawno wróciła z hukiem, od grudnia aż do dzisiaj po trzysta do czterystu przypadków na tydzień na małej w końcu przestrzeni; oficjalne artykuły są w tej chwili alarmistyczne. Uzbroiłem się przed wyjazdem w repelenty jak rewolwerowiec w kolty, z każdej kieszeni wystawał inny; śmiali się, machali ręką, strach przed dengą jako czymś codziennym i jakoś zawsze tu obecnym dawno temu minął. Joseph Conrad, który tu i na całym Dalekim Wschodzie przebywał wielokrotnie, a w Singapurze ma swoją pamiątkową tablicę, poświęcił innej komarzej chorobie, malarii, sporo stron; tkwi ona w tle wielu opowiadań. Malaria była – w wielu miejscach wciąż jest – wiernym cieniem ciał, szła tam, gdzie szły one, aż w końcu przyzwyczajenie wzięło górę nad strachem.

Guy de Maupassant, inny mistrz noweli, w tym również fantastycznej, napisał opowiadanie zatytułowane Strach (1882). Jego nastrój jest nieco Conradowski. Oto na brzegach Morza Śródziemnego, patrząc na brzegi Afryki, kapitan wspomina zdarzenie z przeszłości, w wyniku którego jego okręt omal nie zatonął. „Ależ się bałem tamtego dnia” – komentuje. Przysłuchujący się wspomnieniu nieznajomy kręci głową, nie, skądże, pan się wcale nie bał! Jakżeż nie, strach był wielki! Nieznajomy tak wyjaśnia swoją obiekcję: strach jest czymś przerażającym, rozpadem duszy, uczuciem, które, gdy je wspominamy, nadal wprawia całe ciało w drżenie. Nie zdarza się to wobec znanych form niebezpieczeństwa jak ryzyko zatonięcia; zdarza się w okolicznościach niezwykłych, w wyniku tajemniczych, niejasnych, nieokreślonych zjawisk.

Nieznajomy przedstawia własne wspomnienie z Afryki, z pustyni, na której rozszalała się burza piaskowa. Podróżował z przyjacielem w karawanie, w towarzystwie wielbłądników. Był już u kresu sił, kiedy nagle ktoś z orszaku wydał z siebie przeciągły krzyk. Wszyscy przystanęli; z oddali, zza horyzontu piaskowych wydm, dochodził odgłos bębna, to mocniejszy, to słabszy, lecz uparty. Arabowie z przerażeniem patrzyli na siebie, aż jeden z nich rzekł: „Śmierć jest nad nami”. W chwilę później towarzysz narratora padł na piasek, powalony przez udar słoneczny. Opowiadający próbował go przez długie godziny ratować, na próżno, a przez cały ten czas jego uszy wypełniał niepojęty odgłos bębna. „Czułem, jak wślizguje się we mnie aż po same kości strach, wstrętny strach”. Tamtego dnia, dwieście mil od najbliższej placówki, w rozżarzonym zagłębieniu między wydmami wypełnionymi dźwiękiem bębna, pojął, czym strach jest prawdziwie.

Słuchający proszą o wyjaśnienie źródła tego niepokojącego dźwięku. Tego, wyznaje opowiadający, nikt nie wie. Powiadają, że jest on wzmożonym przez wydmy echem odgłosu, jaki wydają ziarna piasku porywane przez wiatr i uderzające w kępki wysuszonych traw. Zauważono bowiem, że zjawisko wytwarza się w pobliżu spalonych przez słońce roślin; uderzenia bębna byłyby zatem dźwiękowym złudzeniem.

Maupassant jest też autorem innego tekstu, tym razem reporterskiego, o tym samym tytule – Strach. Wspomina w nim o wieczorze u Gustave’a Flauberta, na którym pojawił się przyjaciel tegoż, Iwan Turgieniew. Rosyjski pisarz opowiedział o wydarzeniu z młodości, gdy jako młody chłopak, polując w lesie, postanowił się wykąpać w napotkanej rzeczce. W pewnej chwili poczuł silne szarpnięcie za ramię i zobaczył nad sobą przerażające stworzenie, coś między kobietą a małpą. Młody Turgieniew wyrwał się, zaczął uciekać, lecz stwór gonił za nim, co chwila zbliżając rękę i go muskając. Wreszcie nieprzytomny z przerażenia pisarz dotarł na skraj lasu, gdzie zobaczył pastucha strzegącego kóz. Ten z batem w ręku stanął w jego obronie i zmusił stwora do ucieczki. Turgieniew skończył swą opowieść stwierdzeniem: „Nigdy w życiu tak się nie bałem, bo też nie rozumiałem, kim był ten potwór”.

Ta parokrotnie powtarzana przez Maupassanta definicja strachu – niszczące uczucie, którego źródła nie umiemy dokładnie rozpoznać – stanowi podstawę uprawianej często przez niego literatury grozy, jego opowiadań, by użyć określenia Edgara Allana Poego, niesamowitych. Strach pojawia się tam, gdzie brakuje słów do nazwania, wyobrażeń do zobaczenia, gdzie dzieją się rzeczy, do których zrozumienia nie mamy narzędzi. Wiele dzieł, także filmowych horrorów, utrwala takie rozumienie strachu i w konsekwencji taką jego poetykę: wystarczy przywołać film Obcy – ósmy pasażer Nostromo, by zdać sobie z tego sprawę i znowu, jak podczas seansu, zadrżeć i wcisnąć się w fotel.

Jako strach przed nieznanym określa też Maupassant lęk wywołany przez epidemię. W tekście, o którym mowa, przytacza z aprobatą słowa rozmownego współpasażera napotkanego w pociągu: „Boimy się tego, czego nie rozumiemy. Prawdziwego, porażającego drżenia w duszy doznajemy, gdy do obecnego strachu dołącza się zabobonny strach z minionych stuleci”.

Pasażer tak argumentuje:

Choćby ten atak cholery ostatnio. Czuje pan fenol do odkażania w naszym wagonie; to znak, że gdzieś tu ona jest. Warto by teraz zobaczyć Tulon, bo tam się czuje, że cholera jest u siebie. Ludzi do szaleństwa nie doprowadza strach przed chorobą. Cholera jest czymś innym, to Niewidzialne, to plaga z dawnych czasów, rodzaj złośliwego Ducha, który powraca i zadziwia nas tyleż, co przeraża, gdyż należy, jak się łudzono, do dawno minionych czasów. Lekarze śmieszą mnie z tymi ich mikrobami. To nie żyjątko przeraża ludzi tak bardzo, że wyskakują oknem; to Cholera, niewyrażalny, porażający byt przybyły ze Wschodu. Niech pan przejdzie przez Tulon i zobaczy te tańce na ulicach. Po co tańczyć w tak żałobne dni? Wokół miasta urządza się fajerwerki, rozpala ogniska, na promenadach orkiestry grają skoczne melodie. To nie Mikroba się w ten sposób prowokuje, nie jego się wyzywa, lecz Cholerę; to przed nią zgrywa się chojraka jak przed ukrytym wrogiem. Dla niej śmieje się, śpiewa, tańczy walca, wznieca ognie, dla niej, dla tego Ducha Zabójcy, którego czuje się wszędzie obecność groźną, niewidzialną, niczym jednego ze owych złych geniuszy, wypędzanych przez pogańskich kapłanów.


Ignacy Domeyko, który będzie później czołowym geologiem w Chile, wysyła jesienią 1830 roku list do innego filomaty, Jana Czeczota:

Opisałem Adamowi [Mickiewiczowi – M.B.] smutny obraz naszej Litwy, lękającej się co moment przyjścia morowej zarazy zwanej Cholerą, która od Moskwy ku nam się przybliża. Tobie tylko dodam, że ta obawa, jaką widzę na przelęknionych mieszkańcach ma i na mnie wpływ, którego nie umiem Ci opisać.

Lubię tę delikatność i elegancję Domeyki w ujawnianiu własnych, mocnych przecież odczuć lęku; w chwili, gdy pisał list, strach właśnie wzrósł, ale w jego czasach Europę przebiegło kilka fal cholery, bez przerwy było się czego obawiać. Do dziś można zobaczyć w Polsce liczne cmentarze choleryczne z tamtych czasów, strach przed chorobą budził się co parę, paręnaście lat, lecz w istocie trwał podskórnie jako niezmienna dana rzeczywistości. Ćmił, jak ćmi każdy strach o nasze zdrowie, zagrożone przez gruźlicę (wtedy tak częstą) czy nowotwór. Wolimy, by ćmiło, niż by waliło nagle obuchem. Tak wedle lekarzy ma się dziać w przyszłości – lekkie ćmienie – gdy dzisiejszy wirus, już nieco uspokojony, osadzi się na stałe w naszym życiu, wśród innych wirusów, jako jedna z wielu przypadłości czyhających na nasze ciała.

Czy jednak podróżny z noweli Maupassanta miałby dzisiaj rację, mówiąc o strachu przed chorobą COVID-19 jako strachu przed nieznanym? Czy dzisiejszy strach nie bierze się raczej z nadmiaru wiedzy? Z dość dokładnego rozpoznania tego, co może się stać?

Wtedy bałem się żywiołowo, barokowo, nieco literacko. Teraz lękam się na smutno; a strach smutny to preludium do znużenia.

Owszem, wtedy w Hiszpanii rozbrykana wyobraźnia działała właśnie tak, jak opisywał to podróżny Maupassanta: wyszperywała analogie do dawnych czasów, pobierała z nich przerażające obrazy, rozpoznawała w chorobie tego samego demona, który działał w przeszłości. Ale teraz, przy kolejnym doświadczeniu epidemii (poprzednie świńskie i ptasie grypy wznieciły panikę, gdyż były jeszcze tajemnicze; szybko jednak wygasły), to nie niewiedza, lecz nauka staje się źródłem strachu. Nieznane dotyczy zasięgu i głębokości skutków, a nie samej istoty zdarzenia i charakteru następstw. Epidemiolodzy i wirusolodzy wspomagani przez matematyków, podobnie jak fizycy teoretyczni interpretujący Big Bang, stają się twórcami różnych, mniej lub bardziej czytelnych modeli matematycznych. Uczestniczymy w zabawie podobnej do tej, którą nazywało się kiedyś „modelarstwem”; części składowe są dostarczone, teraz trzeba je tylko na własny sposób skleić. Rozpoznanie Maupassanta, jeszcze niedawno tak przekonujące, dzisiaj zdaje się nadto literackie, wybiórcze, dobre dla literatury grozy i ewentualnie wtedy, gdy nocą znajdziemy się w ciemnym lesie. A przecież literatura grozy czytana w tych dniach wydaje się dobroduszna i bajkowa. To nauka pogłębiła strach, a jednocześnie go odczarowała, odebrała mu tajemniczość.

Myślę jeszcze o słowach pasażera, o tym tańcu i śmiechach. Najpierw w Neapolu, teraz gdzie indziej, ludzie tańczą na balkonach i obsypują się memami. Niektórych zachwyca dobry humor i kuplety o braterstwie i solidarności wobec katastrofy, dla mnie to raczej danse macabre 2.0. Bo też o ile zmieniła się relacja między wiedzą a strachem, o tyle w stylu zachowań wobec epidemii nie zmieniło się aż tak wiele; jak powiadał Stanisław Jerzy Lec, „każdy wiek ma swoje średniowiecze”.


Tysiące, dziesiątki tysięcy, już milion, dzisiaj rano milion trzysta; epidemia nieubłaganie narzuca wielkie liczby, myślenie o masie. Z perspektywy nie medycznej, lecz społecznej i egzystencjalnej punkt krytyczny zostaje przekroczony i epidemia wybucha dla nas w chwili, gdy zaczynamy myśleć jako masa, a nie jako jednostka z imienia i nazwiska; gdy przechodzimy w sobie próg, za którym przestaje się liczyć nasza indywidualna osobowość i czujemy, że nasz strach nie jest partykularnym, wyróżniającym nasze właśnie istnienie uczuciem, lecz że – przeciwnie – zachowujemy się jak wszyscy, stajemy się liczbą. Jak „wszyscy” poddajemy się panice, jak „wszyscy” chcielibyśmy uciec na wyspę, mieć w domu całą szufladę paracetamolu (bo na pewno zabraknie), jak „wszyscy” będziemy umierać statystycznie, o wiele bardziej statystycznie niż w przypadku innych, „zwykłych” śmierci. Od własnego losu, od naszej pozycji społecznej przechodzimy na stronę powszechnej, zrównującej żywych vanitas.

Strach gorszy wypiera strach lepszy, jak gorszy pieniądz wypiera lepszy pieniądz. Strach lepszy, choć i tak kiepski, to neurotyczny lęk codzienny w czasach normalnych: zawsze się czegoś boimy. Ale też zawsze mamy nadzieję; strach, jak mówi Baruch Spinoza, to nadzieja ze znakiem odwrotnym, czyli uczucie, którego podstawą jest niepewność:

Otóż nadzieja [spes] nie jest niczym innym, jak niestałą radością, pochodzącą od obrazu rzeczy przyszłej lub przeszłej, o wyniku której wątpimy. Obawą [metus] zaś przeciwnie jest smutek niestały, pochodzący również od obrazu rzeczy wątpliwej. Gdy przy tych wzruszeniach usuwa się wątpliwość, wtedy nadzieja staje się ufnością [securitas], a obawa rozpaczą [desperatio] (…). [przeł. Ignacy Myślicki]

Różnica między ludźmi jest taka, że niektórzy boją się „rzeczy wątpliwych”, niepewnych, ponad miarę i obsesyjnie; lęk i „smutek niestały” przestają wtedy się zdarzać raz na jakiś czas, lecz tkwią w kimś na stałe i przeobrażają się w rozpacz. Jeśli melancholię definiować za Zygmuntem Freudem jako „nic, które boli”, to lęk taki określić można jako „nic, które straszy”. Nic, czyli groźna, uogólniona aura życia sącząca w nie miazmaty. To niewidzialne środowisko, które w skrajnym przypadku otacza lękającego się tak szczelnie, że staje się kordonem wstrzymującym inne doznania lub filtrującym je, sprawiającym, że docierają zniekształcone.

Każdy skrajny przypadek lęku jest indywidualny, lecz można pogrupować przyczyny. Najbardziej może porażające zdanie, jakie usłyszałem z ust osoby żyjącej w wiecznym lęku, brzmiało: „Przeżyłam, lecz nie ocalałam”. Dotyczyło doświadczenia Holocaustu i zapewne mogłaby je wypowiedzieć większość tych, którzy uszli z niego – czy z innych zagład – cało. Taki lęk jest przekazywalny, Danilo Kiš, powracający w swych książkach nieustannie do czasu wojny, dziedziczoną neurozę lęku świetnie nazywa „gorzkim osadem istnienia”.

Strach zbiorowy, obiekt zainteresowania historyków, socjologów i filozofów kultury w jeszcze większym stopniu niż psychoanalityków i psychiatrów, jest wdzięczniejszą i atrakcyjniejszą materią do spekulacji. Przed tygodniem w swym telewizyjnym przemówieniu prezydent Emmanuel Macron, pragnąc otworzyć Francuzom oczy na ogrom zagrożeń, czyli wzbudzić w nich strach, siedmiokrotnie powtórzył: „jesteśmy na wojnie”. Figura retoryczna, która zapewne przejdzie kiedyś do historii, jak napoleońskie „czterdzieści wieków” patrzących na żołnierzy u stóp egipskich piramid. W głośnym felietonie z końca lutego Giorgio Agamben wygłosił z kolei opinię o zbiorowej ochocie na apokalipsę, którą lęk przed pandemią znakomicie spełnia.

Drugim czynnikiem, nie mniej niepokojącym, jest stan strachu, który w ostatnich latach przedostał się do jednostkowej świadomości i który przekłada się na rzeczywistą potrzebę odczuwania stanów zbiorowej paniki, dla których epidemia po raz kolejny stanowi doskonały pretekst. [przeł. Łukasz Moll]

Epidemia nie tyle stawia nas przed tym, co nowe i niebywałe, ile odświeża to, co zawsze było. Na przykład niepohamowaną przemoc jako reakcję na strach i stres.

Apokaliptyczny wymiar epidemii byłby zatem jego zdaniem projekcją zbiorowego lęku wobec świata; lęku, który rządy autorytarne wzmacniają, by tym łatwiej móc przeprowadzać swoje zamierzenia; po to, by nikt im, że zacytuję słynną formułę Jarosława Kaczyńskiego, „już nie przeszkadzał” i by mogły ze stanu wyjątkowego uczynić stan trwały i „zwykły”. Agamben, jak pokazały kolejne tygodnie, poszedł zresztą o jedną teorię za daleko, pochopnie utożsamiając COVID-19 z kolejną grypą, nie docenił śmiercionośnej siły wirusa i ze względów ideologicznych zlekceważył jego skutki.

W psychoanalizie używa się od pół wieku wyrażenia Donalda Woodsa Winnicotta fear of breakdown (po francusku: crainte de l’effondrement) – lęk przed pęknięciem, lęk przed zapaścią, osunięciem się albo też lęk przed zawaleniem się, rozpadem. Dotyczy ono samej podstawy formowania się osobowości, podobnie jak lęk przed kastracją u Freuda, lecz obejmuje większy obszar, w którym mieści się wiele pierwotnych zachowań. To nieco inna niż Freudowska interpretacja pierwszych lat życia i kompleksów związanych z formowaniem się naszej osobowości. Jeśli we wczesnym stadium rozwoju lęk ten nie zostanie pozytywnie przepracowany, staje się później ostrym zaburzeniem psychotycznym.

Przez analogię można by stosować określenie fear of breakdown do zbiorowego lęku przed upadkiem, przed apokalipsą, przed kresem – czyli do tego, co Agamben nazywa „stanem strachu”. Dzieje europejskiego imaginarium obfitują w najprzeróżniejsze jego ekspresje; apokaliptyczne wzmożenie powraca w nich regularnie. Wyliczanie historycznych przykładów nie miałoby końca, więc próbuję uzmysłowić sobie na małą, skromną skalę, ile razy w życiu słyszałem poważne „będzie wojna” – pięć, sześć? To były tylko drobne, szybko mijające zagęszczenia w czasie, chwile, gdy społeczny fear of breakdown nagle daje o sobie znać, lecz tym razem jeszcze delikatnie, jak pierwszy pęcherzyk na wrzątku. Świat nigdy nie był fajny i bezpieczny, lęk przed tąpnięciem zawsze powracał. Podobnie jak nie udaje się pokonać tego lęku wszystkim jednostkom w ich intymnym życiu, tak są epoki czy chwile historyczne, które bardziej niż inne ciężko na niego zachorowały.

Ale prawdą jest, że w ostatnim dziesięcioleciu lęk przed rozpadem z powodów politycznych, społecznych i ekologicznych, których nie muszę wyliczać, wyjątkowo zyskał na sile. Doszło do poszerzenia pola lęku. Literatura poświęcona rozpadowi, prasowa, internetowa i książkowa, bardzo się rozrosła. Na całym świecie zawiązywały się nieformalne ruchy „collapsionistów” obfitujące w różne manifesty. Modne i łatwe do manipulacji stały się (mówiąc w ogromnym skrócie) radykalne emocje, lecz co ważniejsze, poczucie rosnącego zagrożenia i bliskiego kresu zeszło niejako na bruk, stając się bodaj najważniejszym z loci communes obecnego stulecia; pęcherzyk zamienił się w wulkan. Jednak tym razem o dziwo rąbnęło. Czołowy teoretyk „collapsologii”, Pablo Servigne, autor książki Comment tout peut s’effondrer (W jaki sposób wszystko może się zawalić), w wywiadzie z początku kwietnia określa COVID-19 jako „powszechny zawał serca” ujawniający „chorobliwą kruchość naszych społeczeństw” i będący zwiastunem jeszcze większych katastrof rozpadu. W swojej książce przewidywał ostre tąpnięcie, choć nie aż takie, jakie przyniosła pandemia.

Nie będę się zastanawiał za Agambenem i innymi filozofami, w jakiej mierze ten zbiorowy „stan strachu”, organicznie wpisany w życie społeczne od zarania cywilizacji, wzmógł się ze względu na panikę metodycznie rozsiewaną przez rządy dążące do autorytaryzmu, a w jakiej wiąże się z dramatycznym i – by tak rzec – oddolnym rozpoznaniem kondycji świata, który w tym stuleciu wypadł z kolein, stracił swój czar, dynamikę, ciągłość.

Im więcej przybywa zmarłych, tym mniej chce się to wszystko interpretować; każdy kolejny zmarły na COVID-19 to jedna interpretacja mniej. Najprościej byłoby mówić o synergii strachu, kiedy ze wszech stron następuje koncentracja lęków, które wzajemnie z siebie wynikają i wzajemnie się podsycają. Na przestrzeni dziejów zbiorowy podmiot strachu rzadko bywał tak powszechny i rozległy; także na tym polega szczególność momentu historycznego, który przeżywamy.

Podatność na strachotwórcze manipulacje należy do najgorszych stron strachu. Ale niekiedy można w nim coś polubić. Na przykład tę chwilę, gdy powoli ustępuje.

Ważniejsze jednak od możliwych spekulacji nad zdarzeniem jest to, że fabryka strachu pracuje nieustannie i z jednego lęku wysnuwa kolejne: wystarczy pomyśleć o przerażającym wzroście przemocy domowej, wyzwalającym wśród ofiar strach wtórny, którego w żadnych spekulacjach teoretycznych nad epidemią nie brano pierwotnie pod uwagę. Ostatecznie okazuje się w tym smutnym przypadku, że epidemia nie tyle stawia nas przed tym, co nowe i niebywałe, ile odświeża to, co zawsze było. Na przykład niepohamowaną przemoc jako reakcję na strach i stres. Przeobrażanie się ofiary w kata, który czyni z innych kolejne ofiary. Łańcuch lęku to DNA życia społecznego. Nawet w tak ekstremalnej sytuacji jak dzisiejsza trudno go przerwać.


Strach to uczucie plastelina, najłatwiej podlegające sugestiom, na wielką – społeczną i małą – towarzyską czy rodzinną – skalę. Powiem ci, że masz się bać, a zobaczę, kim jesteś. Ta podatność na strachotwórcze manipulacje należy do najgorszych stron strachu. Ale niekiedy można w nim coś polubić. Na przykład tę chwilę, gdy powoli ustępuje. Lubię ją obserwować na twarzach; najczęściej w małych, skromnych okolicznościach, wyjście od lekarza, wyjście z sali egzaminacyjnej, wylądowanie samolotu po gwałtownych turbulencjach. To rozjaśnienie rysów, spokojniejszy wzrok; jakby nagła świeżość, umyta jaźń. Przez chwilę wydaje się, że człowiek dopiero się zaczyna i że jest jeszcze niewinny.

Znana jest przypowieść o kurtyzanie i mandarynie.

Mandaryn kochał się w kurtyzanie. „Będę twoja, powiedziała, jeśli spędzisz sto nocy na taborecie pod oknem w moim ogrodzie”. Ale dziewięćdziesiątej dziewiątej nocy mandaryn wstał, wziął taboret pod pachę i sobie poszedł.

To przypowieść między innymi o tym, że najbardziej nawet dojmujące uczucie zawiera w sobie swoje możliwe zaprzeczenie.

Mam też swoją ulubioną scenę filmową opowiadającą o wyzwoleniu się ze strachu. Scenę nieco komediową, z westernu Butch Cassidy i Sundance Kid. Sympatyczni rabusie, grani przez Paula Newmana i Roberta Redforda, uciekają przed pościgiem. Górska ścieżka prowadzi ich na skraj przepaści, nie ma już odwrotu, pościg jest tuż-tuż. Na dole płynie rwąca rzeka; szanse, że uciekinierzy przeżyją skok, są niewielkie. Boją się, boi się zwłaszcza Redford, który, jak właśnie wyznał, nie umie pływać, czym rozbawia Newmana do łez. Ścigający są już o krok. Newman z Redfordem chwytają się nagle za dłonie i z krzykiem rzucają się w otchłań, trudno. Wyjdą z tego cało. Następna scena pokazuje ich już w całkiem innym miejscu, przy stole u przyjaciółki; wyglądają jak nowo narodzeni.

To skromna scena opowiadająca o skutecznym przezwyciężeniu strachu, jego ewentualnym przekroczeniu. Inaczej niż Ole Andersen, Butch i Sundance pokonują go tak, by wszystko stało się na powrót możliwe. By od nowa zacząć życie, czyli nową grę w lęk i w nadzieję.

15.03–8.04.2020

Newsletter

Pismo na bieżąco

Nie przegap najnowszego numeru Pisma i dodatkowych treści, jakie co miesiąc publikujemy online. Zapisz się na newsletter. Poinformujemy Cię o najnowszym numerze, podcastach i dodatkowych treściach w serwisie.

* pola obowiązkowe

SUBMIT

SPRAWDŹ SWOJĄ SKRZYNKĘ E-MAIL I POTWIERDŹ ZAPIS NA NEWSLETTER.

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OTRZYMASZ NAJNOWSZE WYDANIE NASZEGO NEWSLETTERA.

Twoja rezygnacja z newslettera została zapisana.

WYŁĄCZNIE DLA OSÓB Z AKTYWNYM DOSTĘPEM ONLINE.

Zaloguj

ABY SIĘ ZAPISAĆ MUSISZ MIEĆ WYKUPIONY DOSTĘP ONLINE.

Sprawdź ofertę

-

-

-

  • -
ZAPISZ
USTAW PRĘDKOŚĆ ODTWARZANIA
0,75X
1,00X
1,25X
1,50X
00:00
50:00