Twój dostęp nie jest aktywny. Skorzystaj z oferty i zapewnij sobie dostęp do wszystkich treści.


Przeczytaj i słuchaj bez ograniczeń. Zaloguj się lub skorzystaj z naszej oferty

Rozmowa

Między Polską a Niemcami

zdjęcie PAWEŁ MAZUR
Dla Niemców dziki Wschód to nie Polska, ale Ukraina czy Rosja. Co ciekawe, Niemcy często uważają, że mają więcej wspólnego z Rosjanami niż z Polakami. Wszystko, co stoi na przeszkodzie dialogowi między Polakami a Niemcami, to według mnie sztucznie budowane mury i uprzedzenia – mówią Eliza Borg i Olaf Kühl, tłumacze wyróżnieni nagrodą im. Karla Dedeciusa.

Materiał jest sponsorowany przez Niemiecki Instytut do Spraw Polski z Darmstadt, organizatora Konkursu dla Tłumaczy polskich i niemieckich im. Karla Dedeciusa.

Zofia Zaleska: Profesor Monika Wolting z Instytutu Filologii Germańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego niedawno na łamach „Tygodnika Powszechnego” opowiadała o wynikach badań na temat tego, jak przedstawiamy w literaturze siebie i swoich sąsiadów. Wnioski były jednoznacznie – Polacy nie interesują się zbytnio swoimi sąsiadami. Natomiast we współczesnej polskiej literaturze Niemcy pojawiają się wciąż jako negatywny punkt odniesienia. Jak dziś dialog między Polską a Niemcami wygląda z perspektywy tłumaczy?

Eliza Borg: Mam w Niemczech przyjaciółki, które lubią Polskę i Polaków, uczą się naszego języka i czytają literaturę polską w przekładach, a nawet próbują w oryginale. Ale oczywiście, pewnie nie jest to zjawisko masowe. Poza tym są w naszym kraju pisarze, którzy interesują się tematyką niemiecką, i to z sympatią. Wymieńmy tu nieżyjącego Pawła Huellego z Waiserem Dawidkiem, twórczość Stefana Chwina czy Czarny ogród Małgorzaty Szejnert, a także pisarzy młodszej generacji, którzy doceniają dziedzictwo niemieckie na terenach należących wcześniej do Niemiec – Karolinę Kuszyk i jej Poniemieckie oraz Zbigniewa Rokitę z książką Odrzania. Podróż po Ziemiach Odzyskanych.

zdjęcie portetowe Olafa Kühla, fot. LILA KARBOWSKA

Olaf Kühl: Sam nigdy nie odczuwałem wrogości wobec mnie z tytułu bycia Niemcem nad Wisłą, ale może z tego powodu, że mówię po polsku. W dodatku mam żonę Polkę i dom na polskiej wsi, więc jestem głęboko spolonizowany, co na pewno wpływa na moje spojrzenie. Czasami wydaje mi się, że bardziej Polacy interesują się Niemcami niż odwrotnie. To pewnie naturalne, bo więcej Polaków mieszka w Berlinie niż Niemców w Warszawie i podobnie – więcej Polaków pracuje w Niemczech niż Niemców w Polsce.

A jak to wygląda z perspektywy tłumacza literatury polskiej?

Olaf Kühl: Wzajemne stereotypy oczywiście istnieją, także w literaturze. Swego czasu przełożyłem na niemiecki książkę Dojczland Andrzeja Stasiuka. To zabawna, bardzo dobrze napisana książka pełna aforyzmów. Więcej jednak mówią one o samopoczuciu autora niż o Niemczech, na przykład: „Ta melancholia i nostalgia, to jedyny sposób, żeby w Niemczech nie zwariować”.

Polski dziennikarz i pisarz Ziemowit Szczerek, powiedział kiedyś, że jak tylko przekracza granicę Niemiec, zaczyna się strasznie nudzić. To popularny stereotyp, że na Zachodzie wieje nudą, a Niemcy są uporządkowani, wygładzeni i przewidywalni. Łączy się on z przekonaniem, że Polska to dziki wschód, gdzie wszystko jest możliwe, co literacko wyzyskują na przykład wyżej wymienieni pisarze. Być może z zewnątrz tak to wygląda, że w Niemczech wszystko sprawnie funkcjonuje, ale to nieprawda. Nie da się zrozumieć kultury i społeczeństwa niemieckiego bez znajomości niemczyzny, czytania niemieckiej prasy, śledzenia krajowych debat. Dla Niemców dziki Wschód to nie Polska, ale Ukraina czy Rosja. Co ciekawe, Niemcy często uważają, że mają więcej wspólnego z Rosjanami niż z Polakami. To kolejny stereotyp, który polega na przekonaniu, że rosyjska dusza jest nam bliska.

Eliza Borg: W najnowszej literaturze niemieckiej nie zauważam jakiejś szczególnej niechęci do Polaków. Raczej wydaje mi się, że tematyka polska miała już swoje pięć minut, kiedy Polska była krajem, w którym działy się ciekawe rzeczy – Solidarność, obalenie komunizmu. Obecnie nie jest tak często podejmowana. Co innego retoryka różnych prawicowych ugrupowań czy wrogie, antyniemieckie i antypolskie wyskoki narodowców w obu krajach – i to jest niestety niepokojące zjawisko. No i zmieniający się klimat polityczny na całym świecie, podsycany przez konflikty narodowościowe, który oddziałuje także na kulturę.

Niemniej wymiana literacka – i szerzej: kulturalna – między Polską a Niemcami istnieje i ma się nie najgorzej, o czym zaświadczamy oboje z naszą Nagrodą im. Karla Dedeciusa!

Olaf Kühl: W moim odczuciu polska literatura cieszy się wciąż dużym zainteresowaniem niemieckich wydawców, większym niż na przykład twórczość z Czech czy Chorwacji. Polacy i Niemcy są sobie bliscy nie tylko geograficznie, ale też mentalnie – my świetnie się rozumiemy! To dotyczy także naszych języków, w których ta bliskość ujawnia się w postaci różnych kalek czy zapożyczeń. Wszystko, co stoi na przeszkodzie dialogowi między Polakami a Niemcami, to według mnie sztucznie budowane mury i uprzedzenia.

Dlaczego akurat twórczość Szczepana Twardocha i Jenny Erpenbeck zaistniała w przekładach w obu krajach? Na odbiór powieści Erpenbeck w Polsce pewnie wpłynęło to, że ma stempel międzynarodowej Nagrody Bookera. A w przypadku Twardocha, którego książki cieszą się popularnością w Niemczech?

Eliza Borg: Nagrody – w tym Bookera czy w naszym przypadku im. Karla Dedeciusa – z pewnością sprzyjają silniejszemu zaistnieniu pewnych książek w obiegu czytelniczym danego kraju. To przydarzyło się Kairosowi Jenny Erpenbeck w Polsce. Jej inne, wcześniej wydane utwory przeszły u nas praktycznie bez echa. No może z wyjątkiem powieści Heimsuchung (Klucz do ogrodu), która dotarła do finałowej siódemki Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus.

W przypadku Kairosa myślę, że to tematyka tej powieści była dla czytelników szczególnie atrakcyjna, z wątkiem szaleńczej miłości dwojga bohaterów na tle bardzo ciekawie opisanego rozpadu NRD. Mam też nadzieję, że doceniona została także jej mistrzowska forma. Z recenzji czytelniczych wynika, że kto przeczytał jedną książkę Erpenbeck, ten pozostawał wiernym admiratorem jej twórczości.

Przede wszystkim jednak obie wyróżnione nagrodą im. Karla Dedeciusa książki, Kairos Erpenbeck i Die Nulllinie (Null) Twardocha, to wybitne dzieła, każde w swym rodzaju, choć promocja oczywiście także pomaga. Myślę też sobie, że wybitne utwory, absolutne bestsellery, mają realną szansę na spektakularny sukces również w przekładach, niezależnie od mód literackich czy koniunktury dla twórców jakiegoś kraju.

Olaf Kühl: Szczepan Twardoch jest po prostu znakomitym pisarzem. Pierwszą jego książką, która zaistniała w Niemczech i którą tłumaczyłem, była Morfina. Jej akcja rozgrywa się w okupowanej przez Niemców Warszawie, a jeśli polski pisarz dotyka wspólnej polsko-niemieckiej historii, to jest prawie pewne, że znajdzie drogę na rynek niemiecki. Ale Morfina to tak dobra książka, że przebiłaby się tak czy inaczej. Niedawno Judith von Sternburg w dzienniku „Frankfurter Rundschau” chwaliła najnowszą powieść Twardocha – Powiedzmy, że Piontek (w moim przekładzie: Sehnsucht) – i prorokowała, że pisarz jest mocnym kandydatem do Nobla.

Twardoch od początku ma świetną prasę w Niemczech. Czasami wydaje mi się, że lepszą niż w Polsce. Tu zawsze pojawiają się głosy, które dyskredytują go jako pisarza rozrywkowego czy maczystowskiego. A wystarczy przeczytać Morfinę, żeby zobaczyć, jaki macho się tam kryje – zależny od matki, skrywający swoją wrażliwość pod pozorami hardości. Ten cały maczyzm w powieściach Twardocha to moim zdaniem obrona przed okrucieństwem świata. I ta perspektywa czyni go ciekawym pisarzem. Gdyby rzeczywiście był stereotypowym macho, jego twórczość nie byłaby wiele warta, a tak nie jest.

Czy to państwo zgłaszają książki do tłumaczenia, czy dostają propozycje od wydawców?

Eliza Borg: Zwykle to wydawnictwa przychodzą z propozycjami i jedne przyjmuję, inne odrzucam. Udało mi na przykład, po latach szukania wydawcy, doprowadzić do wydania niewielkiej książeczki Szkoła klasztorna austriackiej autorki Barbary Frischmuth. Ten fenomenalny debiut zafascynował mnie od pierwszej strony. Z innymi propozycjami nie miałam już tyle szczęścia. Wyjaśnienie było najczęściej jedno: trudny rynek dla literatury niemieckojęzycznej. Proponowani przeze mnie autorzy czy sugerowane konkretne książki wzbudzały wprawdzie zainteresowanie i się podobały, ale później następowała kalkulacja kosztów wydania i wysokości nakładu, i kończyło się ubolewaniem, że niestety nie… Dlatego tak ważne jest finansowe wspieranie wydawców, co się na szczęście dzieje.

Olaf Kühl: Ja również zazwyczaj dostaję propozycje od wydawnictw. Zwykle jednak jestem krytyczny i odrzucam więcej ofert przekładowych, niż przyjmuję. Tak było na przykład za pierwszym razem z Wojną polsko-ruską Doroty Masłowskiej. Natomiast moim samodzielnym odkryciem były książki Kiry Jarmysz, byłej rzeczniczki Aleksieja Nawalnego, a dziś rzeczniczki Julii Nawalnej. Przełożyłem jej debiutancką książkę, która w moim tłumaczeniu nosi tytuł DAFUQ. Jej druga powieść, również w moim przekładzie, ukaże się w Niemczech w listopadzie tego roku pod tytułem Nicht weit von hier. Sam trafiłem na te teksty i przyniosłem je wydawcy.

Podobno do książki Doroty Masłowskiej przekonał się pan dopiero przy drugiej lekturze, to prawda?

Olaf Kühl: Tak. Popełniłem błąd i miałam sporo szczęścia, że w międzyczasie nikt inny nie podjął się tłumaczenia. Dziś coraz mniej chce mi się zajmować tłumaczeniem, wolę mieć czas na pisanie własnych tekstów. Mimo wszystko czuję, że Masłowska i Twardoch to moi autorzy, i byłbym zazdrosny, gdyby ktoś inny zaczął tłumaczyć ich książki na niemiecki. Póki będę pisać, chciałbym ich przekładać.

Poza Erpenbeck o czasie transformacji pisała też niedawno Anne Rabe w książce, która u nas ukazała się pod tytułem Anatomia szczęścia w przekładzie Mirosławy Zielińskiej.Historie opowiedziane z perspektywy mieszkańców byłej NRD cieszą się dziś w Niemczech zainteresowaniem?

Eliza Borg: Państwo to przez długi czas nie było uznawane przez RFN i lekceważone jako „tak zwane NRD”. Widziano je wyłącznie przez pryzmat takich zjawisk, jak opresyjne państwo, brak demokracji, mur berliński i jego dramatyczne ofiary, spektakularne ucieczki przez mur, wszechobecna inwigilacja Stasi itp. Nieliczne pozytywy to może miśnieńska porcelana i kiełbaski szwarcwaldzkie, jak stwierdza sarkastycznie Hans w Kairosie.

Jenny Erpenbeck nie neguje istnienia ciemnych stron NRD. Dostrzega je i piętnuje, docenia demokrację i wolność jednostki, jakie przyniosły wydarzenia z jesieni 1989 roku. Sprzeciwia się jednak takiemu jednostronnemu przedstawianiu tego państwa, w którym żyli też zwykli ludzie, kochali się, uczyli, istniało ambitne, a nie tylko zideologizowane życie kulturalne. Autorka, sporządzając bilans zjednoczenia, któremu była przeciwna, i mając raczej nadzieję na demokratyzację NRD, dostrzega jego negatywne skutki – społeczne, ekonomiczne, psychologiczne – wszechwładzę pieniądza, wzrost kosztów życia i bezrobocie oraz wynikające z tego ludzkie tragedie. Bilans zjednoczenia Niemiec nie był dla państwa na wschodzie jednoznacznie pozytywny.

Na przełomie lat 80. i 90. Polska i Niemcy doświadczyły ogromnych przemian, ale w każdym kraju odbyło się to zupełnie inaczej. Namysł nad tymi wydarzeniami z perspektywy naszego sąsiedztwa wydaje się fascynujący – ale czy się odbywa?

Eliza Borg: Przemiany w naszych krajach przebiegały odmiennie, bo diametralnie różniła się sytuacja wyjściowa. I na pewno refleksja nad tym z perspektywy drugiego kraju jest ciekawa. Czy jednak na pewno słusznie oczekujemy, że pisarze będą obsługiwać pewne tematy, które nam wydają się ważne?

Olaf Kühl: Trzeba pamiętać, że Polska przeprowadziła transformację własnymi siłami, a w Niemczech odbyło się to zupełnie inaczej – zjednoczenie oznaczało ogrom pieniędzy, które wpompowano we wschodnie tereny Niemiec.

Wrócę jeszcze do poprzedniego pytania, bo nie rozumiem nostalgii za NRD i rozpisywania się o negatywnych skutkach zjednoczenia. Mieszkańcy NRD byli okupowani przez Związek Radziecki, a potem dostali wolność wraz z ogromnym wsparciem, więc nie widzę tu powodu do współczucia. Może dlatego nie za bardzo interesuje mnie twórczość Jenny Erpenbeck czy wspomnianej przez panią Anne Rabe. Moim zdaniem polska literatura już w latach 90. była o wiele ciekawsza niż ta pisana na terenach byłej NRD.

W ostatnich dekadach Polska na wielu polach nas prześcignęła i Polacy zrobili to własnymi siłami, co mi imponuje. Utwory Twardocha cenię także dlatego, że potrafi on stworzyć bohaterów, którzy są sprawczy, mają wizję i starają się zmienić świat, zamiast przyglądać się mu melancholijnie czy z rozżaleniem. Udaje im się to z różnym skutkiem, ale podejmują próbę. Moim zdaniem ten typ bohatera różni Twardocha od wielu polskich pisarzy i pisarek.

W czym w pani odczuciu tkwi wyjątkowość prozy Erpenbeck? Kairos nie zdobył znaczących nagród w Niemczech, powieść wzbudziła za to kontrowersje – dlaczego? Jej autorka w rozmowie z Michałem Nogasiem wspominała, że recepcja jej książek w kraju i za granicą jest odmienna. W słowach Erpenbeck pobrzmiewało rozczarowanie, że w Niemczech nie pochylono się nad skomplikowaniem Kairosa na poziomie konstrukcyjnym i narracyjnym, nad jego niejednoznacznością.

Eliza Borg: Wyjątkowość prozy Jenny Erpenbeck trudno ująć słowami. Po pierwsze, to bardzo specyficzne fabuły, autorka często wykorzystuje zadziwiające historie z życia własnego lub swej rodziny, tworząc z nich niezwykłe, oryginalne opowieści. Nie jest autorką książek do śmiechu.

Jej utwory są bardzo serio, mają zawsze poważną problematykę, a język dostosowuje się do tej aury – jest precyzyjny, elegancki, ale niewymyślny, bez retorycznych fajerwerków. Nawet o rzeczach dramatycznych pisze w sposób zdystansowany, niektórzy powiedzą chłodny, bez emocji, a mimo to przejmujący. Jest na pewno pisarką intelektualną, erudycyjną, bliską gatunkowi prozy poetyckiej. Któryś z recenzentów nazwał ją bardzo trafnie „cichą poetką prozy niemieckiej”.

Jeśli zaś chodzi o dyskusję wokół Kairosa, to rzeczywiście ta recepcja była różna. W Niemczech, zwłaszcza w zachodnich landach, skupiano się najczęściej na wątkach dotyczących NRD, zarzucając autorce gloryfikację tego państwa, co jest kompletną bzdurą, mówiłam o tym wcześniej. Z tego powodu Erpenbeck uważa się też za wyrazicielkę wrażliwości „Wschodniaków”. Jednocześnie pisarka publicznie nie skarży się na brak znaczących nagród w Niemczech, nie czuje się jakoś szczególnie pomijana. Ale chyba na świecie jest bardziej znana, była i jest tłumaczona na wiele języków, dużo podróżuje, zwłaszcza po Nagrodzie Bookera.

Recepcja jej twórczości dalej od Niemiec wygląda zupełnie inaczej. Amerykanie czy Brytyjczycy mniej się interesują wątkami najnowszej historii obu państw niemieckich, ta historia nie dotykała ich bezpośrednio i nie wzbudza w nich tak silnych emocji. Dlatego większe zainteresowanie wywołują walory artystyczne – kompozycja utworów Erpenbeck, środki wyrazu, cała specyfika stylu autorki oraz poruszane przez nią uniwersalne kwestie kondycji ludzkiej.

W Polsce książki Jenny Erpenbeck ukazują się od początku niemal wyłącznie w pani przekładach. Jak to się stało, że zajęła się pani jej twórczością?

Eliza Borg: To ciekawa historia. Poznałam Jenny Erpenbeck kilkanaście lat temu, gdy przyjechała do Warszawy w poszukiwaniu śladów jednej z bohaterek książki Heimsuchung (Klucz do ogrodu), nad którą właśnie pracowała. To była prawdziwa postać, dwunastoletnia żydowska dziewczynka, która podczas wojny została deportowana z matką do getta warszawskiego, a potem najprawdopodobniej do Treblinki, gdzie zginęła. Towarzyszyłam pisarce jako przewodniczka i tłumaczka; pojechałyśmy także do byłego obozu zagłady. Tak się poznałyśmy.

Na marginesie, to daje też pewien wgląd w metody pracy autorki nad jej książkami: bardzo dokładne, rzetelne poznawanie okoliczności, postaci, szczegółów. Jak już wspomniałam, Jenny Erpenbeck bardzo często czerpie swe tematy z rzeczywistości, z „zasobów” własnych albo bogatej historii swojej rodziny, ale to wszystko przetwarza na literaturę najczystszej wody.

To, co opowiadała mi wtedy o tej powstającej książce, tak mnie zachwyciło, że bardzo chciałam ją przetłumaczyć. I tak się stało. W mojej ocenie to książka wybitna, to właśnie ona dotarła do finału Nagrody Angelus. Zresztą dla mnie wszystkie książki tej autorki są wspaniałe. Wspomnianej nagrody nie dostała, ale reakcje czytelników były entuzjastyczne. Przy okazji dodam, że Heimsuchung stała się w Niemczech lekturą szkolną.

Praca tłumaczy – poza wymiarem twórczym – miewa również wymiar polityczny. Czy mają państwo wrażenie, że przekłady przyczyniają się jakoś do zmian w stosunkach między naszymi krajami?

Eliza Borg: Ja chyba nie powiedziałabym o swojej pracy, że w założeniu ma ona jakiś wymiar polityczny. To prawda, że przekład, także w przypadku innych państw, niebezpośrednio miewa takie oddziaływanie – choć tłumacząc jakąś książkę na polski, nie zasiadam, rzecz jasna, do tej pracy z myślą, że oto wypełniam jakąś ważną misję w zbliżaniu naszych narodów.

Swoją rolę tłumaczki widzę raczej w tym, by udostępniać polskim czytelnikom i promować to, co w literaturze niemieckiej jest ważne, ciekawe i wartościowe. I robić to tak, żeby przekazać możliwie wiernie wszystkie treści, intencje i emocje autora/autorki, a także wartości artystyczne danego utworu.

Olaf Kühl: Być może nasze wybory przekładowe mogą mieć oddziaływanie polityczne, ale moją ambicją nigdy nie było, aby kształtować relacje polsko-niemieckie poprzez przekłady. Wybieram książki, które mi się podobają i które uważam za wartościowe. Nie dlatego, że to polska literatura, ale dlatego, że to dobra literatura, którą mam nadzieję zainteresować czytelników w Niemczech. W przypadku Twardocha i Masłowskiej to się udało.

Szczepan Twardoch jest właściwie najlepszym przykładem, jak może wyglądać dialog polsko-niemiecki. Mówi o sobie, że jest pisarzem śląskim, pisze po polsku, ale zna niemiecki i rodzinnie tkwi w niemieckiej historii. Może dlatego jego książki dobrze się w Niemczech sprzedają, niemieccy czytelnicy czują, że jest to autor im bliski. Zresztą Twardoch cieszy się w Niemczech uznaniem nie tylko jako twórca prozy, ale także jako autorytet w sprawach politycznych. O sytuacji w Ukrainie pisał między innymi na łamach opiniotwórczych dzienników „Neue Zürcher Zeitung” i „Frankfurter Allgemeine Zeitung”.

Tematem powieści Null – a w pana przekładzie: Die Nulllinie – jest właśnie wojna w Ukrainie. Książkę tę tygodnik „Der Spiegel” uznał za jedną z najciekawszych książek minionego roku.

Olaf Kühl: Grunt już był przygotowany, bo pisarz ma w Niemczech wyrobione nazwisko, a tu dodatkowo książka jest bardzo aktualna. Null to szalenie wciągająca proza, choć znam osoby, które nie były w stanie przez tę książkę przebrnąć z powodu opisanych w niej wojennych okrucieństw. To w dużej mierze dzieło faktograficzne, a jednocześnie pełnokrwista powieść. Twardoch nie raz pokazał, że ma talent do stwarzania odległych światów, a tym razem opisuje rzeczywistość jak najbardziej współczesną. W dodatku sam był na froncie i spędził dużo czasu z żołnierzami, których uczynił bohaterami i bohaterkami powieści. Na gruncie jego twórczości Null to nieco osobna książka, może właśnie dlatego, że powstała na podstawie osobistych doświadczeń.

W swoich utworach pisarz z upodobaniem przeskakuje między różnymi językami i odmiennymi rejestrami. W książce Null roi się od ukraińskiej terminologii wojskowej i żołnierskiego slangu, pojawiają się mobiki, uchylanci, dobrowołcie, minomiety. Jak się panu to przekładało?

Olaf Kühl: Szczepanowi zależało, aby w tłumaczeniu niemieckim zachować jak najwięcej tych oryginalnych ukraińskich wyrazów, również przekleństw. To było wyzwanie, bo dla Niemców są one najczęściej kompletnie niezrozumiałe. Dlatego na przykład przekleństwo „na chuj” zostawiałem tak jak w oryginale, czyli po ukraińsku. Niemiecki świat przekleństw jest zupełnie inny niż słowiański, jeden jest genitalny, a drugi analny i trudno się na siebie przekładają. Słowiańskie przekleństwa przełożone na niemiecki tracą swój urok.

Wiele innych wyrazów na prośbę autora także zostawiłem w ich oryginalnym brzmieniu, na przykład „poligon”. Szczególnie dumny jestem ze swojego pomysłu, jak przełożyć okopowe wyzwisko „pidar” i „pidarasy”, jak na Rosjan mówią w powieści ukraińscy żołnierze. W tym słowie pobrzmiewa oczywiście rdzeń „pedał” i „pedofil”. Przełożyłem to jako Päderussen, zmieniając tylko samogłoski, tak jak w językach semickich, gdzie spółgłoski stanowią rdzeń wyrazu. Ale Null wcale nie był dla mnie najtrudniejszą książką Twardocha do tłumaczenia.

A która nią była?

Olaf Kühl: Najwięcej roboty miałem przy Drachu, gdzie jest dużo dialogów w języku górnośląskim. Na potrzeby przekładu stworzyłem język na bazie, bliższej niemczyźnie, gwary dolnośląskiej. We Frankfurcie podczas jednego ze spotkań dotyczących książki podeszła do nas para starszych Niemców. Powiedzieli, że mój wymyślony język brzmi dokładnie jak mowa, którą pamiętają ze swojej wsi na Śląsku. To był dla mnie wielki komplement, ale nigdy bym się tego nie spodziewał, bo to sztuczny twór, stworzony na podstawie starych gramatyk, rozpraw i słowników.

To była ciężka praca i drugi raz bym się chyba takiego wysiłku nie podjął. Ale kto wie, co mnie czeka. Czasami mam wrażenie, że każdą nową książką pisarz rzuca mi wyzywanie i sprawdza, jak sobie poradzę z tłumaczeniem kolejnych dialektów, nazw broni czy terminologii żeglarskiej.

Kairos to gęsta, duszna, pełna urwanych myśli, powtórzeń proza. Historia miłości i przemocy, opowieść o doświadczeniu dwóch totalitaryzmów i niejednoznaczności wszelkich początków, w których zawsze czai się cień końca. Pisarka przyznaje, że język jest dla niej formą muzyki – ma rytm, pauzy na wzięcie oddechu, konkretny ton i nastrój. Czy przekładanie zdań Erpenbeck przypomina odczytywanie partytury utworu muzycznego?

Eliza Borg: Wszystko, co pani wymieniła, to prawda – Kairos jest historią przemocowej, toksycznej i destrukcyjnej miłości, która toczy się na tle (lub równolegle) rozpadu opresyjnego państwa, jakim bezdyskusyjnie była NRD. Względność płaszczyzn czasowych – przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, fragmentaryczna budowa, mieszanie się narracji, ich urywkowość – sprawia, że to niełatwa proza, bardzo nasycona ważnymi treściami.

A muzyka to osobny temat. Jest w tej powieści obecna w formie muzycznych cytatów i jako ważny składnik życia zwłaszcza Hansa, dziennikarza muzycznego w radiu, a także jako element kompozycyjny tej powieści. Zresztą także innych książek tej autorki – co nie dziwi, jeśli wiemy, że Jenny Erpenbeck ma dyplom reżysera widowisk muzycznych, w tym oper. W tym zawodzie pracowała kilka lat. Ma to swój wyraz także w jej twórczości pisarskiej. Określony rytm, pauzy, kompozycja poszczególnych części sprawiają wrażenie muzyczności utworów Erpenbeck. Zachowanie tego w tłumaczeniu na pewno nie jest łatwe.

Co jeszcze sprawia, że tłumaczenie dzieł Erpenbeck jest wymagającym zadaniem?

Eliza Borg: Sam język jej powieści jest na pierwszy rzut oka dość prosty, ale to często prostota złudna, która wyraża treści wcale niełatwe i wywołuje w czytelniku bardzo silne emocje wobec bohaterów. Poza tym tłumacząc prozę Jenny Erpenbeck, często mam wrażenie, że poza warstwą językową istnieje jeszcze to, co pod nią, i jakaś szczególna aura nad nią, jakby sugerująca inną rzeczywistość. To uczucie miałam zwłaszcza przy tłumaczeniu Opowieści o starym dziecku.

Wracając jednak do Kairosa, to pewnym wyzwaniem dla tłumacza są liczne odniesienia do literatury i innych dziedzin, na przykład fizyki – „falujące pola” to nie łany żyta, lecz skojarzenia z teorią pól magnetycznych. Poza tym pojawiają się w tej książce cytaty z literatury starożytnej, poezji i wiele innych. To oczywiście wydłuża pracę nad tłumaczeniem, ale ja akurat bardzo lubię takie szperanie w źródłach i tropienie wszystkich tych cytatów.

W laudacji wygłoszonej z okazji przyznania pani Nagrody im. Karla Dedeciusa prof. dr Paweł Zarychta użył wyrażenia „akty kairosowe”, aby opisać pani sposób pracy nad przekładem. Kairos to greckie bóstwo szczęśliwej chwili, którą trzeba rozpoznać i uchwycić. Czy tłumaczenie ma w sobie coś z takiej intensywności, która wciąż nam się wymyka? Wymaga umiejętności dostrzeżenia najważniejszego i zgody na jakieś straty?

Eliza Borg: Dziękuję tu raz jeszcze panu profesorowi Pawłowi Zarychcie za przepiękną laudację. Byłam nią wzruszona, wręcz onieśmielona taką piękną pochwałą moich dokonań.

Wcześniej nie myślałam o swojej pracy w taki sposób, nie znałam też pojęcia Kairos. Rzeczywiście jednak, uzmysłowiłam sobie, że praca translatorska to takie intensywne czekanie i nadzieja na ten szczęśliwy moment olśnienia, gdy schwycimy wreszcie to, czego nam brakowało, by „odpowiednie dać rzeczy słowo”. Obyśmy w naszej pracy tłumacza jak najczęściej doświadczali takich momentów Kairosa!

Na koniec chciałam państwa zapytać, czy nagrody są ważne w fachu tłumacza?

Eliza Borg: Oczywiście są ważne, nie tylko w wymiarze czysto finansowym. To przede wszystkim wyraz uznania dla pracy tłumaczy, potwierdzenie jej jakości. Nagroda dowartościowuje, dodaje skrzydeł i pewności siebie. Mobilizuje do ciągłego doskonalenia się w tym zawodzie, do sprostania temu wyróżnieniu.

Olaf Kühl: Tak, nagrody są przyjemne i mają istotne znaczenie. Miło, gdy przekład zostanie zauważony i doceniony. Ale nie zawsze są najważniejszym miernikiem naszej pracy. Znam świetnych niemieckich tłumaczy literackich, którzy nigdy nie doczekali się żadnej nagrody, na przykład Friedricha Griesa. Dlatego nie warto tłumaczyć z myślą o nagrodach, bo gdy będziemy pracować przede wszystkim dla poklasku i uznania, to straci na tym literatura.

Newsletter

Pismo na bieżąco

Nie przegap najnowszego numeru Pisma i dodatkowych treści, jakie co miesiąc publikujemy online. Zapisz się na newsletter. Poinformujemy Cię o najnowszym numerze, podcastach i dodatkowych treściach w serwisie.

* pola obowiązkowe

SUBMIT

SPRAWDŹ SWOJĄ SKRZYNKĘ E-MAIL I POTWIERDŹ ZAPIS NA NEWSLETTER.

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OTRZYMASZ NAJNOWSZE WYDANIE NASZEGO NEWSLETTERA.

Twoja rezygnacja z newslettera została zapisana.

WYŁĄCZNIE DLA OSÓB Z AKTYWNYM DOSTĘPEM ONLINE.

Zaloguj

ABY SIĘ ZAPISAĆ MUSISZ MIEĆ WYKUPIONY DOSTĘP ONLINE.

Sprawdź ofertę

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OSOBA OTRZYMA DOSTĘP DO MATERIAŁU PISMA.

Newsletter

Pismo na bieżąco

Nie przegap najnowszego numeru Pisma i dodatkowych treści, jakie co miesiąc publikujemy online. Zapisz się na newsletter. Poinformujemy Cię o najnowszym numerze, podcastach i dodatkowych treściach w serwisie.

* pola obowiązkowe

SUBMIT

SPRAWDŹ SWOJĄ SKRZYNKĘ E-MAIL I POTWIERDŹ ZAPIS NA NEWSLETTER.

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OTRZYMASZ NAJNOWSZE WYDANIE NASZEGO NEWSLETTERA.

Twoja rezygnacja z newslettera została zapisana.

WYŁĄCZNIE DLA OSÓB Z AKTYWNYM DOSTĘPEM ONLINE.

Zaloguj

ABY SIĘ ZAPISAĆ MUSISZ MIEĆ WYKUPIONY DOSTĘP ONLINE.

Sprawdź ofertę

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OSOBA OTRZYMA DOSTĘP DO MATERIAŁU PISMA.

-

-

-

  • -
ZAPISZ
USTAW PRĘDKOŚĆ ODTWARZANIA
0,75X
1,00X
1,25X
1,50X
00:00
50:00